polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious

Amenra
Festsaal Kreuzberg | Berlin | 16.02.19

Czasami zdarza się, że koncerty mają większy rozmach i większą moc gdy artystom nie towarzyszy presja promowania najnowszej płyty. Od wydania tylko solidnego Mass VI minęło już prawie półtora roku i dobrze się stało, że Belgowie tego wieczoru porzucili art-metalowe zapędy na rzecz niezwykłej surowości, która charakteryzowała ich jeszcze sześć-siedem lat temu.

Zaczęli drastycznie i nietypowo. „De Dodenakker” regularnie w setlistach nie pojawiał się od ponad połowy dekady, tak więc siarczyste, dziesięciominutowe otwarcie stało się źródłem eksplozji szaleństwa dla tysiąca osób, które zgromadziły się na wyprzedanym już cztery tygodnie temu koncercie. Kwintet poszedł za ciosem, świetnie zestawiając rozszarpującą inaugurację z doskonale skondensowanym i wzmacniającym skupienie „Razoreater”. Co bardzo istotne, w perfekcyjnie nagłośnionym Festsaal Kreuzberg, tego wieczoru zrezygnowano zarówno z fosy pod sceną, miejsca dla fotografów, jak i z zatrudnienia ochroniarzy stojących przy scenie, co bardzo mocno wpłynęło na atmosferę i potęgowało odbiór mrocznego przekazu. Stojąc przy barierce obserwowało się muzyków grających na niskim podeście już z odległości dwóch, trzech metrów. Było bardzo intensywnie. Potężniejsza niż na płycie czy choćby rok temu w Progresji, niemalże doomowa pierwsza połowa „Boden”, z prowadzącym genialnym Levym Seynaevem na pierwszym planie zmiażdżyła totalnie. Gdy w głowie wciąż dudniły echa obezwładniającego basu oraz słów „Carry within, a fear that blossoms on skin (…) carry within, regret for everything”, nadeszła kolejna niespodzianka. Grany niezwykle rzadko „À Mon Âme” przywołał z ogromną mocą piękno sludżowo-postmetalowej sceny pierwszego dziesięciolecia XX wieku, przywołując przy tym całą gamę emocji, które towarzyszyły produkcjom Isis czy Neurosis. Prawdziwa magia. A już po chwili rozbrzmiał najbardziej emocjonalny, tym razem pod kątem tekstu, „Diaken”. Miazga! Dobrze, że zaraz po nim zaserwowano moment wytchnienia w postaci cudownie lirycznego „A Solitary Reign”.

I tak nadszedł finał. Gdy z często łączonych w jedną parę „Terziele/ Am Kreuz”, przestały wydobywać się te szybsze hardcore'owe elementy, na scenę nagle wkroczyła Kristin Hayter. Niebywale urokliwa, tworząca obecnie pod pseudonimem Lingua Ignota, artystka przejęła funkcję drugiego wokalu, którym fenomenalnie przebijała potężne krzyki Colina H. van Eeckhouta (Amerykankę można było usłyszeć na płycie The Body I Have Fought Against It, But I Can’t Any Longer, tego wieczoru z wydawnictwem All Bitches Die pełniła rolę jednego z supportów). To było zdumiewające, wręcz fantastyczne doznanie! Utwór nabrał jeszcze więcej przestrzeni i kontrastów niż w wersji studyjnej, w której zaaranżowano go właśnie z uzupełniającymi wokalami w tle. Gdy stało się jasne, że jest to najbardziej spektakularny występ Amenry jaki widziałem (i jeden z najlepszych metalowych obrządków na jakich byłem w ogóle), na zakończenie przyszedł jeszcze jeden niesamowity strzał. Grana tylko od święta, para „Aorte/Ritual” została zagrana na trzy gitary, dwa basy i dwa wokale (Kristin Hayter chapeau bas po raz drugi)! To było wstrząsające zakończenie zarówno dla zgromadzonych, jak i dla murów kultowej berlińskiej miejscówki. Miałem nie jeden raz okazję uczestniczyć w gitarowych eksperymentach z hałasem, począwszy od Swans, Meshuggah czy choćby Sun O))), ale finał tego koncertu trudno porównać do czegokolwiek. Całość to półtora godziny spędzone w innym, pozaziemskim wymiarze.

(foto-passów nie przewidziano, zdjęcia wykonano urządzeniem nieprofesjonalnym)

[zdjęcia: Ewelina Kwiatkowska, Dariusz Rybus]

Amenra [fot. Ewelina Kwiatkowska]
Amenra [fot. Ewelina Kwiatkowska]
Amenra [fot. Ewelina Kwiatkowska]
Amenra [fot. Ewelina Kwiatkowska]
Amenra [fot. Ewelina Kwiatkowska]
Amenra [fot. Ewelina Kwiatkowska]
Amenra + Kristin Hayter (Lingua Ignota) [fot. Ewelina Kwiatkowska]
Amenra + Kristin Hayter (Lingua Ignota) + E-L-R [fot. Ewelina Kwiatkowska]