polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Brian Eno The Ship

Brian Eno
The Ship

The Ship to album katastroficzny. Brian Eno zainspirowany tragedią Titanica i okropieństwem I Wojny Światowej, przy pomocy ambientu, słowa i daleko posuniętych eksperymentów ze strukturą utworów, dokonuje parabolicznej krytyki postępu, krótkowzroczności i bezrefleksyjności zachodniej cywilizacji. Choć pewnie jest to zaledwie wierzchołek interpretacyjnej, nomen omen, góry lodowej. Na 25 w pełni solowym wydawnictwie, dobiegający 70 urodzin, niestrudzony eksperymentator przedstawia kolejne, zupełnie nowe oblicze swej twórczości. I robi to dojrzale, z naprawdę imponującym rozmachem.

Na The Ship składają się de facto dwa rozbudowane, epickie utwory. Obok tytułowego jest to podzielony na trzy segmenty „The Fickle Sun”, z których ostatnią część stanowi cover „I’m set free” Velvet Underground. Kompozycje wychodzą kolejno od ambientowych, sonicznie dopracowanych prologów, które z czasem przepoczwarzają się kolejno w specyficzny rodzaj powolnej, zadumanej pseudoszanty („The Ship”) i tragicznej, narastającej, postapokaliptycznej ballady („The Fickle Sun, Part I”). Jest to wyjątkowa pozycja w dyskografii Eno ze względu na klarowną i efektowną syntezę ambientu z wręcz literacką narracją (artysta po ponad dekadzie powraca jako wokalista i korzysta obficie z obniżonego na starość głosu). The Ship można ponadto odczytywać jako metaforyczną kontestację rzeczywistość XXI wieku, a dzięki temu, że robi to w sposób nienachlany i finezyjny, nie popada w banał i tandetny patos, czyhające nad większością tzw. zaangażowanych płyt. Eno tym razem jest nie tylko, jak przeważnie, malarzem apollińsko pięknego środowiska muzycznego, lecz również poetą, wprawnym opowiadaczem historii. I to właśnie narracja albumu sprawia, że The Ship jest fascynujące i wciąga od początku do końca, zwieńczonego mocnymi i wyzwalająco gorzkimi słowami Lou Reeda: „I’m set free to find a new illusion”.

[Krzysztof Wójcik]