polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious

Primavera Sound 2018
Barcelona | 30.05-03.06.18

 

Nieziemski pokaz Art Ensemble of Chicago. Cudowny hołd Echo Collective i Dustina O'Hallorana dla Jóhanna Jóhannssona. Kosmiczne Essaie Pas. Jeszcze surowsza twarz Shellac. Chuligańskie tsunami Idles. Ironiczny Dead Cross. Wszechpotężna siła Sumac. Plus dużo programowych kraks. Oto Primavera Sound 2018.

Magiczna inauguracja barcelońskiej imprezy miała miejsce w Auditori Rockdelux, które w tym roku, niestety, gościło festiwal tylko jednego dnia. Z dwojga pierwszych hiszpańskich artystów spore wrażenie wywarł Capullo de Jerez. Przedstawiciel wolnomyślicielskiego flamenco, występujący w towarzystwie trzech kompanów, idealnie sprawdził się w roli otwarcia, jak i bezpośredniego supportu dla Art Ensemble of Chicago. Doskonała była zwłaszcza, wzmacniająca społeczną moc przekazu, druga połowa koncertu. Trzy wokale, akcentowanie gitarowych uderzeń oraz krzyków kosztem melodyjności i emocjonalności, nie przypominało flamenco w klasycznej, nieco nużącej andaluzyjskiej odmianie. Lokalna publiczność oszalała całkowicie przy finałowym „Hala Madrid” kiedy ktoś z siedzących rzucił wodzirejowi koszulkę Realu Madryt. Całe szczęście obyło się bez zajść.

Art Ensemble of Chicago zaczęło od cierpliwego przedstawienia się każdego z trójki liderów. Całość rozpoczął 10-minutowym popisem Roscoe Mitchell. Potem nastąpiła perkusyjna ofensywa Dona Moye'a, a zaraz po niej z precyzją szwajcarskiego zegarka, po kolei, zaczęły uaktywniać się pozostałe ogniwa dziesięcioosobowego zespołu. Powolne tempo, kreowane za pomocą trąbki, saksofonu i klarnetu, po około dwudziestu pięciu minutach zmieniło się w strunowy, hejnałowo-basowy, wspaniały jazzowo-hardcore'owy abstrakt. Free stylowy, trwający kwadrans, utwór swoim zacięciem miażdżył na swojej drodze wszelkie dostępne schematy, toteż w finale przyszła pora na chillout i rzeczy luźniejsze. Dwa bębenki, kontrabas, saksofon, następnie klarnetowa solówka, a mistrzowską, awangardową improwizację zwieńczyła słynna „Odwalla (The Theme)”. Cóż to był za koncert!

Nie minęło pięćdziesiąt minut, a na tej samej scenie pojawił się Echo Collective, który wraz z Dustinem O'Halloranem oraz czterema innymi muzykami oddało cześć, zmarłemu w lutym tego roku, Jóhannowi Jóhannssonowi. Słynny islandzki kompozytor w styczniowym ogłoszeniu programu Primavery miał na niej wystąpić z genialnym Orphée. Piękną inicjatywą wykazali się najbliżsi współpracownicy i przyjaciele Skandynawa. Hołd jaki złożyli odgrywając całą płytę wypadł wręcz wstrząsająco. Jedenastoosobowe ensemble, z którego aż siedmiu przedstawicieli grało na instrumentach strunowych, wyeksplorowało nowe dźwiękowe przestrzenie, stając w jednym rzędzie z intensywnością odczuwalną przy okazji misteriów Swans. Mocno zaakcentowane zwolnienia. Radykalne pogłębianie głośnych struktur. Kąśliwe rozszarpywanie tych spokojniejszych plus niezwykłe zaangażowanie osób, które znały i współpracowały z Jóhannssonem, wykreowały niebywale hipnotyzujący i momentami bardzo wzruszający spektakl (wyśmienite „A Deal With Chaos”, „Flight From The City” oraz „A Song For Europa”).

To było bajeczne otwarcie. Niestety, nie minęła godzina 23, a na terenie regularnego festiwalu było już po koncertach Anny Von Hauswolff, Jamesa Holdena & The Animal Spirits. Ominęły mnie także pokazy 2/3 polskiej reprezentacji (Kurws grali o 19, Trupa Trupa o 21).

Tym bardziej szkoda, że Nick Cave And Bad Seeds, za sprawą charyzmatycznego lidera nadmiernie postawili na kontakt z publicznością, zamiast budować atmosferę muzyką. Ciągłe przemowy, zagadywanie fanów, landrynkowe pozdrowienia dla nowej fali słuchaczy wypadły tandetnie. W przedostatnim „Stagger Lee” Cave zaprosił kilkadziesiąt osób na scenę! O ironio, dobrze, że ci najmłodsi „szczęśliwcy” uzbrojeni w najnowsze smartfony i kamerki nie zrzucili swojego idola z desek... Jednostajny, zbyt melodyjny (bardzo drażniące wesołe cymbałki) i wyreżyserowany w każdym detalu, choć bardzo dobrze nagłośniony, przekrojowy set składający się z 14 utworów, okazał się solidnym, nic ponadto.

Zeal & Ardor na swojej ostatniej płycie Devil Is Fine zaprezentował odwagę i miał tzw. kilka momentów, które robiły różnice. Łączenie elementów black metalu z soulem, bluesem oraz gospelem to łączenie skrajności, a każde eksperymentowanie ze skrajnościami jest jak spacer po bardzo cienkiej linie. Niestety popis sekstetu pozbawiony był wszelkich proporcji gatunkowych, a najbardziej odczuwalny był deficyt mocy. Ledwie trzy, cztery blackmetalowe nawiązania („Come On Down”, „In Ashes”, „Blood in the River”), czyli uniesień jak na lekarstwo. To plus kilka nowych bezbarwnych kompozycji złożyło się na prawie godzinną zamulającą około thrashową całość. Trzem niezłym prowadzącym, bardzo ekspresyjnym wokalom, towarzyszyła zbyt banalna gitarowa otoczka, a cały projekt okazał się tak przereklamowany jak parę lat temu Algiers oraz Deafheaven.

Drugi dzień rozpoczął Essaie Pas. Zaczęli od ekstremalnie euforycznej mieszanki elementów detroit/ industrial techno z dark wave. Pierwszy knockout nastąpił przy trzecim fenomenalnym „Retox”. Dekadencki live z minuty na minutę stawał się intensywniejszy, w czym główna zasługa utworów z nowego albumu, które dodawały klaustrofobicznego i nieco dusznego klimatu. Z New Path najlepiej wypadły „Les Agents Des Stups” oraz „Substance M”. Czysta energia zawarta w oldschoolowych przejściach, eksplodujące acidowe zajawki, basowe sprzężenia plus elementy przestrzennego synthpopu – miks miazga. Całość idealnie zwieńczyły, pochodzący ze znakomitego Demain Est Une Autre Nuit „Lights Out” oraz „Earth” (genialne wokale Marie Davidson).

Dużym zaskoczeniem drugiego dnia był performans Sevdalizy. Żywa perkusja, a od trzeciego utworu kontrabas, wiolonczela i trzech skrzypków. Ogromna partia basu i klawiszy, a obok byłej koszykarskiej reprezentantki Holandii do pary tancerz. 30-minutowy pokaz, miks modern dance'u z triphopem/ avantpopem oraz prowadzącymi doskonałymi wokalami, w swojej audiowizualnej dramaturgii, wprost wbijał w ziemię. Szkoda, że bardzo oryginalne połączenie trwało tak krótko (w drugiej części już bez tancerza, który wrócił dopiero na finał, zagrano te mniej skomplikowane pozycje).

Shellac, głównie za sprawą niebywale skupionego Steve'a Albiniego (jedyna przemowa przed „Killers”), postawił w tym roku przede wszystkim na surowość. Zaczęli od bezkompromisowego „Canada”. Świetnie wypadł „Steady As She Goes”, ale w pierwszych dwudziestu pięciu minutach najbrutalniejszy był „Squirrel Song”. Były dwa rzadko grane do tej pory kawałki (jednym z nich był bodaj „Billiard Player Song”, ale głowy nie dam). Ze sceny biło niezwykłe skupienie (wyśmienity, rozbudowany „Riding Bikes”), a trio fantastycznie finiszowało z „Prayer To God”. Szkoda, że Shellac grał tak krótko bo tylko czterdzieści pięć minut (Amerykanie w ramach akcji Unexpected zagrali następnego dnia secret show witając przybyłych koncertem na placu przy stoiskach z płytami! Niestety nie było mnie tam).

Kolejną po Essaie Pas wizytę w ramach cyklu PrimaveraBits (znowu powiększono tą część terenu, elektronika z roku na rok przejmuje coraz większą programowa inicjatywę) zaliczyłem przy okazji pojawienia się Daphniego. Po wydaniu znakomitej pary Joli Mai/ Fabriclive 93 wiele obiecywałem sobie po Kanadyjczyku. Zaczął dwoma kawałkami w stylu funky-disco. Kiedy z głośników rozbrzmiał „Cos-Ber-Zam Ne Noya” z rewelacyjnego debiutanckiego Jiaolong publiczność oszalała. I gdy wydawało się, że euforia z ostatniej fazy dj setu Dekmantel Soundsystem (ostatnie bezpardonowe i nieziemsko energetyczne trzydzieści minut sesji założycieli amsterdamskiego festiwalu w swojej oldschoolwej tech-houseowej mocy wbijało w ziemię) zostanie przynajmniej podtrzymana, Dan Snaith nagle popłynął w prosty liquid funky house oraz w pozbawione jakiejkolwiek wigoru, basowe chmury. Szkoda.

Wszystkim co potrzebne od początku do końca dysponowali za to Idles. Manifestowy przekaz oraz wokale do złudzenia przypominające Jasona Williamsona ze Sleaford Mods. Zacięcie i autentyczność Protomartyr. Plus duże coś ekstra. Mianowicie chuligańsko-punkowa zadziorność. Wściekłość płynąca z głośników porażała od pierwszej do ostatniej minuty. Wspaniałe (głównie za sprawą perkusisty Jona Beavisa) „Faith in the City”, „Mother”, „1049 Gotho” oraz „Divide & Conquer”. Nie mogło zabraknąć stage-divingu oraz kotła, w którym brał udział również gitarzysta Mark Bowen. Kapitalny timing, niezwykła moc i temperament. Post punk z garażowym uderzeniem, domieszką noise i koncertowym obyciem. Ciekawe co będzie dalej z obiecującymi Brytyjczykami? Odpowiedź za niedługo. Nowa płyta Joy as an Act of Resistance ukaże się już 31 sierpnia 2018.

Szkoda, że Idles pokrywali się częściowo z Ty Segall & The Freedom Band. Zdążyłem na dwudziestą minutę i z miejsca zanurzyłem się w baśniową porcję przyjemnego psychodelicznego rocka, jaką Amerykanin z kompanami bogato obdarzył na sympatycznym Freedom’s Goblin. Trąbka kontrastująca siłę intensywnego strumienia gitar. Fantastyczna forma wokalna Ty Segalla. Tłum najmocniej dał się ponieść przy „Every 1's A Winner”, „My Lady's On Fire”, ale najlepiej atmosferę tego koncertu oddaje „Alta”. Ty Segall na żywo nigdy nie zawodzi. Z powodu programowych korków drugiego dnia odpadł John Maus oraz Metá Metá.

Trzeci dzień, a więc finał 16. edycji był jak wycinek z Roadburn czy Hellfest. Blackmetalowych ortodoksów z Watain wyróżniała przede wszystkim perkusyjna brawura Emila "E. Forcas" Svenssona. Najsoczyściej wypadły „Devil's Blood” oraz „Nuclear Alchemy”. Minusem pierwszej części czarnej mszy była słabsza postawa wokalisty Erika "E" Danielssona, który nie był w stanie udźwignąć ciężaru liderowania i to nawet w tych cichszych momentach kiedy stłamszone były gitary. Całość wyszła więc tyko średnio, również dlatego, że Szwedzi w wersji koncertowej zaproponowali zdecydowanie za dużo pierwiastków spod znaku heavy.

Jeszcze mocniej niż perkusista Watain swoją obecność zaznaczył fenomenalny jak zwykle Dave Lombardo. Doskonale urozmaicone partie legendarnego perkusisty Slayera, Fantômasa i paru innych bandów, były opoką i punktem wyjścia do tego, co najlepsze do zaprezentowania miał Dead Cross. Mieć dwóch takich liderów jak Lombardo i Mike Patton mogło oznaczać tylko jedno. Kwartet nie zawiódł ani przez jedną chwilę regularnego koncertu, a najciekawsze były najskrajniejsze fragmenty krzyczącego i piszczącego, będącego w wybornej wokalnej dyspozycji, Pattona. Cudowny początek: „Idiopathic”, „Obedience School”, „Divine Filth”. Druga połowa: „Grave Slave”, „The Future Has Been Cancelled”, no i przede wszystkim „Church of the Motherfuckers”. 10/10. Amerykanie mają na koncie jeden znakomity album, ale trwa on niecałe trzydzieści minut, tak więc kwartet szybko skończył grać, co słusznie rozdrażniło publikę domagającą się uzupełnienia godzinnego występu. Kiedy Lombardo wrócił i rozpoczął slayerowego „Raining Blood”, a chwilę po nim Patton chwycił mikrofon do ręki tłum totalnie oszalał! To był prawdziwy obłęd, porównywalny tylko do tego jaki w zeszłym roku wygenerowało pojawienie się The Make-Up. Niestety. Tym razem, pierwszy raz tego wieczoru, ironia Pattona przybrała negatywną odmianę. Frontman po minucie zszedł ze sceny wprowadzając rozsierdzony i rozwścieczony tłum w ogromną złość. To było bezsensowne, niepotrzebne, a nawet i głupie.

Nadzwyczajnie od początku do końca zagrał Sumac. Trio postawiło na cztery regularne utwory i dronowo-doomową improwizację. Avantgardowy popis, na perfekcyjnie nagłośnionej najmniejszej regularnej scenie, zaczęli od porażającego „Rigid Man”. Później był wbijający w ziemię „Attis' Blade”. Następnie spektakularny pokaz Nicka Yacyshyna na „Thorn In The Lion's Paw”. Skoncentrowany Aron Turner, który wpadł w prawdziwy bestialski trans nie odpuścił żadnej sekundy ze swoich nieprzeciętnych partii głosowych, miażdżąc zwłaszcza w finałowym „Image of Control”. Tak jak na zeszłorocznej klubowej trasie świetne zastępstwo dla Briana Cooka zapewnił, znany ze współpracy z Earth, Melvins oraz High on Fire, Joe Preston. Primavera gościła w swojej historii wiele zacnych ekstremalnych bandów od Converge, Sunn O))) po Electric Wizard czy Slayer, ale nawałnicę Sumac trudno zestawić do czegokolwiek. Nie sądziłem, że po zeszłorocznym finale Sleep może być lepsze zamknięcie festiwalu. Myliłem się.

Jeśli do powyższego dodać sobotnie programowe stłuczki, a więc przymusowe absencje na sobotnich, najnowszych live'ach Jona Hopkinsa oraz Oneohtrix Point Never podsumowanie tegorocznej Primavery nasuwa się same. Edycja 2018 była potężna.

[tekst: Dariusz Rybus]

[zdjęcia: Dariusz Rybus, Alba Ruperez, Eric Pamies, Paco Amate, G. Irizar]

 
Capullo de Jerez [fot. Alba Ruperez]
Capullo de Jerez [fot. Alba Ruperez]
Capullo de Jerez z koszulką Realu Madryt [fot. Dariusz Rybus]
Art Ensemble of Chicago [fot. Alba Ruperez]
Art Ensemble of Chicago [fot. Alba Ruperez]
Art Ensemble of Chicago [fot. Alba Ruperez]
A Tribute to Jóhann Jóhannsson [fot. Alba Ruperez]
A Tribute to Jóhann Jóhannsson [fot. Dariusz Rybus]
A Tribute to Jóhann Jóhannsson [fot. Dariusz Rybus]
Nick Cave And Bad Seeds [fot. Eric Pamies]
Zeal & Ardor [fot. Dariusz Rybus]
Zeal & Ardor [fot. Dariusz Rybus]
Essaie Pas [fot. Dariusz Rybus]
Essaie Pas [fot. Dariusz Rybus]
Essaie Pas [fot. Dariusz Rybus]
Sevdaliza [fot. Paco Amate]
 
Sevdaliza [fot. Paco Amate]
Shellac [fot. Paco Amate]
Shellac [fot. Paco Amate]
Shellac [fot. Paco Amate]
Idles [fot. Garbine Irizar]
Idles [fot. Garbine Irizar]
Idles [fot. Garbine Irizar]
Ty Segall & The Freedom Band [fot. Alba Ruperez]
Ty Segall & The Freedom Band [fot. Alba Ruperez]
Watain [fot. Paco Amate]
Watain [fot. Paco Amate]
Dead Cross [fot. Garbine Irizar]
Dead Cross [fot. Garbine Irizar]
Dead Cross [fot. Garbine Irizar]
Sumac [fot. Dariusz Rybus]
Sumac [fot. Dariusz Rybus]
Sumac [fot. Dariusz Rybus]