polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Gregory Raimo wywiad

Gregory Raimo
wywiad

Karol Paczkowski: Opisując swoją muzykę sięgasz po specyficzną terminologię – alchemia, destylarnia, itp. Czy postrzegasz muzykę jako swego rodzaju sztukę czarodziejską albo tajemne rzemiosło, które pozwala poszerzyć horyzonty umysłu? Wiem, że w jakimś stopniu pogrywasz sobie z tymi tematami, ale jednak.

Gregory Raimo: Tak naprawdę fascynuje mnie coś absurdalnie prostego. Jeśli działasz na źródle dźwięku i go odsłuchujesz, jesteś jednocześnie jego nadawcą i odbiorcą. Odbierasz dźwięk otrzymany poprzez interakcję z jakąś materią. Bawisz się tą materią, zarazem inicjując przyczynę i wywołując efekt! Określasz sobie konkretny sposób produkcji pożądanej faktury brzmienia, którą możesz reprodukować w nieskończoność i postrzegać ją ponownie w mniej lub bardziej identyczny sposób, w zależności od danych praw akustyki. Ale chodzi mi o to, że w pewien sposób od razu doświadczasz syntezy pomiędzy dźwiękiem, który tworzysz, a jego wtórnym postrzeganiem. Użycie efektu delay sprawi na przykład, że doświadczenie tej syntezy będzie nieznacznie odroczone – wydarzy się chwilę, sekundę później.

Innymi słowy, sposób w jaki postrzegam muzykę różni się w zależności od tego, czy jestem jej twórcą czy nie. Kiedy nim jestem, doświadczam dźwięku, który tworzę, a przy tym moje (relatywnie) natychmiastowe percypowanie tego dźwięku wywołuje coraz to nowe fantazje, co sprawia, że mój umysł dziwacznie nawiguje po tej masie powietrza: dźwiękowym medium!

Im bardziej jesteś w stanie (ponownie) przewidzieć w graniu wszystkie te fantazje, które nieustannie docierają do i wybiegają od ciebie, tym bliżej będziesz spontaniczności... I tym częściej twój mózg będzie w ruchu, sugerując i przekształcając coraz więcej. Dla zobrazowania tej wizji ukułem właśnie termin „alchemicznej wolnej formy” („alchemical free-form”).

Słowa są nieważne, ale tak, muzyka stale rozszerza i przekształca nie tylko mój umysł, ale również mój stosunek do materii, przestrzeni i czasu, do poczucia gestykulowania w świecie. A to wymaga nieustannej pogoni i ciągłej praktyki!

Twój najnowszy album, Propel Tension On Polyester Base, to kompilacja archiwalnych nagrań i, jak przypuszczam, kompozycje są ze sobą raczej luźno powiązane. Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że kilka utworów łączy (na swój sposób ukryty) motyw przewodni – techniki rejestracji dźwięku i towarzyszące im tajemnice. Magnetofon szpulowy, ośmioślad, tytułowa taśma poliestrowa... Co się kryje za tą obsesją związaną z taśmami?

Utwory nie są luźno powiązane, jest w tym o wiele więcej celowości... Jeśli przyjrzysz się adnotacjom na tylnej okładce, zauważysz, że utwory na płycie nie są ułożone według daty powstania, a jest tak dlatego, że zależało mi na ich bardzo precyzyjnym połączeniu. Potrzebowałem czegoś więcej niż uproszczonego zbioru archiwów lub rozproszonych utworów z różnych kontekstów. Ten album tworzy jedną historię, należy go słuchać w całości, w kolejności od pierwszego do ostatniego utworu, biorąc jednak również pod uwagę istotne różnice wciąż obecne w tych utworach. Te różnice stały się czymś, co je ze sobą łączy.

Te utwory sąsiadują teraz ze sobą w ramach zupełnie nowego zestawu, który spaja je w jedną całość, wymuszając pozytywną dekonstrukcję naszej stereotypowej, znormalizowanej reprezentacji „albumu”. Stąd też to nagranie nie jest kompilacją (jak zasugerowałeś w swoim pytaniu).

Myślę, że najbardziej powszechna wizja tego, czym powinien być album, wywodzi się z seryjnej produkcji. W takim ujęciu wszystkie utwory są w danej serii równe wobec siebie. Mam przez to na myśli, że są dzieckiem z jednego brzucha i wszystkie urodziły się w jednym pomieszczeniu, czyli najprawdopodobniej dzielą ze sobą wspólne faktury dźwięku i zostały nagrane w dokładnie tym samym kontekście dla większej jednorodności. A w tym przypadku po prostu nie mamy tu do czynienia z logiką, do jakiej zostaliśmy przyzwyczajeni.

Na Propel Tension On Polyster Base mamy zróżnicowane konteksty tworzenia; utwory (czasem nawet różne części tego samego utworu) były nagrane w różnych miejscach, tylko proces nagrywania jest podobny, choć często używałem innego sprzętu. Korzystałem z kilku różnych modeli analogowych rejestratorów (dwuślad i czteroślad stereo, kasety i magnetofon szpulowy), ale mogę powiedzieć, że ten proces i metody, których używałem, były podobne albo wręcz bardzo zbliżone. Poza tym, materiał oferuje różne źródła dźwięku, z różnych okresów mojego życia, kiedy moje potrzeby związane z muzyką były inne i wciąż ewoluowały.

Właściwie wszystko jest zawarte w tytule Propel Tension On Polyster Base: napięcie uczucia i napięcie ścieżki taśmy na głowice magnetofonowe. To właśnie analogia, którą umożliwiają chyba tylko taśmy – owo napięcie, nagraj je, napędź nim taśmę.

Na pierwszy rzut oka okładka Propel Tension On Polyester Base natychmiast skojarzyła mi się z Amon Düül II. Wygląda trochę jak okładka albumu Yoga spalona piekielnym ogniem. W Twojej muzyce słyszę mnóstwo inspiracji latami 60. i 70., zarówno w dzikich improwizacjach, jak i w manipulowaniu taśmami. Faust Tapes, na przykład. Jakie grupy albo sceny z przeszłości uznajesz za najbardziej kreatywne i ponadczasowe? O ile się nie mylę, np. Gong był z początku stricte francuskim kolektywem? Przód okładki to kadr z eksperymentalnego filmu. Człowiek widoczny na pierwszym planie to wielce ceniony przeze mnie okaz. Coś tu się dzieje, ale nie sposób stwierdzić co. Nieokreśloność, wrząca w wypalonych kolorach.

Najbardziej kreatywne i ponadczasowe zespoły? Stary, ta lista byłaby zbyt długa. Zespołów, które powaliły mnie na kolana jest więcej, niż mógłbym sobie wyobrazić, nawet gdybym miał mózg wielkości dwóch gramofonów... Wszystkie są mi potrzebne, reprezentują przeróżne horyzonty i ery, wszystkie dodały swój własny kamyczek do wielkiego gmachu twórczej ewolucji. A ja jestem gościem, który skupia się na spoiwie, bo to dzięki niemu można wynieść wizję jeszcze wyżej!

Faktycznie słucham (niesamowicie) dużo rzeczy z lat 60./70., ale spektrum moich kluczowych inspiracji jest zbyt szerokie, żeby wymienić zaledwie kilka kosztem innych. Wiem, że wiele osób ma tendencję do wymieniania 3 czy 4 zespołów jako najbardziej reprezentatywnych w historii, ale ja się z tym nie zgadzam. To jak chodzenie do muzeum, w którym wisiałyby wciąż te same obrazy.

I tak, Gong był w swojej pierwszej inkarnacji francuskim kolektywem. Kiedy Daevid Allen mieszkał w Paryżu, chyba z 2/3 składu to byli Francuzi.

Czy utwór „Violet Piss In Snobbish Ears” to zaczepna krytyka? Jeśli tak, to w kogo wymierzona? W snobistycznych fanów? W snobistycznych krytyków? W jednych i drugich?

Tytuł właściwie brzmi „Violet Piss In Snobbish EARDRUMS”. Niuans, który warto podkreślić, w końcu na bębenki można się odlać o wiele głębiej! Wszystko, co jest normatywne, jest snobistyczne. Podwójnie snobistyczne, jeśli ktoś uważa, że wynalazł drut do cięcia masła i że to dla nas dobre... Zdecydowanie lepiej je ciąć zębami – a moje od urodzenia są kiepskie! [ang. „born to be cheap”, jak słynny utwór Divine – przyp. aut.]. Bycie normatywnym wpisuje się w dominujący trend tak dobrze, że w swojej przesadzie stało się głównym powodem ignorowania i lekceważenia wszystkich, którzy pozostają na zewnątrz; dotyczy to również tych bardziej zamkniętych kręgów. To jest kulturowy, reakcyjny sposób myślenia wymierzony przeciwko dziwności, odmienności, i wszystkiemu, co nie spełnia wymaganych warunków... To poważna i obrzydliwa choroba wynikająca z braku kreatywności.

Spora część rzeczy, które uchodzą dziś za undergroundowe (termin bardzo dziś lubiany), jest całkiem przeciętna, zakorzeniona w sztuczności, normatywna z natury, a więc konserwatywna i idąca na kompromisy. Nie muszę się tym jednak za bardzo kłopotać, bo dla snobistycznych uszu moje szczyny są fiołkowe.

Jim Dickinson powiedział kiedyś, że najlepsze piosenki nie zostają nagrane, najlepsze nagrania nie zostają wydane, a najlepsze wydawnictwa nie są słuchane. Co o tym myślisz, zwłaszcza w świetle współczesnej sceny undergroundowej, ale również patrząc z innej perspektywy – ze strony wyświechtanej, nostalgicznej psychodelii, która okupuje dziś największe festiwalowe sceny?

Ale najlepsze dla kogo? Dla tych, co nigdy ich nie usłyszą? Myślę, że ten twój koleś to jakiś egzystencjalista w depresji, chwalący Nic i czekający na objawienie się wiedzy! Wiesz, niektórym osobom nagranie pozwala przekroczyć swoje umiejętności; innym z kolei pokaże je na najniższym poziomie albo może jedynie wyklarować i potwierdzić zbiór możliwości, które dotyczą ich grania i inspiracji, nic więcej.

Obecnie otacza nas przytłaczająca ilość nagrań muzycznych. Jeśli chcemy rozważać dalej termin „underground” (a widzę, że wiele osób wciąż go dziś używa), to powinien odnosić się on do kwestii politycznych, przynajmniej w sposób przewrotny. I estetyka musi pozostać z tym w zgodzie. Nagranie niepokojące, zboczone estetycznie czy innowacyjne w swojej gwałtowności powinno oddziaływać również na sferę socjopolityczną. Wiele osób z dzisiejszej sceny rości sobie do tego pretensje, ale nie są one odpowiednio zilustrowane estetyczną zawartością. Być może zapomnieli, że te elementy powinny pozostawać w relacji silnej symbiozy.

Muzyka oferowana przez ludzi jest tym, czym jest. Na żywo czy w studiu, jest tworzona w oparciu o to, jak się czują i jak są w stanie to przekazać, ale z pewnością nie robią tego tak, że „rzeczy, których nigdy nie grali brzmią lepiej” (łapiesz mnie?), tylko by uzasadnić, że to, co dają ci do odsłuchu, jest czymś więcej niż jest! W końcu wyobraźnia też bierze w tym udział!

Dzisiaj muzyka undergroundowa oczywiście zdarza się również, jest jednak o tyle obecna, co ukryta w rozmaitych rękach. Reszta nie jest undergroundem, tylko pretensjami popieranymi przez absurdalnie niedoinformowane osoby (które cenią albumy z dużymi zasługami), i które próbują przepchnąć to w formie prawdziwego, spójnego świata, zorganizowanego jako odrębna całość... Coś w rodzaju nowego porządku rzeczy, który należy szanować. Pieprzyć takie gówno! Potrzeba nam estetycznej dekonstrukcji. Jego najważniejszymi cechami są (muszą być) zawarte w samym rdzeniu kontestacja i nieposłuszeństwo, skierowane przeciwko kodom epoki, do której przynależą.

Mówiąc o nostalgicznej psychodelii masz pewnie na myśli imitatorów i naśladowców rzeczy powszechnie uznanych?! Coś jak NEOSTALGIA? Stary, imitatorzy nie są jeszcze najgorsi, bo oni przynajmniej skupiają się na oryginalnym materiale; najgorsi są imitatorzy imitacji, którzy nie wiedzą nawet, że materiał, który próbują imitować, nie jest oryginałem. Warto nad tym pomyśleć... Odnośnie tej lawiny psychodelicznych zespołów na festiwalach – to nic innego jak szeroko zakrojony monopol kulturowej dyfuzji w służbie establishmentu. Prześlij im proszę nasze najszczersze wyrazy pogardy!

Niedawno zmieniłeś nazwę swojej wytwórni z Lesdisques Blasphématoires Du Palatin na Opaque Dynamo. Jaka motywacja się za tym kryje? Czy planujesz wydawać również innych artystów, czy wytwórnia jest Ci potrzebna tylko do zachowania pełnej autonomii?

Poprzednia nazwa mojej wytwórni kładła większy nacisk na czynnik heretycki w muzyce, prawda? Jestem absolutnie przekonany, że Biblii nie było nawet w toaletach wytwórni (które wciąż pozostały tu ulubionymi miejscówkami), jedynie święte gówno! Nowa nazwa akcentuje bardziej samo pochodzenie, skupia się na aktywnej sile, której jest nieprzenikniona... Zmiana była całkiem naturalna, nie kryje się za tym żaden zabieg. Wydawanie innych artystów? Byłoby świetnie i wciąż mógłbym zachować pełną autonomię... Ale może w pierwszej kolejności sprzedałbym jakieś własne nagrania?!

Kiedy grasz na żywo aktywnie sabotujesz, a przynajmniej naginasz struktury. Kiedy zajmujesz się nagraniami taśmowymi, żmudnie je budujesz. Z którą czynnością wiążę się większa ekscytacja? A może potrzebujesz ich na równi w życiu i muzyce, na zasadzie yin/yang?

Sposób, w jaki doświadczam nagrywania na wiele ścieżek, łączy się z różnorodnymi wrażeniami, to jest jednocześnie występowanie na żywo (choć bez publiki) i proces nagrywania. Pomimo całej technicznej pracy i procesów, które mogą przeszkadzać, wrażenie występowania na żywo jest zachowane, a czasami nawet zwiększone dziesięciokrotnie za sprawą tworzenia się kolejnych warstw muzycznych. To jak wchodzenie w kilka nawarstwionych na sobie występów. Jasne, utrzymanie tego wszystkiego jest wyzwaniem, ale jak cholernie intensywnym i oświecającym!

Sęk w tym, że przez większość czasu musisz ciągle pamiętać o tym, że za chwilę zagrasz inne rzeczy, które stworzą kolejne warstwy tego, co teraz nagrywasz, a to wiąże się z zupełnie innym podejściem niż granie z zespołem w danej chwili. W nagrywaniu wielościeżkowym jesteś jednocześnie w obecnej chwili i w jej następstwie, trudno jest nie myśleć, co będzie następne, a to ma bezpośredni wpływ na to, co grasz w czasie teraźniejszym, na spontaniczność i instynkt. W zespole spontaniczność rozwija się w natychmiastowej relacji z resztą członków, z kolei w nagrywaniu wielościeżkowym ta spontaniczność jest rozszczepiona na różne momenty i kroki, a ekscytacja ma w pewnym sensie charakter ewolucyjny... Kiedy tylko nowe podejście tworzy kolejną warstwę, zabiera cię to na nowy poziom. Pełna ekscytacja zależy również od zasadniczej idei, jaką wyciągasz z tworzonej muzyki, i może się ona pojawić, kiedy usłyszysz jak wszystkie warstwy brzmią razem po montażu, może po ostatnim podejściu, kiedy otrzymasz lub otrzymujecie już cały zespół!

Na swoich albumach solowych lubię jednak próbować różnych sposobów sprzyjających „graniu” w trakcie tego procesu. Eksperymentuję również sporo z możliwościami swobodnej improwizacji – na przykład: zaczynam utwór nagrywając samą perkusję i bez zastanawiania się, czy będę w stanie zagrać i dograć do tego za chwilę gitarę, wolę uszanować intuicję i wszystkie pozytywne wypadki. Wtedy (drugie podejście) gram i rejestruję gitarę lub bas z tej samej perspektywy, kiedy słyszałem nagrane bębny po raz pierwszy, itd.

Kolejny sposób na łączenie przetwarzania i grania – podczas nagrywania magnetofon szpulowy lub zwykły magnetofon kasetowy jest oczywiście rejestratorem, ale mogę kazać zachowywać mu się również jako integralny dla całego procesu instrument... Ilustruje to choćby zapętlanie taśm, bezpośrednia muzyka, czy ogólnie muzyka elektroniczna, i zapewniam cię, że moja ekscytacja sięga wtedy maksimum!

Mając zestaw gitara/bas/perkusja, jeśli potrzebuję, by utwór brzmiał surowo, wtedy wpływ na dźwięk w czasie obróbki jest powstrzymywany na tyle, na ile potrzebuję, by dźwięk brzmiał na mniej „wypracowany”. Nigdy nie prze-produkowuję, całą przyjemność czerpię z grania. Więc, sądzę że podekscytowanie bierze się z wielu źródeł, nawet jeśli nie mogę zaprzeczyć, że granie na wszystkich instrumentach samodzielnie potrafi być wrzodem na tyłku i czasem pytam sam siebie „po co to, kurwa, robisz?” Odpowiedź jednak przychodzi mi do głowy całkiem szybko...

Prawie dekadę temu Julian Cope napisał sporo miłych słów na temat Twojego albumu z Gunslingers [zespół Gregory'ego Raimo, w który współtworzył z dzisiejszymi członkami Aluk Todolo], No More Invention. Jak się czujesz będąc wychwalanym przez tego gościa? Czy całe to dziedzictwo podziemnego psych-rocka, z takimi nazwami jak Monoshock, Les Rallizes Dénudés, Chrome czy High Rise używanymi w jednym rzędzie z Gunslingers, wydaje Ci się słuszne? Czy protestowałbyś stanowczo, gdyby ktoś nazwał Twoją muzykę gnostyckim rock'n'rollem?

Tak, Julian Cope analizuje muzykę z niepohamowanym entuzjazmem, a do tego jest prawdziwym wirtuozem słowa. W błyskotliwy sposób przeprowadził słuchacza przez epicki, pełen uznania dla NMI tekst, co z pewnością przyczyniło się do tego, że album zaistniał dla szerszej publiczności.

Co do prawdopodobnego dziedzictwa muzyki Gunslingers, mogę powiedzieć tyle, że mieliśmy naprawdę dużo wpływów oraz silną tendencję do ich syntezy. Les Rallizes Dénudés i Chrome krążyły po naszej orbicie, słuchaliśmy ich ze szczególną uwagą. Ale bardziej istotne, jak wspominałem już w 2007/2008 r., jest to, że Gunslingers „(…) wykorzystali wytwory zapomnianej syntezy rocka, żeby stworzyć jedno totalne, wściekłe, kompletne nagranie, coś w rodzaju przeklętego paradoksu rocka”. [oryg.: “… needed to abuse the artifacts of some lost rock synthesis in one total, furious and quintessential record, like an evil paradox of rock.”]

Co ludzie myślą lub mówią o mojej muzyce to jednak nie mój problem, nie ma to wpływu na mój osobisty do niej stosunek. Jeśli przeżywają mocny orgazm nazywając ją gnostyczną, to niech i tak będzie, to przecież wcale nie byłoby najgorsze... Biorąc pod uwagę, że najwięksi przedstawiciele sztuki i poezji prawdopodobnie byli gnostykami – jeśli gnoza jest wiedzą, która potrafi uwolnić nas z okowów ignorancji (zła!), wtedy muzyka z pewnością prowadzi do gnozy poprzez przekraczanie samych siebie na drodze nieustannego rozwoju.

Uważam jednak, że postrzeganie rock'n'rolla jako czegoś „gnostycznego” dla ludzi prawdziwie poszukujących świętego dziwactwa jest naturalne, więc... Nazywanie tego w ten sposób wydaje mi się pleonazmem, niepotrzebnym dodatkiem, powiedzeniem dwa razy tego samego. Bez wątpienia nie sprawia to, że muzyka znacznie zyskuje na jakości, tylko pomaga zorientować się uznaniu słuchacza, na wypadek, gdyby nie zdawał sobie sprawy, że muzyka rockowa jest gnostyczna w swojej esencji.

W wywiadzie dla magazynu Psychedelic Baby przytaczasz postać Melmotha z powieści Charlesa Maturina. Na albumie „A Reverse Age” czytasz wiersz Percy'ego Bysshe'a Shelleya. A cytat z Głową i Dyskiem z Twojego Bandcampa to parafraza aforyzmu Georga Christopha Lichtenberga. Jak literatura wpływa na Twoje postrzeganie muzyki?

Tak, jest też utwór Gunslingers „The Minister’s Black Veil” zainspirowany Nathanielem Hawthorne'em, a jedna z naszych piosenek jest zatytułowana „Black Dwarf Man”, choć wtedy nie wiedzieliśmy nawet, że Walter Scott napisał tajemniczego „Czarnego karła”. Dziwne!

Materiał tekstowy podsuwa wiele metafor z większą lub mniejszą siłą sugestii. Lubię myśleć, że muzyka potrafi odkryć wysoki stopień tej mocy, by móc przekazać metafory. Niekoniecznie w sposób bezpośredni, muzyka ma swój własny sposób na przywoływanie obrazów. W tekście akcja dzieje się w określonej przestrzeni (jakkolwiek abstrakcyjne się to nie wydaje) i w obrębie upływającego czasu, który sprawia, że wyobrażasz sobie, że akcja się rozwija. A teraz wyobraź sobie dźwięk jako akcję, której ciągłość i ewolucja są kontrolowane przez Feedback i Sustain, a sposób, w jaki akcja zajmuje przestrzeń, reguluje Attack! Oczywiście to tylko przykład narzędzi, które pozwolą ci na wyrażanie metafor z dowolnie wybranym akcentem. Nie sprzedaję ci efektów gitarowych!

Kilka lat temu nagrałeś album z Michaelem Yonkersem, kultową postacią sceny DIY. Wiem, że nagrywaliście z różnych miejsc na świecie, ale czy mógłbyś zdradzić coś więcej na temat przebiegu Waszej współpracy? Zawsze sądziłem, że macie ze sobą wiele wspólnego.

Michael i ja zrobiliśmy coś naprawdę wyjątkowego na tej płycie. W żadnym momencie nie kwestionowaliśmy przebiegu tego projektu, było to spontanicznie brutalne i prymitywne. Michael jest niesamowitym kompanem do współpracy, nie muszę dodawać, że ogromnie podziwiam zarówno jego muzykę, jak i jego osobę.

Najpierw nagrałem perkusję i perkusjonalia (z Francji); potem Michael dodawał swoją gitarową ścianę hałasu oraz wokale (ze Stanów). Nagranie bębnów w pierwszej kolejności i użycie ich jako podstawy całej kompozycji nie jest takie łatwe, kiedy wiesz, że musisz nagrać je w jednym podejściu i na całej długości utworów, w dodatku bez wsparcia i pulsu ze strony żadnego innego instrumentu. Musiałem wysłać Michaelowi kompletne partie perkusji ze świadomością, że żadna zmiana nie wpłynie już później na te partie. W podobny sposób pracuje jednak na swoich solowych albumach, więc byłem już do tego przyzwyczajony. I powiem Ci tak... kiedy pomyślisz o tym, że w następnej kolejności dodana zostanie monstrualna gitara elektryczna Michaela Yonkersa, wtedy zadanie jest dużo łatwiejsze! On [Yonkers] napromieniowuje taśmę piorunującą mocą, również używając podobnych rejestratorów dźwięku co ja, i w ten sposób nakładamy kolejne warstwy nagrania. Pamiętam pierwszy numer, który skończył i skomentował: usłyszenie "Why Didn’t" było szokiem, to brzmiało tak głośno i stylowo!

Następnie zmasterowałem wszystkie numery tak, by brzmiały jak tego chcieliśmy. Zrobiłem również wersję z nowym masteringiem przy okazji reedycji (wydanej dla Burka For Everybody), która naszym zdaniem brzmi zdecydowanie lepiej niż pierwotna wersja. „The High Recording Speed Complex” było jak pociąg toczący się w szalonym tempie, podróżujący tam i z powrotem na trasie Francja-USA. Byliśmy w nim jedynymi pasażerami. I chyba nikt tak naprawdę nie wie, co stało się z tym pociągiem...

Wciąż mieszkasz w San Pedro Ville? Jest tam jakaś ciekawa scena muzyczna albo specyficzne otoczenie, które Cię inspiruje?

Raptem kilka miesięcy temu przeniosłem się do Lyonu; moje uszy są świeże i szeroko otwarte; dotychczas rzeczy, które tu słyszałem, były raczej powszechne. Nie mogę powiedzieć, żebym czerpał jakąkolwiek inspirację z muzyki lokalnej w tym mieście czy jakimkolwiek innym miejscu we Francji. Mury miasta, w którym żyję (ze względu na swoją historię i tło duchowe), nie są ograniczeniem dla mojej wyobraźni. Nigdy nie osiadłem w San Pedro Ville, ale San Pedro Ville na stałe osiadło w moim umyśle.

Jakie świeże francuskie zespoły jesteś w stanie polecić? Bardzo podoba mi się Pierre & Bastien, całkiem prosty, ale świetnie wykonany i błyskotliwy punk rock. Kojarzysz ich?

Nigdy nie słyszałem o tym zespole. Francuskie rzeczy, które ostatnio słyszę, bywają w porządku, ale są mało osobliwe, a to zdecydowanie za mało. Preferuję rzeczy wyjątkowe, a do nich nie jest łatwo dotrzeć.

Matthieu Canaguier i Antoine Hadjioannou grają teraz w Aluk Todolo, a Ty skupiasz się na nagraniach solowych. Czy to znaczy, że Gunslingers to zamknięty rozdział, czy może nie wykluczasz, że jeszcze zagracie razem?

Nie nadajemy już na tych samych falach. Skończyłem z tymi gośćmi, ich wizja muzyczna (oraz oni jako jednostki) przestała mnie interesować już dawno temu.

A może masz już jakieś pomysły na kolejny materiał solo i chciałbyś się nimi podzielić?

Mam trochę rzeczy w głowie, ale jak na razie nie jestem w stanie jeszcze tego opisać...

 

Karol Paczkowski: When describing your music, you like to employ a specific terminology: alchemy, distillery, etc. Do you perceive music as some kind of wizardry or a mysterious craft that enables to expand the mind? I know that to a certain extent you’re just playing with these themes, but still.

Gregory Raimo: In fact, I keep being fascinated with something ridiculously simple. If you act at the sound source, and are the perceiver of the sound made, you are therefore both the sender and the recipient. You perceive the sound released by your interaction with some matter. Man, you are fiddling with the matter, both activating the cause and receiving its effect! You’re identifying a specific way to produce the sound texture of your choice that you can reproduce ad infinitum and perceive again more or less identically, depending on certain laws of acoustics. But what I mean is that in a way, you instantly experience the synthesis between the sound you create and your perception of it. If you use a delay device, your experience of this synthesis will be slightly postponed – to a moment later, perhaps one second or something.

In other words, the way I perceive music could vary according to whether I am the music maker or not. Where I am that one, I experience the sound I create and my (relatively) immediate perception of it brings sudden new fancies to my imagination and that makes my mind navigate eccentrically on the air mass: that sound medium!

As soon as you’re able to (re)anticipate into playing all these fancies getting to-and-from you again and again, the closer you get to spontaneity… and the more often your mind is in motion to suggest and transform more. The term “alchemical free-form” was coined in that view. The words are meaningless, but yes, music constantly expands and transforms not only my mind, but my relation to matter, space and time, the sense of gesticulating in the world. And this needs sustained pursuit and application!

Your latest album, Propel Tension On Polyester Base, is a compilation of archive records and I assume that the songs are connected rather loosely. But I can’t resist the impression that some tracks do share a (somewhat hidden) main theme, namely the recording techniques and their mysteries. Reel-to-reel, 8-track, the title polyester base... What’s with that obsession with tapes?

The tracks aren’t connected loosely, it’s much more purposeful than this... If you pay attention to back cover info, you’ll notice they aren’t sorted by date of creation, precisely because I wanted all tracks to be joined in a very precise manner. I needed something more than a simplified range of archives or dispersed multi-contextual works; it also had to be listened as a whole story from the start track to the final one in a row, just by taking advantage of the essential differences most tracks could still maintain between themselves. Their difference would now be the very reason of their connection.

These tracks would now share a proximity as part of a new and unifying set, which positively pushes for the deconstruction of our stereotypical, standardized representation of “the album”. That’s why that record isn’t a compilation (as you suggested in your question). I think the most widespread concept of what an album has to be is based on serial production. In this view, all tracks recognize one another as equals in the series, by which I mean they are babies from the same belly, all born in the same room, they more than likely share recognizable contextual sound textures and are recorded in the same context precisely for more homogeneity. Here, it just doesn’t follow the logic we are used to. In Propel Tension… you get different contexts of creation, the tracks (sometimes even different parts of one track) are recorded in different places, only the recording process is similar, though I often used different equipment. I used a bunch of various analogue recorder models (stereo 2-track and 4-track, cassettes and reel-to-reel decks) but I can say that the process, my method, was similar or even very close. Apart from that, the material offers various sound sources, at different periods of my life and when my needs for music were different and evolving.

Basically it’s all in the title Propel Tension On Polyester Base, the tension of feeling and the tension of the tape path through the recorder’s heads. Here’s an analogy which I believe only tapes can offer— this tension, tape it, propel it to tapes. I don’t know if tapes are an obsession to me, it’s just more tangible of a medium in such a way that my intercourse with it was inescapable and I’ve never learned to like any other way.

The first glance at the front cover of your new album immediately brought Amon Düül II to my mind. It looks like the Yoga cover burned by infernal fire. I can hear a lot of 60s and 70s inspirations in your music, both in wild improvisations and tape experiments. Faust Tapes, for example. Which bands or scenes from the past would you recall as most creative and timeless? I believe Gong were a French collective at the beginning?

The front cover is based on a photo I shot from an experimental film. The man appearing in the foreground is a highly-regarded-specimen by me. There is some action happening there, but still non-identifiable. It’s all indetermination in burned colours boiling.

The most creative and timeless bands ? — Shh, that would be too massive a list man, there are more bands which blew my mind that I could ever have imagined with a brain twice the size of my turntable… I need them all and they come from various horizons and eras, they all bring their own respective stone to the big fat house of creative evolution you know; I’m that guy who focuses a lot on the binder to elevate the vision! Indeed I listen to (insanely) lots of 60s/70s stuff but the scope of my key influences is too wide to just name a few and no others. I know people are often inclined to mention 3 or 4 bands as being the most representative in history but I have to disagree with this. It’s like going to a museum where the same paintings would always be shown as the only real deal. And yeah, Gong was a French collective in its first incarnation, I think 2/3 of the line-up was French at the time when Daevid Allen lived in Paris.

Is "Violet Piss In Snobbish Ears" a jab? If so, who is it aimed at? Snobbish critics? Snobbish fans? Both?

The actual title is "Violet piss in snobbish EARDRUMS". A nuance not to be missed since the eardrum means the piss goes deeper! Everything normative is snobbish. Doubly snobbish if you thinks you invented the wire to cut butter and it's good for us… it clearly cuts better with the teeth and mine are born to be cheap! Being normative suits a dominant trend so well that its claim to be the most known and acknowledged form of norm in all its exaggeration is the very cause of its ignorance and disregard towards all of which remains outside; this also applies to more confined circles. That's a cultural reactionary mindset towards oddity, distinctiveness, towards the ineligible… a serious and disgusting disease of the non-creative.

The major part of what passes for underground in a while (a term many are currently fond of) is pretty average, rooted in fake, normative by nature, conservative and consensual by extension… I don't need to bother with this that much though, cause my piss is violet in snobbish eardrums.

Jim Dickinson once said that the best songs don't get recorded, the best recordings don't get released, and the best releases don't get played. What do you think about it, especially in the light of the modern underground scene, but also from the other side - trite, nostalgic psychedelia, which is now occupying the largest festivals scenes?

Best to whom? To the one who would never hear it? I think your guy is a depressed existentialist praising Nothing and waiting for knowledge to appear! You know, for certain people recording transcends the ability; for others it puts it to the lowest level, or it might just clarify and ratify an ensemble of possibilities applying to their playing and inspiration, nothing else.

Nowadays, we have quite an impressive and massive list of recordings. If you try to consider further the term "underground" (once again, I see lots of people use it a lot these days), it should be applied to the political, at least obliquely. Aesthetics must stay in accordance with this. A disturbing record, aesthetically deviant, or innovative by some sharp inclination, shall spread its impact onto the socio-political sphere. A lot of people in the actual scene have pretentions but with no aesthetical illustrative contents. They might have forgotten that there should be a strong symbiotic relation somewhere still.

The music people have to offer is what it is, live or studio they do it based on how they feel it and how they're able to do it, and it sure doesn't make "the stuff they never played sound better" (you get me, huh?!) to justify that what they give you to hear is not more than what it is! You know, imagination is also what happens!

Today's underground music happens too, it is as real as hidden in some hands, the rest is not underground but only pretentions supported by ridiculously not well informed people (who dig the stuff with lots of credit) trying to make it pass as a proper coherent world organized as a whole… sort of like the new order of things to respect. Fuck that shit man! We need aesthetical deconstruction. Its highest particularities are (must be) all contestation and disobedience in its core towards the codes of the era it belongs to.

By nostalgic psychedelia, you certainly mean imitators and wannabees of a wider consensus?! Like NEOSTALGIC!?! Man, there is even worse than imitators by the way, cause those ones at least focus on the original; we have imitators of imitation, the ones who don't know that the stuff they try to imitate is not the original one. Got to think about it... Concerning that psych fests avalanche all around: a wide monopoly of cultural diffusion serving the establishment. Please send'em our brilliant despised ones for me!

Recently you've changed your label name from Lesdisques Blasphématoires Du Palatin to Opaque Dynamo. What was the motivation behind that? Any plans for releasing other artists or you just need it to keep full autonomy?

My previous label name put more emphasis on the heretical in music, right?! I know for certain there was no bible even in the label's toilets (which remains a favourite spot here) but only holy shit! The new name emphases more on the provenance, it focuses on the active force to be unseen through... hmmmmm yeah man I like it companionable! … The change was just natural, no effort. …Releasing other artists? I would dig it and would still keep full autonomy on my own stuff yes…but how about selling my records first in order to do so!?

When playing live you are actively sabotaging or at least bending the structures. When you're doing tape recordings, you're laboriously building them. Which of these provides you with more excitement? Or maybe you need them equally in music and life, in a yin/yang way?

Well, the way I experience multi-track recording brings mixed feelings, it is both performing live (with no public) and processing the recording. Despite all technical labour and process which may interfere, the sensation of performing (live) is preserved and sometimes even increased tenfold as musical parts get layered. It's getting into several performances layered. It sure is challenging to sustain the running of it all but how fucking intense and enlightening in its gradual elevation!

The thing is you most of the time have to play with the idea in mind that some other stuff will be played by you and layered to the one you're actually recording, which is a pretty different approach than playing instantly with other guys in a band. In multi-track recording you both are in the instant and its follow-up, it is hard not to think of what's to come next, this has a direct impact on what you're presently playing, on spontaneity and instinct. In a band spontaneity develops in the instant and in immediate relation with the other members, while in multi-track recording it is split in different moments and steps, the excitement is sort of like evolutive… once a new take is layered it takes you to a next level. The full excitement also depends on the global idea you get of the music you're playing, and it may come up when realizing how all different parts sound in the end once assembled, maybe on the last take when you have achieved or are achieving the full band!

But on my solo recordings I tried different ways of favouring "the playing" over the process, I've also been experimenting a lot with the possibility of free improvisation- for example: I start a track by recording free drums and without having to ask myself if I'll be able or not next to play and record the guitar on it, I want to respect the intuition and all positive accidents. Then (2nd take) I play and record the guitar or bass in the same view while I'm hearing the recorded drums for the first time, etc. Now another way to combine process and playing- in tape recording the reel-to-reel or cassette deck is the recorder as much as I could also make it act as another instrument integral with the process… tape looping could illustrate this, direct music, or electronic music in general, and I can assure you that my excitement is maximum! With a guitar/bass/drums set-up, if I need a track to sound raw with minimum treatment, then the influence of the process upon the sound is kept away as much as I would need the sound the less 'elaborated' as possible. Never over-produced and all the excitement on the playing. Soooo, I think the excitement lies in many places, even if I can't deny that playing all instruments alone is sometimes a pain in the ass clearly, something that makes you ask yourself "why the fuck I do this? " ...though the answer gets to my mind quite fast…

Almost a decade ago Julian Cope wrote some nice words about your Gunslingers album, No More Invention. How did you feel being praised by that guy? Is this whole underground psych-rock heritage, with names like Monoshock, Les Rallizes Dénudés, Chrome or High Rise being used along Gunslingers seem right for you? Would you protest sternly if someone calls your music gnostic rock'n'roll?

Yeah, Julian Cope puts immoderate enthusiasm into music analysis and words articulation and he is a cool entertainer too. He pointed with sharp light the listener toward an epic appreciation of Gunslingers' NMI and this has sure made that stuff more widely exposed than it was before he had found out about us.

In terms of possible heritage of Gunslingers' music, what I can say is that we've had a huge amount of influences with a strong appeal for synthesis. Les Rallizes Dénudés and Chrome were in our, say…orbital attraction, we've listened to them with particular attention yes. But more essentially and as I mentioned in 2007/8, Gunslingers "… needed to abuse the artifacts of some lost rock synthesis in one total, furious and quintessential record, like an evil paradox of rock."

What people might think or say of my music is not my problem really, I mean it doesn't affect the way I personally feel about it. If they got high climax for calling it gnostic well so be it, it wouldn't be that bad you know…considering our greatest alumni in art and poetry were possibly gnostic- if gnosis is knowledge and can unchain us up from the slavery state of ignorance (evil!), then music is indeed a way to achieve gnosis by transcending our inner self with continuous pursuit. But my view is that considering rock'n'roll as "gnostic" is already known by all genuine seeker of the holy freakery so… calling it that way is sort of like a pleonasm to me, a useless addition to say twice the same things, no doubt it doesn't significantly bring more quality to the music, it just orientates the listener's appreciation in case he'd think rock music is non gnostic in its essence.

In an interview with Psychedelic Baby Mag you came with the character of Melmoth from a Maturin story. On the album "Reverse Age" you're reading a poem by Percy Bysshe Shelley. And the quote about Head and a Disc from your Bandcamp is a paraphrase of Georg Christoph Lichtenberg aphorism. How does literature affect your thinking about music?

Yes, there is also Gunslingers' The Minister's Black Veil after Nathaniel Hawthorne and one of our songs was called "Black Dwarf Man" without even knowing at that time that Walter Scott wrote the mysterious "The Black Dwarf" two centuries ago. That's weird! A textual material provides lots of metaphors with more or less power of suggestion. I like to think music can put a finger on a high degree of that power to convey those metaphors. That's not necessarily explicit, music has its own particular way to bring images. In text the action occurs in a given space (as abstract as it may be) and within the succession in time which makes you imagine that action as evolving. Now imagine sound as an action whose continuity and evolution in time is controlled by Feedback or Sustain while the way that action occupies space is all Attack! Just as an example, these are tools to representing metaphors with the emphases of your choice. I am not selling you effect pedals!

Few years ago you recorded an album with Michael Yonkers, a real cult hero of DIY rock music. I know you were both recording in different place, but could you tell us something more about the process of working together? I always thought that you both have a lot in common.

Michael and I did something really special with that record, I worship the way we did it without ever needing to question the running of the project, it was spontaneously brutal, primitive. Michael is an outstanding guy to work with, no need to say I have tremendous admiration for both his music and him as a person.

(From France) I would play the drums and percussions first, it naturally made sense; Michael would then add his guitar wall-of-noise and the vocals (from the US). Recording the drums first and having it to be the initial thing composed in a track is not so easy, knowing you got to record it in one blow for the entire duration of the track and with no other instrument to back it up and give it the pulse. I needed to send the complete drums parts to Michael, no change would be interfering later on with these parts. But I operate in much the same way on my solo recordings so I was used to it. And I tell you what… when you have in mind that to be added next will be Michael Yonker's monster solid body electric guitar, it eases your task a lot! -He then irradiated the tape with a staggering power, also using analog recorders similar to mine, and we layered the stuff that way. I remember the first track he completed and that he called 'why didn't' was a real shock to hear, man it sounded so loud and stylish!

I then mastered the whole set of tracks to render it as we wanted. I made a new master version for the LP reissue (on the Burka for everybody label), which we thought sounded definitely better than the first one I did. Man, The high speed recording complex was a frantic rhythm train travelling back and forth the distance between France and the US, we were the only passengers …I guess nobody really knew what happened to the train…

Do you still live in San Pedro Ville? Is there an interesting local music scene or maybe specific environment that inspires you?

I moved to Lyon just a couple of months ago, my ears are fresh and wide open; to date, the stuff I heard here I found it commonplace. I can't say I draw inspiration from the local music here or elsewhere in France. The city walls where I live (in their history and spiritual background) are less of an enclosure for my imagination. I have never been based in San Pedro Ville, but San Pedro Ville is still based in my mind.

Which French bands would you recommend at the moment? I'm really digging Pierre and Bastien right now, quite simple but very well executed and clever punk rock. Do you know them?

Never heard of the band you're talking about. The French stuff I can actually hear is non-singular when it might just sound ok, so that's obviously not enough. I have a preference for the exceptional, it does not lie at every street corner.

Matthieu Canaguier and Antoine Hadjioannou are playing in Aluk Todolo now and you are clearly concentrated on your solo recordings. Does it mean that Gunslingers is a closed chapter or you don't rule out playing together again?

We're no more on the same page. I'm done with these guys, their musical view (and them as individuals) ceased to be of any interest to me some time ago, that's crystal clear.

So maybe you already have some ideas about next solo material that you could share?

I do have some stuff in mind but hell man! ... my hand is unable to put it right now..

[Karol Paczkowski]