polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious

OFF Festival 2017
Katowice | 04-06.08.17

Po kilku latach nijakich, tegoroczna edycja Off była jedną z najlepszych w historii. Mocno gitarowy, trochę wspominkowy line-up był mniej eklektyczny niż poprzednie kilka, ale koncertów zapadających w pamięć zaserwował zdecydowanie więcej. Ten Off był pewnego rodzaju All Yesterday’s Parties, bo prezentował sporo wątków stanowiących trzon ATP, gdy to jeszcze istniało (i do pewnego stopnia Primavery). Najlepszym tego przykładem jest oczywiście Shellac, którzy ale na ATP i PS funkcjonowali jak swoisty house band, a w Polsce nie grali od 2008 roku. W Katowicach zagrali rewelacyjnie, energicznie i precyzyjnie. Setlista była doskonała – od krótkich ciosów w stylu „Copper” i „Squirrel Song”, po długie, rozgadane utwory jak „Riding Bikes” i „End of Radio”, od, powiedzmy, przebojów z każdej z płyt („My Black Ass”, Prayer to God”, „Canada”, „Steady as She Goes” itd.) po numery z singli („Killers”, „Wingwalker”). Podobno są jakieś kontrowersje dotyczące brzmienia na tym koncercie, ale nie ma do nich podstaw – Shellac brzmiał tak, jak miał brzmieć i jak zazwyczaj brzmi, czyli metalicznie, z minimum efektów i równo ustawioną głośnością instrumentów. Co prawda mogłoby być trochę głośniej, ale w przestrzeni między sceną a akustykiem wszystko brzmiało dobrze (i wcale nie było tam tłoczno). Rewelacyjny koncert.

Głośniej, ale za to z większymi problemami zagrali Swans i Boris. Swans spalili jeden wzmacniacz na próbie, drugi na początku koncertu i pierwsza godzina nie była porywająca. Jednak od lat wiadomo, że ich koncerty naprawdę zaczynają się od godziny drugiej. Tak też było tym razem. Wyraźnie słychać było, jak zmieniła się muzyka Swans od czasu poprzedniego koncertu na Offie. Teraz głównym narzędziem transu był groove, a nie dron. Jedynym istotnym mankamentem był brak Thora Harrisa, który odszedł ze Swans w ubiegłym roku (wieść niesie, że sprawy prywatne nie pozwalały mu na kolejne niekończące się trasy). Bez niego w brzmieniu Swans brakuje instrumentu dobrze wzmacniającego i uzupełniającego gitarową tkankę. Zastępujący go klawiszowiec nie tworzył tego efektu, czasem jego gra wręcz gryzła się z gitarową architekturą dość banalnym brzmieniem i takimi też figurami. Pewnym pocieszeniem jest, że klawisze drażniły mniej niż na ubiegłorocznych koncertach, pierwszych po tej zmianie w składzie. Mimo tej słabości, ostatni w Polsce koncert tej inkarnacji Swans był bardzo udany. Boris grający Pink niestety więcej stracili na umieszczeniu koncertu na scenie Miasta Muzyki niż zyskali. Grali naprawdę głośno, bardziej brutalnie i bez shoegaze’owych wątków, które były obecne w produkcji Pink. Niestety na tak dużej scenie, przy wietrze, dźwięk trochę szalał i smagał. Lepiej byłoby, gdyby Boris zagrali np. w trójkowym namiocie, gdzie dźwięk byłby bardziej skoncentrowany a publiczność i tak bez problemu by się zmieściła.

„Na Offie rządzą kobiety” było jednym z haseł zapowiadających tegoroczną edycję. Cóż, na głównej scenie przez trzy dni zagrały raptem dwie kobiety (w sensie, dwie liderki). Tak się składa, że i Feist, i PJ Harvey wróciły z nowymi płytami po ok. pięcioletniej przerwie. Pięć lat temu dużo większe wrażenie robiły koncerty PJ Harvey, a teraz na odwrót. Feist zagrała jeden z najlepszych i najbardziej pozytywnie zaskakujących koncertów festiwalu. Bardzo ciche piosenki z „Pleasure” zostały przearanżowany na głośniejszy, bardziej zgrzytliwy materiał, przy zachowaniu ich emocjonalnych wyznaczników i wokalnych ornamentów. Starsze utwory, które pojawiły się w drugiej części utworu, takie „greatest hits bez 1234”, były przearanżowane pod aktualny sound i styl, i to się Feist bardzo dobrze udało. Słuchanie jej głosu jest zawsze fascynujące, ale całościowy kształt i brzmienie tej muzyki, ekspresja koncertu były dużo ciekawsze niż po „Metals”. W przypadku PJ Harvey zmiana przez ostatnie kilka lat szła głównie w stronę scenicznego perfekcjonizmu. Aktualny program, z dużym zespołem i sekcją dętą, jest niemal wyreżyserowany. W świetle zawiłych big-bandowych aranżacji i konceptualnego charakteru The Hope Six Demolition Project można to zrozumieć, ale ten perfekcjonizm sprawdza się dobrze przy nowym materiale i jako tako przy piosenkach z Let England Shake, ale nie przy starszym materiale. Ten na przesadnej teatralności i przeroście aranżacji tracił. Wokalnie, jak zazwyczaj w przypadku PJ, był to koncert nieskalany, ale w tym planie i perfekcjonizmie zabrakło odrobiny zaskoczenia, jednego utworu, w którym wydarzyłoby się coś szczególnego.

Angielska muzyka generalnie miała się na tym Offie bardzo dobrze. Wspaniały koncert zagrali This Is Not This Heat. Siedem osób, w tym dwóch perkusistów, dziś potrzeba, by zagrać muzykę kiedyś stworzoną przez trio z wykorzystaniem szeregu studyjnych innowacji. Ale olśnieniem było przede wszystkim to, że tamte kompozycje da się zagrać, zwłaszcza z takim uderzeniem i bez utraty finezji. Po otwierającym występ „Horizontal Hold”, w setliście dominowały utwory bardziej piosenkowe (czyli z wokalami), a całość zamknął obłędny, motoryczny trans „Health and Efficiency”. Szkoda tylko, że soundcheck nie był gotowy na czas, coś nie grało z mikrofonami a jedna z perkusji była parokrotnie dokręcana w trakcie koncertu – obok problemów Swans ze wzmacniaczami, to były dwie zauważalne rysy na generalnie dobrze zrealizowanym festiwalu. Świetnie zagrało też trio Beak>, choć oczywiście w ich przypadku nie ma mowy o formalnych innowacjach, tylko raczej zgrabnym przepakowaniu fascynacji krautowymi i syntezatorowymi brzmieniami, dobrze dobranej palecie brzmień i mocnym motorik. Beak> od początku kariery gra mniej więcej w tym stylu, ale nareszcie nabrał rozmachu. Bardzo dobrze wypadła też grupa IDLES, grająca spazmatyczny post-punk. To był jeden z bardziej fizycznych koncertów całego festiwalu. Choć trochę przeszkadzało, że wokalista jest angielską wersją Joe Casey’a z Protomartyr, to w sumie w gitarowym graniu prawie wszystko jest już jakąś żonglerką konwencjami, więc to szczegół. Mocny koncert.

Rewelacyjnie zagrał Richard Dawson. Jego tegoroczna płyta Peasant pokazała frapujące aranżacje na zespół, ale Dawson wystąpił tak, jak gra od lat, czyli solo, a z Peasant zagrał ze trzy utwory. Spokojne otwarcie a capella mogło zmylić, bo Dawson występuje tak, jakby jutra miało nie być i już w trzecim utworze był na antypodzie otwarcia koncertu, grając obłędny gitarowy instrumental. Intensywność jego ekspresji była fascynująca (za każdym razem jest) i podkreślała kapitalne połączenie folkowej tradycji z ekstrawagancjami, szaleństwa z pięknem. Wspaniały koncert na gitarę i głos zagrali też Genowefa Lenarcik i Raphael Rogiński, czyli Żywizna. Pani Genowefa dysponuje głosem mocnym, głębokim i surowym, który „rzewnym” kurpiowskim pieśniom nadaje dramatycznej mocy. Improwizowany akompaniament Rogińskiego, utrzymany w kompletnie niesłowiańskim idiomie, kapitalnie wznosi te pieśni ponad konkretny kulturowo-geograficzny kontekst, podkreśla ich uniwersalny bluesowy charakter. Być może improwizując Rogiński zdejmuje też z Pani Genowefy presję, która mogłaby być związana ze śpiewaniem w ramach aranżacji. To muzyka, którą najlepiej słuchać na żywo, gdy głos Pani Genowefy wybrzmiewa a wariacje Rogińskiego się właśnie tworzą – na Offie oboje byli w doskonałej formie i zagrali fantastyczny koncert.

Ciekawych gitar było na tegorocznym Off naprawdę dużo. Doskonały koncert zagrali Thee Oh Sees. Jeśli przed koncertem ktoś miał wątpliwości czy forma garażówki, którą oferuje kapela z San Francisco nie jest już za bardzo oklepana, to formacja dowodzona przez Johna Dwyera udowodniła, że na żywo są zdecydowanie lepszym zespołem i potrafią przekuć studyjny materiał w szaleńcze show. Szczególny podziw budziła intensywność gry i technika dwóch perkusistów: Dana Rincona i Paula Quattrone. Kapitalnie w Katowicach wypadły pełne fuzzu „Toe Cutter/Thumb Buster” oraz zagrane w morderczym tempie „The Dream” i „Withered Hand”. Obok Shellac był to jeden z najbardziej energetycznych i intensywnych koncertów tegorocznej edycji. Bardzo dobry koncert zagrali też Kanadyjczycy z Preoccupations. Występ zaczęli od niezłego „Anxiety” a następnie zagrali świetnie brzmiące „Continental Shelf”. Istniało ryzyko, że po dwóch najbardziej „rozpoznawalnych” kawałkach tempo i atmosfera w trójkowym namiocie siądzie. Okazało się jednak, że było to dobrze zaplanowane posunięcie, bowiem początkowe post-punkowe brzmienie powoli przechodziło w rozbudowaną o liczne efekty noisową strukturę, której przewodził grający na perkusji Mike Wallace. Dzięki temu przez godzinę mogliśmy słuchać bardzo równego i dobrze budującego napięcie koncertu, którego znakomitym zakończeniem okazało się być rozciągnięte do ponad piętnastu minut „Death” z pierwszego albumu Kanadyjczyków. Po doskonałych koncertach Protomartyr i Ought na wcześniejszych edycjach Offa, Preoccupations także nie zawiedli post-punkowej publiki.

Nieporozumieniem był jednak koncert The Men – nie dość, że kiepsko nagłośniony, to jeszcze strasznie przewidywalny i wtórny. Brakowało w nim intensywności i żywiołowości, którą dwa dni później pokazali Thee Oh Sees. W pewnym momencie można było nawet odnieść wrażenie, że ogląda się przeciętnej jakości kower band The Stooges. Rozczarowaniem okazał się też występ strasznie promowanej na piczforku Frankie Cosmos. Krótkie i chwytliwe dream-popowe piosenki zespołu Grety Kline zaczęły po dwudziestu minutach razić schematycznością i brakiem polotu. Nic dziwnego, skoro każda piosenka powstawała w oparciu o tę samą strukturę, a konwencja lo-fi zdawała się wymuszoną. Bez jakiegokolwiek rozbudowania studyjnych wersji utworów i nieprzewidywalności, Frankie Cosmos pomysłów starczyło na dwadzieścia minut przyjemnego, lecz mocno ckliwego grania. Swoje trzydzieści minut bardzo dobrze wykorzystał za to zespół Duży Jack. Panowie zagrali naprawdę żywiołowo, zabrzmieli mocno, w rozchełstanie a la Refused i shellacowe riffy na gitarze barytonowej wrzucając wystarczająco gitarowych niespodzianek i scenicznego performansu, żeby utrzymać (nomen omen) temperaturę przez cały występ.

Mało już zostało zespołów z lat 90., które się nie reaktywowały a mogą to zrobić. Royal Trux jest jednym z ostatnich w tym trendzie. Grupa w Polsce kultowego statusu raczej nie ma, więc tłumów na ich koncercie nie było. Ta muzyka zawsze była nasączona używkami i koncert też sprawiał takie wrażenie, mimo mroku na scenie. Był nierówny, ale poprawiał się z czasem – może dzięki kilku bardziej znanym numerom w środku, może dzięki temu, że na pierwszy plan stopniowo przedostawała się gitarowo-perkusyjna interakcja na linii Neil Hagerty – Kid Millions (Oneida, Man Forever). O tym, jakie znaczenie ma zaangażowanie odpowiedniego perkusisty można było przekonać się też na koncercie Ryley’a Walkera. Gitarzysta z Chicago zagrał doskonały koncert w dużej mierze dzięki doskonałemu zespołowi, w którym grali Irlandczyk Cian Nugent na gitarze, Norweg Julius Lind na basie i Portugalczyk Gabriel Ferrandini na perkusji. Ferrandini, perkusista free-jazzowy, został MVP koncertu – jego ruchliwa, czujna gra w nie-rockowym idiomie dawała mnóstwo głębi pół-improwizowanym utworom zanurzonym w dyskretnej, gitarowej psychodelii. Swoją drogą, skoro w Polsce grał już Steve Gunn a teraz Ryley Walker, to może Cian Nugent też przyjedzie ze swoim świetnym zespołem. Japońska psychodelka w wydaniu Kikagaku Moyo była kolorowa, precyzyjna i sympatyczna, ale niewiele ponadto. Wrekmeister Harmonies zagrali solidny, posępny koncert między post-metalem a post-rockiem. Zwłaszcza końcówka była udana, choć szczerze mówiąc bardziej eksperymentalne, niepiosenkowe początki tego projektu wydają mi się ciekawsze niż aktualna, piosenkowa formuła – porządna, ale przewidywalna.

W rodzimej części programu było trochę powrotów, czasem jednak nie przynoszących odpowiedzi o ich sens. Słabo wypadł Łoskot . Dobrze, że nie było bezpośredniego powrotu do form sprzed lat, gorzej, że formy nowe niewiele wnosiły i nic nowego nie powiedziały o czwórce występujących muzyków. Meandrująca improwizacja, głównie w średnich tempach, była nijaka, z czasem stając się muzyką w tle. Najciekawsza była mocniejsza, bardziej zwarta końcówka, ale to za mało by wyrobić sobie zdanie, co ta reaktywacja ma wnieść do dorobku grupy i poszczególnych muzyków. Ale może powrót na Off to pierwsze koty za płoty i koncerty na jesiennej trasie będą ciekawsze. Dobrze wypadł występ duetu Mapa. Mimo, że Marcin Dymiter i Paul Wirkus grali o dość niewdzięcznej godzinie, to zaprezentowali intensywny i kompletny występ, bez recyklingu brzmienia płyty sprzed dwudziestu lat. Godzinny set rozpoczęli od powolnego, ocierającego się o ciszę ambientu, który przechodził w co raz bardziej dynamiczne partie a zakończył się mocnym minimalem.

Skoro było więcej gitar, to muzyka elektroniczna powróciła do dawnej funkcji wieczornych tańców. Nieźle wypadł koncert Jessy Lanzy, która na Scenie Leśnej zaprezentowała godzinny set z wątkami elektroniki z ambicjami a la Junior Boys i synth-popu przywołującego skojarzenia z artystami związanymi z wytwórnią Italians Do It Better. Lanza całkiem zręcznie wykorzystała dobrze nagłośnioną Scenę Leśną i za sprawą swojej sympatycznej i lekkiej elektroniki zamieniła plac przed sceną w dość licznie wypełniony taneczny parkiet. Brakowało jednak trochę podkręcenia tempa albo mocniejszego basu, złamania tej lekko cukierkowej konwencję, która pod koniec zaczynała już trochę nużyć (co jednak w większości nie przeszkadzało dobrze bawiącej się publiczności). Podobne znużenie kolorową i lekko kiczowatą estetyką narastało podczas koncertu Janka Nabay & The Bubu Gang. Janka był swoistą tegoroczną odpowiedzią na ubiegłoroczny koncert Ata Kaka, choć tłum i szał na jego koncercie był mniejszy. Fajnie, że różna muzyka z Afryki na stałe weszła w program Offa, ale przydałoby się przełamanie utartych już konwencji jej wyboru i prezentacji.

To była najlepsza edycja OFF od kilku lat. Bardziej gitarowa, ale nam to akurat pasuje, zwłaszcza, jeśli to gitarowość bliższa amerykańskiej sceny niezależnej niż brit-popu. Frekwencja nie była wybitna, tylko na sobotnim koncercie PJ Harvey było naprawdę dużo ludzi, a w niedzielę było wręcz pustawo. Jeśli jednak Off będzie mógł się utrzymać na powierzchni przy mniejszej frekwencji niż kilka lat temu, to trzymamy kciuki, żeby sukces artystyczny tej edycji przełożył się na program kolejnych edycji. Shellac mógłby grać nawet co roku.

[tekst: Piotr Lewandowski, Mateusz Nowacki]

[zdjęcia: Piotr Lewandowski]

Shellac [fot. Piotr Lewandowski]
Shellac [fot. Piotr Lewandowski]
Shellac [fot. Piotr Lewandowski]
Shellac [fot. Piotr Lewandowski]
Shellac [fot. Piotr Lewandowski]
Swans [fot. Piotr Lewandowski]
Swans [fot. Piotr Lewandowski]
Swans [fot. Piotr Lewandowski]
Swans [fot. Piotr Lewandowski]
Swans [fot. Piotr Lewandowski]
Swans [fot. Piotr Lewandowski]
Boris [fot. Piotr Lewandowski]
Boris [fot. Piotr Lewandowski]
Boris [fot. Piotr Lewandowski]
Boris [fot. Piotr Lewandowski]
Feist [fot. Piotr Lewandowski]
Feist [fot. Piotr Lewandowski]
Feist [fot. Piotr Lewandowski]
PJ Harvey [fot. Piotr Lewandowski]
PJ Harvey [fot. Piotr Lewandowski]
PJ Harvey [fot. Piotr Lewandowski]
This Is Not This Heat [fot. Piotr Lewandowski]
This Is Not This Heat [fot. Piotr Lewandowski]
This Is Not This Heat [fot. Piotr Lewandowski]
Beak> [fot. Piotr Lewandowski]
Beak> [fot. Piotr Lewandowski]
Beak> [fot. Piotr Lewandowski]
IDLES [fot. Piotr Lewandowski]
IDLES [fot. Piotr Lewandowski]
IDLES [fot. Piotr Lewandowski]
Richard Dawson [fot. Piotr Lewandowski]
Richard Dawson [fot. Piotr Lewandowski]
Richard Dawson [fot. Piotr Lewandowski]
Żywizna [fot. Piotr Lewandowski]
Żywizna [fot. Piotr Lewandowski]
Żywizna [fot. Piotr Lewandowski]
Duży Jack [fot. Piotr Lewandowski]
Duży Jack [fot. Piotr Lewandowski]
Duży Jack [fot. Piotr Lewandowski]
Duży Jack [fot. Piotr Lewandowski]
Royal Trux [fot. Piotr Lewandowski]
Royal Trux [fot. Piotr Lewandowski]
Ryley Walker [fot. Piotr Lewandowski]
Cian Nugent (Ryley Walker) [fot. Piotr Lewandowski]
Gabriel Ferrandini (Ryley Walker) [fot. Piotr Lewandowski]
Ryley Walker [fot. Piotr Lewandowski]
Kikagaku Moyo [fot. Piotr Lewandowski]
Kikagaku Moyo [fot. Piotr Lewandowski]
Kikagaku Moyo [fot. Piotr Lewandowski]
Wrekmeister Harmonies [fot. Piotr Lewandowski]
Wrekmeister Harmonies [fot. Piotr Lewandowski]
Wrekmeister Harmonies [fot. Piotr Lewandowski]
Łoskot [fot. Piotr Lewandowski]
Łoskot [fot. Piotr Lewandowski]
Łoskot [fot. Piotr Lewandowski]
Łoskot [fot. Piotr Lewandowski]
Mapa [fot. Piotr Lewandowski]
Janka Nabay & The Bubu Gang [fot. Piotr Lewandowski]
Janka Nabay & The Bubu Gang [fot. Piotr Lewandowski]
Janka Nabay & The Bubu Gang [fot. Piotr Lewandowski]