polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious

Berlin Atonal 2018
Berlin | 22-26.08.18

Berlin Atonal jest wyjątkowym festiwalem. Jego korzenie sięgają aż 1982 roku i od początku swojego istnienia, skupiał się tym, co awangardowe w sztukach dźwiękowych i wizualnych. Na jego korzyść działa także lokalizacja – odbywa się w kompleksie będącym dawną elektrownią przy Köpenickerstraße. Kraftwerk to potężna betonowa konstrukcja, filary, pomosty, wysoki strop. Na parterze, między kolumnami znajduje się Stage Null – tam przenosi się główna część imprezy po zakończonych koncertach na głównej scenie. Ta znajduje się piętro wyżej i jest uwieńczona dużym, prostokątnym, pionowym ekranem, który nadaje festiwalowi sakralnego tonu. Wisienką na torcie jest schowany za niepozornymi drzwiami na tym samym piętrze, co główna scena – Control Room/Schaltzentrale. Control Room, bo wygląda naprawdę, jak pomieszczenie kontrolne – panele, przyciski i wskaźniki na ścianach. Tam odbywają się modularowe jam sessions. Ale kompleks budynków poza festiwalem jest dobrze znany fanom techno – mieszczą się w nim legendarny Tresor (założony na początku lat 90., chociaż wtedy w innym miejscu, w Kraftwerk funkcjonujący od 11 lat) oraz OHM – mały, klub słynący z eksperymentalnego podejścia do imprez (w nim znani producenci i DJ-e grający coś zupełnie innego od tego, z czego są znani). W obu tych miejscach odbywają się towarzyszące festiwalowi imprezy taneczne. Kolejnym ważnym aspektem festiwalu są instalacje audiowizualne, umieszczone w różnych miejscach ogromnej hali, co sprawia, że eksploracja tej przestrzeni staje się jeszcze ciekawsza. Atonal jest też wyjątkowy ze względu na skrupulatnie budowany program – to tu można usłyszeć specjalne projekty zamawiane na festiwal i również tutaj wielu artystów może dać upust swoim dźwiękowym perwersjom. Także tutaj doszło do wielu „wskrzeszeń” legend muzyki elektronicznej jak chociażby Monoton, Cabaret Voltaire czy Clock DVA...

Tegoroczna edycja była czwartą w której uczestniczyłem. Dwie pierwsze – w 2014 i 2015 roku były fenomenalne, a ta w 2016 na tyle rozczarowująca, że wydarzenie przed rokiem opuściłem. Festiwal trwa co roku od środy do niedzieli włącznie. Codziennie prezentowane jest kilkanaście projektów i siłą rzeczy nie da się usłyszeć wszystkiego. Atonal jest dla wytrwałych i trzeba się liczyć z narastającym zmęczeniem zarówno fizycznym (ostatnie koncerty zaczynają się nad ranem) jak i psychicznym (kolejny szumiący, dark ambientowy akt...) oraz rosnącą tolerancją na dziwactwa. Całość jednak jest zdecydowanie warta poświęconego czasu i pieniędzy.

Pierwszego dnia na festiwal dotarłem dość późno i na głównej scenie udało mi się posłuchać jedynie Robina Foxa prezentującego laser show – Single Origin. Jego istotą jest laser, reagujacy na dźwięki, co nie było do końca przekonujące, więc poszedłem do wypchanego po brzegi OHM-a, gdzie Nikakoi serwował świetną mieszankę osobliwych dźwięków i połamanych rytmów (hybryda drum'and'bassu, techno i IDM-u). Ludzie szaleli. Po zakończonym secie Gruzina udałem się na Stage Null na japoński duet składający się z Isao Suzukiego – jazzowego kontrabasisty i rapera Killer Bonga – Killer Oma. Totalna improwizacja i (podobno) kontrolowany chaos – brzmieniowo nadająca się na jakiś poboczny projekt Keijiego Haino, do mnie nie przemawiający. Uciekłem do Tresora, gdzie zostałem oczarowany winylową selekcją Resom (Nadine Moser – rezydentka klubu ://about blank) – słychać, że poświęca dużo czasu na szukaniu muzycznych skarbów tam, gdzie większość by nawet nie pomyślała, żeby szukać. Dawno nie słyszałem, żeby jakiś DJ(-ka) miał tak oryginalny styl i selekcję.

Drugi dzień festiwalu zacząłem od Klary Lewis (córki basisty z Wire), która zagrała muzykę ambientową o bardzo organicznym brzmieniu, stwarzającą przede wszystkim poczucie harmonii. Towarzyszyły jej wizualizacje kwiatów w zbliżeniu czy spowolnioną sekwencję kobiety pływającej w wodzie – nic specjalnego, ale całość była spójna i przyjemna. Kolejny był Neon Chambers – duet Jamesa Shawa (Sigha) i Davida Letelliera (Kangding Ray), jeden z najciekawszych punktów programu. Rytmiczne struktury oscylujące wokół techno, podane z wizualizacjami przedstawiającymi stopniowo psute w ciekawy sposób strony Instagrama. Jeden numer płynnie przechodził w kolejny, dzięki czemu całość była spójna narracyjnie, a na dodatek czuć było nacisk artystów na sound design i wybrzmiewanie muzyki w tej przestrzeni. Najmocniejszym punktem wieczoru, a nawet jednym z najlepszych na całym tegorocznym festiwalu był Lanark Artefax, występujący we wnętrzu przezroczystego sześcianu w towarzystwie pionowego ekranu obok. Szkot zaserwował intensywne audio-wizualne show, będące mieszanką breakbeatu i abstrakcyjnych dźwiękowych tekstur. Po tak dobrym koncercie, nic na Stage Null nie było w stanie zatrzymać mnie na zbyt długo. Zwieńczeniem wieczoru był Alessandro Adriani, który jest świetnym producentem i DJ-em, ale niestety przygotował niezbyt interesującego live-acta. 

 

Piątek rozpocząłem od Chevela, który zaprezentował szeroką gamę brzmień i rytmów, od techno po mutację muzyki jungle. Niestety nie było to spójne – poszczególne części urywały się i zaczynały kolejne. Sporym rozczarowaniem okazał się Pariah z materiałem z najnowszej płyty „Here From Where We Are” – o ile to bardzo ciekawe wydawnictwo, o tyle na żywo nie wypadło ciekawie. Na szczęście zaraz po nim usłyszałem Hiro Kone (Nicky Mao), której występ był jednym z przyjemniejszych przeżyć tej edycji festiwalu – muzyka elektroniczna, która mogłaby być ścieżką dźwiękową do Blade Runnera czy Johnnego Mnemonica sprawdziła się na tej imprezie bardzo dobrze. Następnym punktem był legendarny duet British Murder Boys czyli Anthony Surgeon Child i Karl Regis O'Connor, jeden z najważniejszych projektów industrialnego techno w historii tej muzyki. Występ był bardzo intensywny – panowie weszli, bez zbędnych konwenansów na bardzo wysokie obroty i nie odpuszczając nawet na chwilę praktycznie przez godzinę tłukli z mocą prasy hydraulicznej. Jeńców nie brali. Grali swój stary materiał przearanżowany na nowo – „old plays – new ways”. Regis standardowo, krzyczał lub „śpiewał” do mikrofonu („As Above So Below”), a Surgeon, jak zwykle statycznie stał za sterami. Gdy skończyli chwilę później wystartował program Stage Null. Pierwsza zaprezentowała się Layne (Rachel Aiello) z występem przyjemnie stonowanym i bardzo hipnotycznym, który bardzo mocno inspirował się industrialem. Występujący po niej duet Ora Iso (Jason Kudo i Kathleen Malay), okazał festiwalową porażką. Ich najnowszy album jest bardzo udany, ale był to kolejny skład, który nie sprawdził się na żywo. W pamięci został mi absolutny brak zgrania przesterowanej gitary Jasona i próbującej ją przekrzyczeć, fałszującej Kathleen. Wynagrodził mi to Giant Swan – biegający bez koszulki Robin Stewart, drący się co jakiś czas do mikrofonu i Harry Wright grający proste, bezkompromisowe techno, mocno nawiązujące do złotej ery rave'u lat '90. Nie dane mi było długo odpocząć, gdyż za chwilę zaczął Paradox (Dev Pandya), wcześniej mi nie znany. W momencie, gdy uderzyły pierwsze amen breaki, tłum oszalał. Surowość tego występu była oszołamiająca – wybijane rytmy brzmiały, jakby nie były grane na perkusji tylko na metalowych rurach, a bas gniótł klatkę piersiową. Tym bardziej miało znaczenie, że Dev grał na żywo z trakera, programu, który z założenia nie służy do live-actów. Skwitował to z resztą w trakcie występu, mówiąc, że do tworzenia muzyki nie trzeba studia i sprzętu za tysiące euro, ale wystarczy właśnie prosty program i trochę pomysłowości. W tym samym czasie w OHM-ie grali Ena (Yu Asaeda) i Felix Krone – również weterani spod znaku werbla i basu, na których trochę się spóźniłem. Ena i Felix tworzą i prezentują muzykę o bardzo abstrakcyjnych rytmach, brzmieniu i nietypowych sygnaturach czasowych. Są gatunkiem sami w sobie. Udało mi się ich posłuchać dosłownie 15-20 minut. Było warto i utwierdziło mnie to w przekonaniu, że niektórych muzyków nie usłyszy się nigdzie indziej niż właśnie na Atonalu.

Wróciłem na Stage Null, gdzie za zasłoną z dymu zaczął grać Regis – set był złożony z jego własnych, starszych i nowszych numerów w przearanżowanej wersji. Jego występy to loteria – od takich, które się pamięta do grobowej deski po takie, które wolałoby się zapomnieć. Ten należał zdecydowanie do tych pierwszych. Po nim, bez przerwy wszedł Samuel Kerridge, którego po raz pierwszy słyszałem w roli DJ-a i muszę przyznać, że należy do zdecydowanie odważnych selektorów. Grał od techno przez industrial po jungle, dubstep i stare electro. Technicznie nie jest najlepszym DJ-em, jakiego słyszałem, jednak materiał serwowany sprawił, że wielu ludzi (w tym ja) została do samego końca, czyli 8 rano...

Z racji dość długiego piątku sobotę zacząłem dość późno trafiając na końcówkę Leslie Winer, która mam wrażenie, że w ogóle nie pasowała do reszty festiwalu. Podobnie nie przyciągnął mnie Claude Speeed – nie pomogła nawet ściana z pieców Marshalla. Być może chodziło o ciepło brzmienia, ale efekt końcowy nie powalił. Niestety zawiódł też Actress, którego albumy są w większości co najmniej dobre, jednak jego występ na Atonal był mizerny. Scenografia w postaci srebrnego manekina, który odbijał różnokolorowe światła i dość ładne wizualizacje w postaci różnych wariacji na temat płynnego srebra, nie prowadziły tak naprawdę donikąd. Darren grał od dronów do improwizowanych rytmów, a całość sprawiała wrażenie występu wybitnie nieskładnego, nie przygotowanego. 

Około 1.00 na Stage Null zaczęła grać Veronica Vasicka, założycielka amerykańskiej wytwórni Minimal Wave. Energetyczny DJ-set i miła odmiana po dotychczasowych katastrofach. Następnie na scenę weszła kolejna „super grupa” – zamówiona przez festiwal kooperacja Shifted (Guy Brewer), Broken English Club (Oliver Ho) i Ilpo Väisänen (połowa legendarnego Pan Sonica). Twórczość każdego z panów znam i lubię (szczególnie Shifted i Pan Sonic), więc siłą rzeczy oczekiwania były ogromne. Zaczęło się dobrze – od ładnie wyrzeźbionych tekstur przez rytm 4/4 po noise, a do tego Ho dodający sprzężenia z gitary, lub krzyczący coś do mikrofonu. Niestety w pewnym momencie coś zgrzytnęło i któraś z maszynek się zdesynchronizowała, przez co spore części występu brzmiały, jak niekończące się złe przejście. Wrażenie pozostało więc nie najlepsze. Z chęcią usłyszałbym ich jeszcze raz – bez problemów technicznych i lepiej przygotowanych. Po nich zagrał duet Peder Mannerfelt (którego występ na Atonalu w 2015 przez wielu jest uważany za najlepszy występ we współczesnej historii festiwalu) z Parem GrindvikiemAsthma. Po scenie miotali się ludzie w płaszczach przeciwdeszczowych zagrzewający ludzi do tańca do ciekawej mutacji rave. Produkcja była oryginalna, ale chaotyczność tego live-acta sprawiły, że po 15 minutach zarządziłem taktyczny odwrót do łóżka zostając przy tym z mocnym niedosytem po sobocie.

W niedzielę nie miałem już żadnych oczekiwań. Przyjechałem na ostatnie 10 minut Cateriny Barbieri, która jest mistrzynią formuły „less is more”. Widziałem ją już wcześniej – także i tym razem dała popis zdolności kompozytorskich. Używając dosłownie kilku dźwięków buduje struktury, które wciągają i zmuszają do aktywnego słuchania od początku do końca. Po krótkiej przerwie na scenę wyszli ubrani w żółte szaty The Transcendence Orchestra czyli Surgeon oraz Daniel Bean i odczarowali sobotnie braki w programie – koncert był oparty na przepięknie wyrzeźbionych dronach, granych na żywo z syntezatorów, a wszystko to podane w bardzo medytacyjnej formie. A potem było jeszcze lepiej, na scenie pojawiły się ubrane na biało dwie Japonki – group A. I to był najlepszy koncert całego festiwalu, audiowizualny performance od noise przez power electronics w stylu Anenzephalii, po kawalkadę przesterowanych bitów. Wszystko idealnie zgrane z  wizualizacjami, które w połączeniu z dźwiękiem dawały poczucie podróży. Przez niecałą godzinę, panie snuły się jak zjawy po scenie, jedna krzyczała histerycznie do mikrofonu, druga grała na przepuszczonych przez efekty skrzypcach. Całość bardzo mocno odstawała od reszty tegorocznego programu. Część koncertową domknął Labour koncertem, który był doskonale przygotowany. Pomiędzy publicznością znalazły się sygnalizatory świetlne, a na piętrze nad i pod widzami znaleźli się bębniarze. Połączenie muzyki elektronicznej z bębnami – wcześniej nie wywołujące u mnie dobrych skojarzeń – zabrzmiało niczym współczesna muzyka plemienna i rytualna. Wspaniałe zakończenie – niedzielne koncerty zaliczam już nawet nie do przeżyć muzycznych tylko mistycznych. 

Podsumowując, cieszę się z powrotu na Berlin Atonal w tym roku. Oczywiście były momenty słabe. ale przy przedsięwzięciu tego kalibru i przy takiej ilości wykonawców ciężko, żeby wszystko wypaliło i bezkrytycznie się podobało. Dodatkowo te słabsze momenty pozwoliły docenić jeszcze bardziej te genialne. Wyjątkowość prezentowanej muzyki zarówno tej do słuchania, jak i tanecznej po raz kolejny sprawiły, że będę chciał tu wrócić. 

[tekst: Artur Kwiatkowski]

[zdjęcia: Jakub Knera]

Klara Lewis [fot. Jakub Knera]
Klara Lewis [fot. Jakub Knera]
Cura Machines + Rainer Kohlberger [fot. Jakub Knera]
Cura Machines + Rainer Kohlberger [fot. Jakub Knera]
Robert Lippok [fot. Jakub Knera]
Lil Mofo [fot. Jakub Knera]
Neon Chambers (Kangding Ray + Sigha) [fot. Jakub Knera]
Neon Chambers (Kangding Ray + Sigha) [fot. Jakub Knera]
Neon Chambers (Kangding Ray + Sigha) [fot. Jakub Knera]
Lanark Artefax [fot. Jakub Knera]
Lanark Artefax [fot. Jakub Knera]
Sophia Loizou [fot. Jakub Knera]
Kolorit (Lowtec & Kassem Mosse) [fot. Jakub Knera]
British Murder Boys [fot. Jakub Knera]
British Murder Boys [fot. Jakub Knera]
Layne [fot. Jakub Knera]
Layne + Samuel Kerridge [fot. Jakub Knera]
Claude Speeed + Sasha Litvintseva + Beny Wagner [fot. Jakub Knera]
Claude Speeed + Sasha Litvintseva + Beny Wagner [fot. Jakub Knera]
Actress [fot. Jakub Knera]
Actress [fot. Jakub Knera]
Actress [fot. Jakub Knera]
Alpha 606 [fot. Jakub Knera]
 [fot. Jakub Knera]
 [fot. Jakub Knera]
 [fot. Jakub Knera]
 [fot. Jakub Knera]
 [fot. Jakub Knera]
 [fot. Jakub Knera]
 [fot. Jakub Knera]