polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Doug Shipton wywiad ze współzałożycielem Finders Keepers

Doug Shipton
wywiad ze współzałożycielem Finders Keepers

Click here for the English version of this interview

Ola Szkudłapska: Zanim z Andym Votelem założyliście label Finders Keepers, byłeś też zaangażowany w Twisted Nerve - manchesterską wytwórnię prowadzoną m.in. przez Votela i Damona Gougha (czyli Badly Drawn Boya). To ciekawe przejście: najpierw wyszukiwaliście różne dziwne folkowo-psychodeliczne skarby w Manchesterze, a teraz szukacie muzycznych perełek z przeszłości na całym świecie. Mógłbyś coś więcej o tym opowiedzieć?

Doug Shipton: Twisted Nerve w zeszłym roku obchodziła 20-lecie swojej działalności, ale tak naprawdę dołączyłem do tej wytwórni po 2000 roku. Byłem wielkim fanem wczesnych nagrań Badly Drawn Boya. Pamiętam ten dzień, kiedy mój starszy brat kupił jego trzecią EP-kę. Później zacząłem studia w Stoke, około godziny drogi na południe od Manchesteru, i tak jakoś wyszło, że wylądowałem w Twisted Nerve na praktykach - zajmowałem się grafiką, web designem, itp. Wtedy poznałem Andy'ego. Kiedy zaczynałem, pracowaliśmy akurat nad albumem Mum&Dad. To było bardzo krótkie doświadczenie, ale polubiliśmy się z Andym - a potem skończyłem studia i zacząłem pracę w Cherry Red Records. Wtedy Andy zwrócił się do mnie i zaproponował wydanie składanki Folk Is Not a Four-Letter Word. Pracowaliśmy przy tym razem, potem było Prog Is Not a Four Letter Word, kolejne kompilacje - aż wreszcie uznaliśmy, że można by zajmować się tym samodzielnie i założyliśmy Finders Keepers.

W tym czasie Twisted Nerve w zasadzie przestała już aktywnie działać. Z tym że trzeba tu zaznaczyć, że Andy praktycznie od zawsze interesował się starymi czechosłowackimi i polskimi plakatami i kupował stare płyty. Kiedyś powiedział mi wprost, że trudno było przenieść te wpływy i korelacje na grunt ówczesnej sceny niezależnej - masa ludzi nie rozumiała tych punktów odniesienia, były dla nich po prostu zbyt obce. To nigdy nie było na pierwszym planie działalności Twisted Nerve, ale gdzieś tam pojawiały się wątki francuskiej czy amerykańskiej psychodelii, włoskiej muzyki filmowej, i tak dalej - w naszych programach radiowych, w muzyce zespołów takich jak Mum&Dad czy na debiutanckim albumie Andy'ego All Ten Fingers.

Finders Keepers chyba po prostu powstała we właściwym czasie. Pojawiło się większe zainteresowanie dziwną, egzotyczną muzyką. To była dla nas naturalna ewolucja. Moim zdaniem Twisted Nerve odegrała bardzo ważną rolę w historii muzycznej Manchesteru. Można powiedzieć, że ta rola wyczerpała się i wtedy pojawiło się Finders Keepers, jak gdyby zatoczyliśmy pełne koło. A tak na marginesie - wiesz, skąd wzięła się nazwa "Twisted Nerve"? To tytuł starego angielskiego thrillera/horroru. Melodia z "Kill Billa" [Doug gwiżdże] też jest zapożyczona z tego filmu.

Jaki jest główny motor działania Finders Keepers? Odkrywanie nieodkrytego? Ratowanie tej muzyki od zapomnienia i prezentowanie jej szerszej publiczności?

Sytuacja trochę się zmieniła. Na samym początku był w tym wszystkim element współzawodnictwa. To było pasjonujące - nie było Discogsa, Youtube'a ani eBaya, więc każdy eksplorował własną mikro-scenę, znajdowaliśmy niesamowite płyty i się nimi dzieliliśmy. Każdy miał swoją niszę. Wtedy pojawił się projekt B-music -swego rodzaju rozszerzenie rodziny Twisted Nerve. Różne osoby interesowały się np. francuską psychodelią czy włoską muzyką filmową i podsuwaliśmy sobie nawzajem filmy, literaturę, sztukę czy muzykę, która nam się podobała.

"Współzawodnictwo" może brzmieć agresywnie, ale mam na myśli taką zdrową konkurencję. Napędzaliśmy się nawzajem do pójścia odrobinę dalej, poszukania odrobinę głębiej, poszerzenia swoich horyzontów. Dzieliliśmy się tymi znaleziskami, a nie chwaliliśmy, kto ma fajniejsze płyty. Z kolei jeśli chodzi o płyty, które wydawaliśmy, to mówiąc zupełnie szczerze nie było w tym nic heroicznego. Nie chodziło nam o dokumentowanie historii. Po prostu jeśli coś nam się podobało, chcieliśmy to wydać, żeby więcej osób mogło tego posłuchać. Żeby dzielić się tą miłością.

Czyli cała wiedza kolekcjonerów winyli bierze się z uczestnictwa w tego rodzaju szerszej społeczności? W końcu nikt nie napisał jeszcze kompendium dla diggerów, więc zastanawiam się, jak odkryliście choćby Sroenga Santiego czy w ogóle tajski underground.

Właśnie przez dzielenie się muzyką, przez naszą "rodzinę". Jeśli masz wspólnotę opartą na wymienia wiedzy i wzajemnym zrozumieniu, to daje bardzo szerokie pole do działania. Sroeng Santi i tajska kompilacja wzięły się od Chrisa Menista, który prowadzi label Paradise Bangkok i gra w Paradise Bangkok Molam International Band. To jeden z "naszych ludzi": pasjonuje się muzyką, miał to szczęście, że osiadł w Tajlandii, odkrył te rzeczy, podzielił się z nami i wspólnie to wydaliśmy.

To jedna z rzeczy w Finders Keepers, z których jestem dumny: nie podążamy za trendami, nie szukamy jakiejś "rynkowej niszy". Robimy to, co sprawia nam przyjemność, a przez to, że mamy wielu przyjaciół i znajomych fanów muzyki w różnych miejscach globu, utrzymujemy kontakty z dealerami i sklepami muzycznymi - mamy nieograniczone możliwości, jest tego naprawdę mnóstwo...

Z kolei popatrz na duże wytwórnie, które mają dostęp do jednych z najbardziej niesamowitych katalogów na świecie, ale brakuje im tego entuzjazmu i motywacji. Obchodzi ich tylko zysk, więc nic z tego nie wynika. To mnie naprawdę wkurza, a jednocześnie to jedno z moich największych marzeń: wkręcić się tam i móc pracować z muzyką, do której mają dostęp. Czasem żeby coś się udało potrzeba po prostu innego spojrzenia, innej motywacji - a nie tylko działania w obawie, czy coś się sprzeda. A jeśli nie sprzedamy 2000 egzemplarzy, to czy w ogóle warto coś robić.

A propos tego, czy warto... Kilka lat temu Strut Records wydali świetną składankę eksperymentalnego elektro-psychodelicznego zespołu z Rumunii, Rodion G.A - te piosenki po raz pierwszy ujrzały światło dzienne, bo oryginalną płytę zablokowała komunistyczna cenzura. Pamiętam wywiad z frontmanem, Rodionem Rosca, który był dość zgorzkniały, że całe to zainteresowanie jego twórczością pojawiło się dopiero po tylu latach, kiedy zdążył się zestarzeć. Macie na swoim koncie jakieś podobne albo bardziej optymistyczne historie?

Mamy na koncie projekty, które wypaliły, ale też takie, które okazały się nietrafione. Odbiór naszych płyt nie zawsze jest taki, jaki sobie wymarzyliśmy, ale nie zrażamy się. Staramy się, żeby artyści coś na tym zarobili, ale nie mamy nigdy pewności, co z tego wyjdzie.

W Finders Keepers jesteśmy bardzo dumni z tego, że dajemy artystom drugą szansę i pozwalamy im dotrzeć z ich twórczością do innego pokolenia. Weźmy na przykład Jean-Claude'a Vanniera - nie chcę się chwalić, ale moim zdaniem w jego przypadku udało nam się zmienić reguły gry: z relatywnie mało znanego artysty znalazł się w centrum zainteresowania. Podobnie było z Andrzejem Korzyńskim.

Z kolei kiedy w Stambule miałem spotkanie z Seldą w sprawie umowy, na początku nie chciała dać nam licencji, bo wolała, żebyśmy wydali jej nowy album. Nie rozumiała, po co ktoś w ogóle miałby słuchać jej nagrań z lat 70. To było wyzwanie, cały dzień ją przekonywałem.

Z Christine Harwood było zabawnie. Andy znalazł do niej kontakt, a ona nie chciała w ogóle z nim rozmawiać przez telefon. Okazało się, że jest niezłą szychą w jakiejś wytwórni w Stanach, dotarliśmy do niej przez asystentkę, ale Christine za żadne skarby nie chciała rozmawiać w pracy o swoich starych nagraniach. Tak bardzo wstydziła się swoich nastoletnich dokonań, że zniszczyła wszystkie oryginalne egzemplarze. Nie znosiła tych nagrań do tego stopnia, że nie chciała, żeby ktokolwiek się o nich dowiedział. Musieliśmy włożyć naprawdę dużo pracy w ten projekt, bo jej płyta jest bardzo ważna w kontekście tego, kto się na niej pojawia - ale trzeba też uszanować, że nie zawsze nasz punkt widzenia jest najważniejszy, a wszyscy muszą się dobrze czuć w danej sytuacji.

W przypadku około 90% wydawnictw Finders Keepers współpracujemy bezpośrednio z artystami i to jest dla nas bardzo ważne. Jeśli kolekcjonujesz płyty i jesteś fanem muzyki, czy może być coś lepszego niż poznanie swoich bohaterów, ludzi, których się podziwia, i praca z nimi? Dzięki temu można naprawdę zrozumieć genezę jakiegoś nagrania i dowiedzieć się, kto dokładnie brał w nim udział - to już nie są tylko dwie strony plastiku z okładką.

W przypadku płyty Vampires of Dartmoore licencję dostaliśmy od firmy fonograficznej. Niestety sam artysta był tak rozgoryczony branżą muzyczną, że nie chciał w ogóle z nami rozmawiać. Nie mamy pojęcia, kto brał udział w tym nagraniu - na pewno pojawia się tam ktoś niespodziewany albo ktoś, kogo chciałoby się tam usłyszeć, ale to już chyba na zawsze pozostanie tajemnicą.

A czy sam format ma dla was jakieś znaczenie? Od kilku dobrych lat doświadczamy prawdziwego renesansu płyt winylowych - czy wasz label i podobne inicjatywy mogły mieć na to jakiś wpływ?

Po pierwsze, właściwie o tym nie myślę; po drugie, tak naprawdę mnie to nie obchodzi. Po prostu uwielbiamy to medium, ale nie mam pojęcia, czy w jakikolwiek sposób wpłynęliśmy na wzrost zainteresowania winylami. Sami wybraliśmy winyle, bo jesteśmy fanami tego formatu, dorastaliśmy z nim i wszyscy jesteśmy DJ-ami - to było dla nas oczywiste. Ale moim zdaniem tak naprawdę nie ma znaczenia, w jakim formacie najchętniej słucha się muzyki. Jeśli coś kochasz, tylko to się liczy, nic innego.

 

ENGLISH VERSION

Ola Szkudłapska: Before you started Finders Keepers Records with Andy Votel, you were both involved in Twisted Nerve - a Manchester record label co-run by Damon Gough of Badly Drawn Boy, among others. It's an interesting progression in that you went from discovering quirky folk/psych contemporary gems in Manchester to unearthing quirky treasures of the past all around the world. Can you tell me more about how that happened?

Doug Shipton: Twisted Nerve actually celebrated its 20th anniversary last year, but I was only really involved in the label since the 2000s. I was big fan of early Badly Drawn Boy. I remember the day my older brother brought home his EP3. I later went to university in Stoke, which is an hour south from Manchester, and I ended up doing an internship at Twisted Nerve: graphics, web design and whatnot. And that's when I met Andy. When I first started, we were working on the Mum&Dad album. It was a very fleeting thing, but I'd sort of made a connection with Andy, finished university and then I started working for Cherry Red Records. It was at that time that Andy came to me with the idea of a compilation Folk Is Not a Four-Letter Word. We worked on that together and then came Prog Is Not a Four Letter Word, some other compilations - and from there we decided that this is something that we could pursue on our own, and we set up Finders Keepers.

Around that time Twisted Nerve had almost become defunct. But the thing is, Andy had always had an interest in old Czech and Polish posters, and he was also buying those records. He openly admitted to me at one point that the correlation didn't really translate to the kind of indie scene at the time, a lot of people didn't understand those reference points for being too, for want of a better word, 'foreign' for them. It was something that was never really at the forefront, but that theme of French or American psych, Italian soundtracks, etc. was always subversively there in the broadcasts, it could be heard in bands like Mum&Dad or on Andy's All Ten Fingers, for example.

Finders Keepers really happened at a right time, I guess. There was a bit more of an interest in weird and exotic things. It was a kind of natural progression. To me, Twisted Nerve was a very important part of Manchester music history. It's kind of run its course and Finders Keepers came along, kind of completing the circle. By the way, do you know where the Twisted Nerve name came from? It's an old English thriller/horror, the whistling song from Kill Bill is also taken from this film.

So what is your main drive at Finders Keepers? Discovering the undiscovered? Saving this music from oblivion and showing it to the public?

The situation has changed. When it was in its infancy there was an element of competition, I'd say. It was exciting: you didn't have Discogs, YouTube or eBay as such, so everyone was digging their own little scenes, finding all these exciting records, bringing new things to the table. Everyone had their niche. And that's when B-music enters the frame, because that was an extension of the Twisted Nerve family: people who had interests in, say, French psych or Italian soundtracks, and everyone was bringing films, literature, artwork or music they liked...

Competition may sound combative, but I mean it in a very healthy sense: everybody's pushing everybody to go that bit further, look that bit deeper, broaden your horizons. Essentially it's more bringing stuff to the table as opposed to "Oh, I've got better records than you." So there was that competition, but in terms of releases, the absolute honest answer is not necessarily anything that's heroic. There was no drive to document these things, it was more a case of "we like this music, we like these sounds, so we just put them out to share them". Spreading the love.

So is that extended community where all the digging knowledge comes from? There is, after all, no record-digging compendium, so I wonder how you first discovered things like the Sroeng Santi record or the entire Thai underground scene.

That's the sharing element, the family. If you have an interface of sharing knowledge and understanding, it's a very broad base. The Sroeng Santi and Thai stuff actually came from Chris Menist who now runs the Paradise Bankgok label and plays in the Paradise Bangkok Molam International Band. He's one of our people: he's passionate about music, he was fortunate enough to end up in Thailand, he discovered this sound, shared it with us and we worked on it together.

That's one of the things I've been proud of with Finders Keepers: we don't follow trends, we don't think "oh there's a 'hole in a market'". We just do what we like, and by having so many friends and fellow music enthusiasts out in the field, talking to dealers, to records shops - it's just limitless, there's just so much...

If you look at major labels that are sat on some of the most amazing catalogues in the world, but don't have that enthusiasm or drive - they're driven purely by bottom lines - it doesn't go anywhere. I guess this is one of my biggest pet peeves or ambitions: to go in there and work with a lot of the stuff they have. Sometimes it does take a different set of ears or a different motivation for it to turn out rather than thinking: what could we sell? If we can't sell 2000 copies, is it worth it?

About it being worth it... A couple of years back Strut Records released a fantastic compilation of songs by an experimental electro-psych Romanian band, Rodion G.A. (that were never released when the group was active because of censorship). I remember watching an interview with Rodion Rosca, the frontman, and he was really bitter about all the hype happening so late in his life. Have you had any similar - or happier - stories?

At Finders Keepers we have had our hits and misses. Not everything has the impact we'd like, but that doesn't stop us. We do the best we can to put a bit of money in the artists' pockets, but we can't dictate how things are going to come around.

One of the big things with Finders Keepers that we're very proud of is that we like to give artists a second chance with a new generation. Say someone like Jean-Claude Vannier - I don't mean it in a big-headed way, but I think we shifted the goalposts for him, we've moved him from relative obscurity to a more central focus. With Andrzej Korzyński too.

In turn, when I went to meet Selda in Istanbul to sign a contract, she didn't want to licence to us, because she wanted us to take her new album. She didn't understand why anyone would want to listen to the 1970s stuff. That was a job, a whole day spent trying to convince her.

Christine Harwood was quite funny. I think Andy found her, and she refused to speak to him on the phone: she was very high-up in some label in the States, we were going through her assistant, and she refused to talk about her old record at work. She was just so embarrassed of something she did as a teenager that she destroyed all the original copies. She hated it so much she didn't want anyone else to know about it. So we really had to persevere, as it really is a very relevant record in terms of who plays there - but you have to respect that it's not necessarily just how we see it, we have to make sure that everyone's comfortable in the situation.

With about 90% of the Finders Keepers catalogue we get to work with the artists and that's very important to us, because as record collectors, as music fans - what can be better than meeting and then working with your heroes and the people you admire? What you take as essentially two sides of plastic and sleeves, you get to really understand how it came about and who was involved.

With the Vampires of Dartmoore record, we actually licensed it from the publishing company. Sadly the artist was so embittered about the music industry that he refused to discuss anything about the record. It's a mystery as to who played there - there's bound to be someone that you wouldn't expect or that you might hope to expect, but I think it's going to remain a mystery forever.

And does the format matter to you at all? With the vinyl renaissance in full swing, do you think you and similar labels may have facilitated that return in some way?

A: I don't really think about it, B: I'm not really that concerned. We love the medium - whether or not we facilitated the upswing in vinyl appreciation I can't honestly say. We did it because we're fans of the format, we grew up with the format, we're DJs - so it was a no-brainer. I don't think it matters on what format you enjoy your music. If you love it, nothing else should come in between.

[Ola Szkudłapska]