polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
David Bowie Blackstar

David Bowie
Blackstar

Interpretując po 10 stycznia 2016 roku ostatnie dzieło Davida Bowiego niesposób pominąć kontekst nagłej, niespodziewanej śmierci artysty. Rzeczywistość w tragiczny sposób splotła się jednak z niezwykle mocnym materiałem, moim zdaniem jednym z najlepszych w imponującej dyskografii Brytyjczyka.

Muzyka na Blackstar (nie mówiąc już o teledysku do „Lazarus”) dość czytelnie podejmuje zagadnienia przemijania, emanuje świadomością nadchodzącego końca. Pod tym względem płyta jest szalenie autentyczna, a jednocześnie jak najdalsza od banału. Bowie śpiewa o śmierci, ale nie popada w ckliwy sentymentalizm, nie rozlicza się z dorobkiem (to robił bardziej na The Next Day), tylko ciągle szuka nowych środków wyrazu, kombinuje i tworzy dzieło przemyślane, różnorodne, a jednocześnie estetycznie spójne. Ta koherencja jest wręcz paradoksalna, ponieważ właściwie każdy z siedmiu utworów na Blackstar, oparty jest na zasadniczo różnych pomysłach kompozytorskich – nie ma dwóch podobnych piosenek, każda jest skończoną, oryginalną formą. Wspólny jest natomiast mroczny, wanitatywny klimat, poparty fantastycznymi dwoma teledyskami i enigmatyczną oprawą wizualną towarzyszącą całemu wydawnictwu. Bowie na Blackstar po raz pierwszy od dłuższego czasu brzmi niesłychanie współcześnie, by nie powiedzieć nowatorsko, a jednocześnie w subtelny sposób nawiązuje do wcześniejszych dokonań. I to do najbardziej odważnych artystycznie – jak Station to Station, Low, czy w swoim czasie niedocenianych eksperymentów lat 90. (Black Tie White Noise, The Buddha of Suburbia, Outside i Earthling). Z resztą rozmaite konteksty interpretacyjne, nie tylko muzyczne, jak zwykle w przypadku Bowiego, pojawiają się na każdym kroku. Blackstar ma wiele warstw, których nie da się naświetlić w ramach klasycznej recenzji, również najprzyjemniej odkrywać je samodzielnie krok po kroku. Współpraca z jazzowym zespołem Donny’ego McCaslina po pierwsze dała unikalne brzmienie na przecięciu jazzu, elektroniki i art rocka, ale też okazała się prawdziwym katalizatorem twórczej inwencji. Kreatywność artysty będącego w ostatnich miesiącach życia naprawdę imponuje. Nagrywając album Bowie finalizował spektakl Lazarus, a podobno na tydzień przed śmiercią planował jeszcze kolejną płytę, zdążył nawet nagrać bodaj 5 utworów demo…

Z punktu widzenia słuchacza to jest właśnie najsmutniejsze – Blackstar pokazuje dobitnie, że David Bowie odszedł będąc wciąż w sile artystycznych możliwości, jako kompozytor, tekściarz, wokalista, intelektualista i przewrotny twórca popkulturowy. Ostatnie słowa Starmana to „I can’t give everything away”. Cóż, zdążył jeszcze dać słuchaczom tajemniczy, wzruszający i naszpikowany pomysłami łabędzi śpiew. Pożegnanie jedyne w swoim rodzaju, takie jak sam David Bowie.

[Krzysztof Wójcik]