polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
 Przystanek Beznadziei


Przystanek Beznadziei

Nadeszło lato, słońce zaczęło prażyć, do szkół uczęszczać nie trzeba, można się oddać tańcom, hulankom i swawoli. Późny kapitalizm oferuje wiele możliwości rozrywki, właściwie to się można zabawić na śmierć, jak napisał kiedyś Neal Postman. Nie mam zamiaru tutaj wartościować, czy lepiej się oddawać klabingowi, żłopać browary w nadmorskim kurorcie, pływać łódką, czy też przemierzać lasy i góry. Do wyboru, do koloru i smacznego. Chciałbym natomiast poświęcić parę zdań pewnej grupie społecznej, która letnie tygodnie chętnie przeznaczyłaby na obcowanie z muzyką i to najlepiej w koncertowej postaci. Cóż, nic chyba prostszego, przecież w całej Europie lato upływa pod znakiem festiwali, podczas których muzyka jest mniej lub bardziej ważna, ale jednak coś można na nich usłyszeć. Już od połowy czerwca praktycznie w każdym z państw Europy Zachodniej co łykend odbywa się jakaś impreza, często nawet można wybierać w całej gamie możliwości. A u nas? Czy odbywa się choć jeden festiwal tego typu, czyli ewidentnie muzyczny i, co istotne - płatny? Nic mi o tym nie wiadomo, jeżeli jest inaczej, to proszę o natychmiastowe powiadomienie.

Ktoś może powiedzieć, że Polska jest państwem znacznie od zachodnich uboższym, więc naszej młodzieży po prostu na festiwalowe szaleństwa nie stać. Ten argument jest jednak pozorny i to z dwóch względów. Po pierwsze, po uwzględnieniu różnic w sile nabywczej i kosztach organizacji, można uznać, że po przeskalowaniu cen dałoby radę i u nas zorganizować porządną imprezę, skupiającą chociażby krajowych artystów. Po drugie, spójrzmy na otaczające nas państwa i nie porównujmy się z Niemcami, Belgami czy Francuzami. Żeby popaść w smutek, wystarczy rzucić okiem na Węgrów lub Czechów. Ci pierwsi mają Sziget, festiwal o europejskiej już renomie. Nasi południowi sąsiedzi natomiast organizują całe mrowie łykendowych imprez, gdzie można usłyszeć ichnich twórców, często uzupełnionych zagranicznymi gwiazdami, oraz kilka profilowanych i istotnych zlotów. Do tych ostatnich należą Hip-Hop Kemp i hard-core'owy Fluff Fest. Bilety kosztują zazwyczaj około 15 euro za trzy dni. Czyli zdecydowanie nie jest to majątek. Żeby dopełnić goryczy wspomnę, że rozmawiając rok temu w belgijskim Dour z jednym z organizatorów, usłyszałem, że planuje on organizowanie na Słowacji wschodnioeuropejskiej edycji tej fantastycznej imprezy. Na tych przykładach widać, że możliwe jest przygotowanie festiwalu, który nie będzie drogi, czymś atrakcyjnym ludzi przyciągnie i w ten sposób tworzy się podstawy do wyklarowania czegoś, co o atrakcyjności festiwalu stanowi, czyli do panującego na nim klimatu, wspólnej zabawy, cieszenia się latem i muzyką.

Z czymś takim nie mamy jednak do czynienia w Polsce. Próby reaktywowania imprezy w Jarocinie w zmienionej, biletowanej postaci okazały się być tak spektakularną porażką, że na kilka lat podobne pomysły wybito z głowy wszelkim naiwniakom myślącym, że i u nas da radę zaszczepić festiwalowego bakcyla i może jeszcze na tym zarobić. Powód jarocińskiego kolapsu był jeden - pojawiła się garstka widzów i organizator musiał do interesu dołożyć. I tu doszliśmy do sedna problemu. Polak za festiwal płacić nie będzie. Jemu się festiwal należy i już. Prawie jak unijna dopłata rolnikowi. Źródło tego nastawienia tkwi być może jeszcze w poprzedniej epoce, ale biorąc pod uwagę wiek potencjalnych klientów, trzeba wskazać jednego winowajcę. Panie i panowie, jest nim Jurek "Siema" Owsiak. To dzięki jego Przystankowi Woodstock, idea festiwalu muzycznego nabrała w Polsce kompletnie wypaczonego znaczenia. Po pierwsze, oczywistym stało się, że nie wypada wziąć od widzów ani złotówki. Bo to przecież biedna młodzież, żyjąca w trudnych czasach, pozbawiona autorytetów i moralnych wzorców, więc skoro ich rodzicom się należała praca i mieszkanie, to oni zasługują chociaż na trzy dni miłości, zabawy i muzyki. Jasne, a w Iraku polskie wojska zajmują się wyzwalaniem a nie okupacją. W każdym razie, konkurencji cholernego Woodstocku nie mógł wytrzymać nikt. Przecież zażądanie nawet drobnych opłat, po to by opłacić zespoły i zapewnić przyzwoity poziom organizacji i infrastruktury, momentalnie sprawia, że młodzież oskarży takiego delikwenta o pazerność, kapitalistyczne zapędy i zwróci się w stronę jąkającego się Robin Hooda. A po drugie, Przystanek Woodstock sprawił, że naszym rodakom festiwal muzyczny kojarzy się ze wszystkim, tylko nie z muzyką. Chlanie na umór, wymiotowanie pod siebie - jak najbardziej. Wrzucanie wszelkich dragów - otóż tak. Okradanie ludzi dookoła z czego tylko się da - oczywiście. Ale broń boże, muzyka. Coś ma tam na tej scenie grać, najlepiej kowery Nirvany i Dżemu i tyle uczestnikowi do szczęścia wystarczy. To, że co roku pojawiały się jakieś niby-gwiazdy nie ma żadnego znaczenia, bo nie ukrywajmy, gdyby ich nie było, frekwencja wcale by nie spadła.

W języku ekonomicznym działalność Jurka Owsiaka można określić jako spektakularne psucie rynku. Nie dość, że jego impreza stanowi karykaturę festiwalu muzycznego, to jeszcze skutecznie rzuciła kłody pod nogi potencjalnym konkurentom. Pod koniec lipca odbyła się kolejna odsłona tej żenady. Jak śpiewał Jacek Kleyff, w telewizji pokazali, jak było miło. Fakt, obyło się bez większych ekscesów, ale rozmawiałem z kilkoma uczestnikami i na podstawie tych relacji wnioskuję, że codzienny byt łódstokowicza specjalnie się nie zmienił. Obawiam się, że sporo wody w Wiśle upłynie, zanim wypaczona koncepcja darmowego i unurzanego w alkoholu festiwalu opuści świadomość Polaków. Chyba, że w międzyczasie ktoś zaryzykuje zorganizowanie imprezy adresowanej do kompletnie innego grona słuchaczy, autentycznie zainteresowanych wartościową muzyką. A że istnieje taka grupa docelowa, to widać na przykładzie frekwencji na coraz częstszych w naszym kraju ciekawych koncertach. Z tym, że taki potencjalny festiwal nie mógłby mieć masowego charakteru, przez co znacznie zmniejsza to atrakcyjność z punktu widzenia organizatora. Ale może ktoś się podejmie, czego sobie i wam życzę. W międzyczasie pozostaje nam koncertowa emigracja. A fanom elektroniki pozostaje darmowy Astigmatic w Płocku. Szczęściarze.

[Piotr Lewandowski]