



W trakcie 23. edycji Primavera Sound udało się zobaczyć dwadzieścia koncertów, z czego aż dziewiętnaście w całości. W ramach trzech dni regularnego festiwalu obok zespołów gitarowych mocno swój udział zaznaczyli przedstawiciele muzyki elektronicznej. Czwarty dzień, w ramach miejskiego cyklu Primavera a La Ciutat, był już dniem całkowicie poświęconym takim gatunkom jak noise rock, sludge oraz emo.
Otwarcie festiwalu zaczęło się od dużej organizacyjnej wtopy. Przeniesiony z Sali Auditori do klubu Paral·lel 62 live Kali Malone, zamiast równo o 13, „z przyczyn technicznych” wystartował dopiero o 13.30, ale co gorsze, z powodu niespodziewanego blackoutu zakończył się dwadzieścia minut przez czasem! Liczyłem na to, że Malone przyjedzie z chórem i zaprezentuje All Life Long. Tak się jednak nie stało. Szwedka zagrała solo, ale osadzony w estetyce drone live był równie znakomity jak jej ostatni album. W pierwszych, mocniejszych trzydziestu minutach rozwój wydarzeń budowany był w oparciu o basową masywność, a punktem kulminacyjnym była dziesięciominutowa część, która intensywnością hałasu nawiązywała do mocy Sunn O))). Drugą, dla kontrastu spokojniejszą fazę, wypełniały spięcia oraz piski i gdy Malone kreowała podejście pod drugi punkt szczytowy, dokładnie w 41. minucie występu w klubie wysiadł prąd, nie zadziałały generatory i smutna Szwedka opuściła scenę. Ludzi szybko wyproszono z sali i od razu ogłoszono obsuwę kolejnego wydarzenia.
Ostatecznie Moritz von Oswald też wyszedł z półgodzinnym opóźnieniem, ale w przeciwieństwie do Malone pojawił się w towarzystwie aż dziesięcioosobowego chóru oraz dyrygentki. Wydany w 2023 roku genialny Silencio na żywo został wzbogacony elementami techno oraz noise, ale największą rolę w tworzeniu niesamowitej głębi przekazu miały oczywiście kapitalne, chwilami wprost poruszające, partie wokalne. Niezwykła psychodelia zawarta w wątkach muzyki sakralnej oraz muzyki filmowej, w tak perfekcyjnym i pełnym kontrastów wydaniu przerosła najśmielsze oczekiwania, był to jeden z dwóch najlepszych występów pierwszego dnia. Najmocniej wybrzmiały zwłaszcza „Luminoso”, „Volta” oraz „Opaco”.
Potężne doznania związane z elektroniką zostały przerwane najpierw przez tylko solidny występ Julie, a potem przez słaby koncert Idles. Julie pozytywnie zaskoczyło w tych mocniejszych pozycjach. Szkoda, że takie utwory jak „Flutter”, „Lochness” czy „Clairbourne Practice” były przeplatane ckliwymi, zbyt cukierkowymi kawałkami, takimi jak „Skipping Tiles”, „Very Little Effort” czy „Catalogue”, ale amerykańskie trio tworzą ludzie nie mający trzydziestu lat więc jest potencjał do rozwinięcia. Potencjału już raczej nie rozwiną, bo wszystko co najlepsze mają już za sobą, cieszące się statusem festiwalowej gwiazdy, Idles. Miałem okazję widzieć Brytyjczyków po każdej ich płycie i z tej bezkompromisowej, post-punkowej energii, która była po Brutalism oraz Joy As An Act Of Resistance, poza dobrym kontaktem z publicznością zostało już niestety niewiele. To był ich najgorszy koncert jaki widziałem do tej pory, a formę wokalną wypalonego i mającego nieznośne popowo-raperskie zapędy Joe Talbota można podsumować słowem kuriozalna.
Drugi ex aequo najlepszy występ czwartku był autorstwa duetu Heinali & Andriana-Yaroslava Saienko. Гільдеґарда (Hildergard) w wersji na żywo był niezwykle oczyszczającym przeżyciem duchowym. Perfekcja Saienko oglądana z odległości około czterech metrów pozwoliła zaobserwować niebywałą pracę całego ciała jaką Ukrainka włożyła w ten nadzwyczajny popis wokalny. W stosunku do wersji albumowej zdecydowanie większą rolę w kreowaniu klimatu oraz wzmacnianiu siły przekazu odegrały elektroniczne podkłady Oleha Shpudeiko. Głośniejsze niż na płycie tła najbardziej imponowały w tych niemal noise'owych fragmentach, a z całości najbardziej efektownie wypadły najmocniej przenikające się partie duetu.
Do rozładowania silnych emocji, na koniec dnia, doskonale nadał się black/ speedowy Midnight. Trio z Ohio najciekawiej wypadło w tych najbrudniejszych punkowych spięciach, w których główne role odgrywały basowe hulanki i szorstkie riffy. Gitarzysta Shaun Vanek mógłby czasem zluzować, niepotrzebnie z każdego szybszego przejścia od razu generował solówki. Do lepszego odbioru całej godziny autorstwa Amerykanów zabrakło wolniejszych odskoczni, kawałków ze szczyptą sludge'owego, bardziej psychodelicznego zacięcia.
Piątkowe popołudnie zainaugurowało pretendujące do miana objawienia imprezy Still House Plants. Ich eksperymentalny występ łączył elementy improwizacji, art rocka, math rocka oraz free jazzu. Całość na żywo nabrała energii i napięcia, których nieco brakowało przy odsłuchach ich płyt w domowym zaciszu. Z jednej strony nostalgiczne, pobudzające do introspekcji jak sadcore Karate. Z drugiej soczyste, pełne barw oraz przestrzeni, przywołujące na myśl Slint. Połamane, powtarzane i spowalniane gitarowe wątki Finlay'a Clarka uzupełniane były przez nieco błądzące perkusyjne rozejścia Davida Kennedy'ego. No i ten pierwszy plan, czyli spajający wszystko w monolit potężny głos Jessi Hickie-Kallenbach. Najlepszymi wizytówkami tego koncertu są utwory „Probably” oraz „No Sleep Deep Risk”.
Jedyną kraksą w programie tej edycji był live Sheda. Po Still House Plants udało się zdążyć dokładnie na drugie pół godziny jakie przygotował Niemiec. Oparte na polirytmiach, masywne techno łączyło najciekawsze cechy berlin/ detroit. Shed zaprezentował doskonałą mieszankę IDM, minimal oraz dub techno. Mieszankę, która była idealnym nawiązaniem do tego co w zeszłym roku zaserwował Monolake.
W przeciwieństwie do Still House Plants pomysłu na siebie trochę zabrakło Gouge Away. Ich pierwszy koncert w Parc Del Forum był tak różny i nierówny, jak różne i nierówne są ich dwie ostatnie płyty. Surowe, noise rockowe, wykrzyczane, niemal harcore punkowe utwory z Burnt Sugar wypadły znakomicie, warto wspomnieć o „Subtle Thrill”, „Fed Up” czy choćby „Hey Mercy”. Te melodyjne, post-hardcore'owe, śpiewane z Deep Sage już nie za bardzo (m.in. „Idealized”,„Maybe Blue”). Organizatorzy w tym roku, w budynku w którym mieści się Warehouse, zdołali przygotować drugą małą salę, w której koncerty odbywały się bez podestu scenicznego. W mieszczącej kilkadziesiąt osób miejscówce Gouge Away wyszli tego wieczoru po raz drugi i ten trzydziestominutowy, składający się z ich najostrzejszych kawałków, shot był o niebo lepszy niż ten regularny, prawie godzinny koncert na normalnej scenie.
Najlepszy koncert trzydniówki w Parc Del Forum zagrał The Jesus Lizard. Kwartet był w wyśmienitej formie, scena miała idealne nagłośnienie, a zespół świetnie dobrał setlistę na ten wieczór. Oczywiście główną postacią wieczoru był David Yow, który kilka razy lądował w tłumie. Amerykanin wspomniał Steve'a Albiniego, któremu zadedykował „Mouth Breather” oraz słowami Fuck Trump kilka razy pozdrowił nowego-starego prezydenta USA. Genialne „Gladiator”, „Falling Down”, „Hide & Seek”, „What If?”, „Monkey Trick”, genialny David Sims. To był jeden z najlepszych koncertów jakie widziałem na Primaverze w ciągu ostatniej dekady.
Intensywny i bardzo udany dzień zwieńczył eksperymentalnym techno Simo Cell. Francuz z niebywałą lekkością i poczuciem przestrzeni łączył najcięższe elementy ghettotech, footwork oraz futuristic. Masywny, energetyczny i wielowarstwowy live obfitował w drumowe ofensywy, basowe przerywniki oraz grę kontrastów. Ani zgromadzona w Warehouse publiczność, ani Simo Cell nie chciał kończyć tego godzinnego, fantastycznego występu, ale wiadomo na festiwalu obowiązują pewne zasady.
Do intensywności z piątku, na otwarciu soboty, niestety nie udało się nawiązać Fontaines D.C., którzy prawie w całości zagrali m.in. ostatnią płytę Romance. Zaskakująco duża dawka melancholijnego rocka swoją najsłabszą fazę zaliczyła przy zestawie zagranych po sobie „Sundowner”, „It's Amazing to Be Young”, „Big”, „Bug”, „Here's the Thing”. Wiadomo, irlandzki kwintet mocno spuścił z tonu po wydanym w 2020 roku, drugim albumie A Hero's Death, ale aż tak jednowymiarowego i ospałego występu się nie spodziewałem. Ogromny szacunek dla Griana Chattena i spółki za najmocniejszy na festiwalu protest przeciwko izraelskim działaniom w Palestynie.
Klimat nadmiernej muzycznej melancholii od razu przerwała Beatrice Dillon. Jej abstract techno z każdą minutą nabierało coraz gęstszych form. Błądzące drumy, klawiszowe wrzutki, basowe chmury oraz repetycje podtrzymały wyborną serię wykonawców muzyki elektronicznej na tegorocznym festiwalu.
Od samego początku mocno w koncert weszło także Cap’n Jazz. Ich pierwszy kwadrans to dawka najczystszej esencji emo. Zaczęli od rewelacyjnych „Basil's Kite”, „In the Clear”, „Yes, I Am Talking to You”. Świetnie przygotowany zespół pod dowództwem znanego z American Football, grającego na perkusji Mike'a Kinselli, imponował zwłaszcza w pieczołowicie kreowanych i niebywale intensywnych art punkowych przestrzeniach. W zestawie piętnastu utworów nie mogło oczywiście zabraknąć „Oh Messy Life”, „Take On Me” oraz „Puddle Splashers”.
Jedynym słabym elektronicznym aktem podczas już ostatniej wizyty w Warehouse okazał się set autorstwa Diamin. Za bardzo zanurzone w estetyce dancefloor, nieco prymitywne techno po kwadransie w swojej przewidywalności i prostocie zaczęło mocno nudzić.
Chwili na nudę nie było za to przy spotkaniu z Chat Pile. Raygun Busch kręcił się po terenie festu spijając browary już na dwie godziny przed startem koncertu. Stina i Luther Manhole'a można było spotkać już dzień wcześniej pod sceną na The Jesus Lizard. Amerykanie w trakcie koncertu postanowili zaznaczyć swoją obecność na większym terenie niż tylko ten obejmujący ich scenę i trzeba przyznać, że ich fascynacja brzmieniem Korna miała ogromne przełożenie na sobotni koncert. Basowa miazga przy genialnym „Shame”, dość drastycznym „Frownland” oraz desperackim „Why” nie pozwoliła mi na dalszy odbiór tego koncertu z miejsca przy barierce pod sceną. Na koncerty słynnych nu-metalowców z Bakersfield przestałem uczęszczać dość dawno temu, ale oba te zespoły pod kątem basowego uderzenia można ze sobą śmiało zestawiać. Jedynym mankamentem tego wieczoru, obok chwilami właśnie nieco za głośnego basu, było zbyt głośne i zbyt metaliczne brzmienie perkusji, która niestety zagłuszała niektóre partie gitar, choćby w „Masc” i „I Am Dog Now”. Najlepiej wypadły utwory wolniejsze, zawierające najwięcej sludżowego brudu i psychodelii, a więc „Slaughterhouse”, „Rainbow Meat” oraz „Dallas Beltway”.
Czwarty dzień festiwalu, czyli niedzielne koncerty w ramach miejskiej Primavera a la Ciutat, okazały się jednymi z najciekawszych jakie widziałem na kilku edycjach tego zyskującego na popularności cyklu.
Cap’n Jazz w klubie Paral·lel 62 wprost eksplodowało. Setlista prawie identyczna jak na otwartym powietrzu dzień wcześniej, ale pod względem intensywności i energii ten występ był masywniejszy, bardziej dokręcony. O wiele bardziej wyluzowany był przede wszystkim Tim Kinsella, który tego wieczoru dał z siebie 110%. Znowu zagrali ponad piętnaście utworów. Na większą dawkę skrajnie energetycznego Midwest emo nikt w klubie nie miał już siły.
The Jesus Lizard w tej samej miejscówce przeszli samych siebie gdy po zagraniu godzinnego koncertu nagle wyszli na dwudziestominutową dogrywkę. Takiej sytuacji na Primaverze jeszcze nie widziałem. Lądujący kilka razy w tłumie David Yow tryskał niewyobrażalną, wręcz kosmiczną energią, ale nawet podczas crowd surfingu nie odpuścił żadnej z wokalnych partii. Fenomenalne wypadły zwłaszcza „Alexis Feels Sick”, „Glamorous”, „Thumbscrews” oraz „Seasick”. Mistrzostwo.
Totalnie zmiażdżyło także nieziemskie, tym razem perfekcyjne Chat Pile, które idealnie nastrojone wyszło o godzinie drugiej w nocy. Gitara Luthera Manhole'a tym razem brzmiała bez najmniejszego zarzutu i ten koncert obok obu wyjść The Jesus Lizard był najlepszym koncertem widzianym w tym roku w Barcelonie. Amerykanie przy drugim podejściu postawili na bardziej wyszukaną setlistę, zagrali m.in. totalnie rozbrajającego na żywo „grimace_smoking_weed.jpeg”, rewelacyjny cover Nirvany „Scentless Apprentice” oraz niebywale surrealistyczną „Pamelę”. Fenomenalnie wypadły ponadto: podrasowany „Masc”, szorstki „Crawlspace” oraz zamykający całość „Dallas Beltway”. Na pewno nie wszyscy byli w stanie zrozumieć dlaczego wokalista Raygun Busch po każdym utworze streszczał hiszpańskie filmy, wśród których najwięcej miejsca poświęcił Pedro Almodóvarowi. Te przemowy przeszkadzają nieraz w budowaniu napięcia, czasami nawet irytują, ale to właśnie filmy są inspiracją dla Buscha do pisania tych nieco obłąkanych tekstów i Amerykanin tej nocy miał dużą potrzebę, aby swoimi przemyśleniami się podzielić.
Tegoroczną Primaverę, za sprawą doskonałych koncertów The Jesus Lizard, Chat Pile, Heinali & Saienko, Moritza von Oswalda, Still House Plants, Cap’n Jazz, Simo Cell oraz mimo wszystko Kali Malone, można uznać za jedną z najbardziej spektakularnych ostatniej dekady. Rosnący popyt na to wydarzenie, w tym roku wszystkie wejściówki wyprzedano już na początku stycznia, otwiera na nowo kwestię potrzeby organizacji w stolicy Katalonii drugiego bliźniaczego weekendu. Obecny, drugi weekend w Porto do intensywności barcelońskich edycji ma się nijak, a pojemność barcelońskiego Parc Del Forum, po wielu eksperymentach w poprzednich latach, przecież już się nie powiększy.
[Dariusz Rybus]
[zdjęcia: Ewelina Kwiatkowska, Dariusz Rybus, Clara Orozco]