polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious

Soundrive Festival 2018
Gdańsk | 30.08-1.09.2018

Siódma edycja festiwalu Soundrive na terenach postoczniowych w Gdańsku pokazuje, że to festiwal rozwijający się, ale nie bez wad. W kuluarach mówiło się o nim czasem jako młodszym bracie Offa, chociaż do tego gdańskiej imprezie wydaje się być jeszcze daleko, pomijając także fakt, jak kształtuje się program katowickiego wydarzenia w ciągu ostatnich kilku lat.

Na pewno jednak Soundrive ma wiele atutów. Pierwszym z nich jest niezmiennie przestrzeń – trzy sceny umieszczone w halach stoczniowych, które gwarantują brak obaw o warunki pogodowe. Główna w klubie B90 pomieści 1500 osób (nazwana w tym roku Block Stage), mniejsza na 300 osób tuż w sali obok (Slipway Stage) oraz najbardziej surowa scena Cargo. A do tego plenerowa scena wykorzystywana przez cały sezon na Ulicy Elektryków. Co ważne, te poza klubem mają swoje funkcje – Cargo prezentuje muzykę ambientową lub bardziej eksperymentalną, UE natomiast elektroniczną i w większej mierze klubową, traktowaną jako swego rodzaju zwieńczenie każdego wieczoru.

Określenie „eksperymentalna” ma swoje uzasadnienie, bowiem w dwóch głównych salach B90 w tym roku można było przede wszystkim uświadczyć muzyki w większym stopniu rozrywkowej i stosunkowo prostej, aniżeli poszukującej. Podobnie jak w latach ubiegłych z resztą nurt programowy Soundrive zdominował gitary i elektronika, a teraz jeszcze hip hop – każde w dosyć klasycznej odsłonie.

Jeśli na festiwalu były gitary to melodyjne i piosenkowe – najlepiej w tym względzie wypadło Ice Age. Duńczycy zagrali w poszerzonym do sześciu osób składzie ze skrzypcami i saksofonem. Pokazali się jako zespół bardzo spójny, doskonale odnajdujący się na scenie, z wyrazistym wokalistą, ale bez charyzmy dominującej nad resztą muzyków. Czasem brzmieli wręcz folkowo, ale przede wszystkim jednolicie, wywodząc się w klasycznej odsłonie z nurtu post-punkowego. Drugim ciekawym gitarowym zespołem były dziewczyny z La Luz. Trochę stremowane pierwszym koncertem na tegorocznej trasie po Europie, chyba przede wszystkim z powodu zgubionego bagażu na lotnisku – zagrały spójnie i przebojowego surf-rocka. Bez nowinek, ale z chwytliwymi piosenkami.

Nie były to odkrycia, a co najwyżej zespoły powyżej oczekiwań. Z pewnością jednak wyróżniły się najlepiej, zwłaszcza na tle kiepskich Himalayas, niezbyt wyrazistych Japanese Breakfast, patetycznych Thot z wokalistą wymachującym gitarą i dwiema dziewczynami na klawiszach i perkusjonaliach wystrojonych na quasi-słowianki. Death in Rome, który bazuje na coverach – od popu do rocka – przypominając nieco cięższą odsłoną The National, traktuję raczej jako pomyłkę. Jako ciekawostkę warto wspomnieć JAD, złożony z muzyków Calm the Fire, The Stubs i Government Flu, tak bardzo niepasujący do tego programu (chyba że wpisujący się w nieliczny w tym przypadku zestaw artystów o rodowodzie trójmiejskim), że aż ciekawy i ożywiający festiwal. Zagrali, krótko i intensywnie, byli autentyczni i szczerzy w przekazie.

Drugim nurtem festiwalu była muzyka elektroniczna. Tutaj najciekawiej wypadła OY z klawiszami, samplami, efektami w przytulankach świetnie zakamuflowanymi przy statywie do mikrofonu i z perkusistą. Jej muzyka była żywa i energiczna, łączyła inspiracje elektroniczne i etniczne, towarzyszyła jej najlepsza na całym festiwalu kreacja sceniczna i wizualizacje. Szkoda, że aż trzy dni trzeba było czekać na tak zjawiskowy koncert. OY miała doskonały kontakt z publicznością, podobnie jak występujący w piątek Gaika, który stopniowo rozwijał swoje dancehallowe utwory osadzone na trip-hopowym rytmie, z domieszką ciekawego i emocjonalnego wokalu, pełnego naleciałości r’n’b. Koncert wraz z upływem czasu był coraz żywszy, a atmosfera udzielała się publiczności – i muzyk świetnie potrafił to wykorzystać. Gwiazdą imprezy był Floating Points – na scenę wyszedł bez osławionego składu koncertowego ale solo. Na szczęście zaprezentował set autorski z wyraźną rytmiczną strukturą, ale regularnie wpadając w kosmiczne inspiracje. Był to z pewnością najlepszy taneczny występ festiwalu, który od początku do końca porwał uczestników imprezy do zabawy. Jednocześnie nie było banalnie i przewidywalnie, bo z efektów, sampli i dwóch syntezatorów Sam Sheperd wyciągnął całkiem dużo. I pozostawił niedosyt na koniec, bo przydałoby się takich koncertów na tej imprezie więcej.

Fajnie wypadły trójmiejskie Lasy, które w rodzimym mieście koncertują za często, a tym razem zagrały w powiększonym składzie o gości, którzy uczestniczyli w nagraniu płyty. Koncert skradł jednak perkusista Jacek Prościński – nie od dziś wiadomo, że żywe instrumentarium w elektronice działa na plus, chociaż wiele zależy od tego jak jest wykorzystane. Muzyk nie tylko dodał od siebie elementy muzyki, ale stanowił niezależny i silny wkład, bez którego koncert na pewno nie byłby tak wyrazisty. Warto wspomnieć koncert M8N czyli Mirona Gregorkiewicza z JAAA, który wystąpił razem z kontrabasistą Jackiem Mazurkiewiczem i perkusistą Teo Olterem. Lawirowali gdzieś między quasi-piosenką, a improwizacją, i przez to trochę nie do końca było wiadomo jaki jest ich kierunek – zabrakło spójności i narracji, chociaż z pewnością było to jeden z najbardziej poszukujących zespołów na tym wydarzeniu.

Trzeci nurt to hip hop, najbardziej różnorodny – od „metalowego” Scarlxrd, przez teatralny i trochę kabaretowy Promiseland, wyluzowany Rejjie Snow z mocnym flow czy najbardziej charakterną Flohio. Sęk w tym, że hip hop i rap w obecnym momencie jest najbardziej wyrazistym gatunkiem i jego twórcy mają dużo do powiedzenia – na Soundrive niestety zagrały zespoły imprezowe i bezpieczne, których muzyka miała skłaniać do dobrej rozrywki niż jakichkolwiek poszukiwań i odkryć. Szkoda.

Bo poszukiwanie i odkrywanie to słowo klucz do tego, czego w programie Soundrive najbardziej mi zabrakło. Na festiwale lubię jeździć dla zaskoczeń, a to na gdańskiej imprezie zdarzało się w kilkuletniej historii okazjonalnie – do dziś pamiętam najciekawsze jakie do tej pory na tym wydarzeniu przyszło mi zobaczyć koncerty Islet i Adult Jazz. Tyle, że to kropla w morzu.

Czy na Soundrive można posłuchać zespołów przed ich międzynarodową karierą? Pada taka teza i faktycznie Glass Animals, Unknowm Mortal Orchestra, All We Are czy nawet Coals pojawiły się tu nim wypłynęły na szersze wody. Ale z drugiej strony Floating Points ma już ugruntowaną pozycję, a na festiwalu nie pokazał nie wiadomo jak nowej odsłony, a nawet OY którą widziałem na barcelońskim Sonarze w 2011 roku, już wtedy była całkiem oryginalną artystką, a od tego czasu wydała aż trzy albumy. Ciężko więc uwierzyć mi w Soundrive jako wyłapujący ciekawe zjawiska. Ciężko także zidentyfikować go jako festiwal kuratorski. To raczej ławica różnorodnych artystów (mało spójna jednak, bo nawet różnorodność musi być spójna) z okazjonalnymi perełkami, raczej funkcjonującymi jako ciekawostki niż przełomowe zjawiska.

Być może wpływa na to termin wydarzenia – na przełomie sierpnia i września artyści myślą już raczej o klubowych jesiennych trasach niż festiwalach, które obficie zalewają Europę od maja do połowy sierpnia. A może organizatorzy musza zdecydować czy ma to być impreza nastawiona przede wszystkim na rozrywkę czy na selekcję – lub chociaż jej próbę – ciekawych zjawisk na polskiej i światowej scenie. Bo nawet wielu autorów najlepszych tegorocznych płyt mogłoby się tutaj pojawić, a impreza takiego rozmiaru z powodzeniem mogłaby sobie na nich pozwolić. I lepiej dopasować tematycznie poszczególne sceny, dzięki czemu zyskałyby na spójności i różnorodności jednocześnie (Cargo niekoniecznie musi być usypiającym chillout roomem). Wystarczy spojrzeć na program Ulicy Elektryków, który przez cały sezon był jak na Gdańsk bardzo oryginalny i na czasie z tym co dzieje się w muzyce. Pozostaje tylko poczekać i trzymać kciuki – Soundrive ma wszelkie predyspozycje, żeby się rozwijać i być najciekawszych przeglądem sceny muzycznej w północnej Polsce. Wiadomo, że festiwali jest coraz więcej a i wypracowanie formuły nie przychodzi od razu, ale jest w tym wydarzeniu wielki potencjał.

[zdjęcia: Jakub Knera]

OY [fot. Jakub Knera]
OY [fot. Jakub Knera]
OY [fot. Jakub Knera]
OY [fot. Jakub Knera]
Floating Points [fot. Jakub Knera]
Floating Points [fot. Jakub Knera]
Gaika [fot. Jakub Knera]
Gaika [fot. Jakub Knera]
Gaika [fot. Jakub Knera]
La Luz [fot. Jakub Knera]
La Luz [fot. Jakub Knera]
La Luz [fot. Jakub Knera]
La Luz [fot. Jakub Knera]
Space Dimension Controller [fot. Jakub Knera]
Space Dimension Controller [fot. Jakub Knera]
Iceage [fot. Jakub Knera]
Iceage [fot. Jakub Knera]
Iceage [fot. Jakub Knera]
Iceage [fot. Jakub Knera]
Jad [fot. Jakub Knera]
Jad [fot. Jakub Knera]
Jad [fot. Jakub Knera]
Jad [fot. Jakub Knera]
Lasy [fot. Jakub Knera]
Lasy [fot. Jakub Knera]
Lasy [fot. Jakub Knera]
Lasy [fot. Jakub Knera]
M8N [fot. Jakub Knera]
M8N [fot. Jakub Knera]
Rejjie Snow [fot. Jakub Knera]
Rejjie Snow [fot. Jakub Knera]
Flohio [fot. Jakub Knera]
Flohio [fot. Jakub Knera]
Dtekk [fot. Jakub Knera]
Promiseland [fot. Jakub Knera]
Promiseland [fot. Jakub Knera]
Japanese Breakfast [fot. Jakub Knera]
Japanese Breakfast [fot. Jakub Knera]
Japanese Breakfast [fot. Jakub Knera]
Japanese Breakfast [fot. Jakub Knera]
Death In Rome [fot. Jakub Knera]
Death In Rome [fot. Jakub Knera]
Death In Rome [fot. Jakub Knera]
Himalayas [fot. Jakub Knera]
Himalayas [fot. Jakub Knera]
Himalayas [fot. Jakub Knera]
Himalayas [fot. Jakub Knera]