polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Bouchons d Oreilles & Warsaw Improvisers Orchestra Split

Bouchons d Oreilles & Warsaw Improvisers Orchestra
Split

Nietypowy kasetowy split Bouchons d'Oreilles i Warsaw Improvisers Orchestra różni i stylistyka, i wielkość kolektywów. Pierwszy z nich to duet Łukasza Kacperczyka i Mateusza Wysockiego aka Fischerle. Nazwa dość przewrotna (po polsku - zatyczki do uszu), bo elektroakustyczne improwizacje (tudzież kompozycje) dość długo toną w ciszy, są sumą pojedynczych dźwięków, stopniowo nabierając gęstości, ale nie nazbyt natarczywej i głośnej, by najciekawszą odsłonę przybrać w kończącym zestaw trzecim utworze, wielowątkowym, frapującym brzmieniowo, pełnym powtarzalnych figur, dyskretnych pulsów i falujących szumów w tle. Całość nie angażuje i nie wywołuje przesadnie dużych emocji, na tym poziomie jest wręcz chłodna, ale dobre poprowadzenie narracji i zamknięcie całości nieźle wciągającym fragmentem zostawia na szczęście trochę pozytywnych wrażeń. Więcej ich z pewnością po przełożeniu kasety na stronę B.

Druga połowa kasety to ponadpółodzinne fragmenty koncertu niemal trzydziestoosobowej orkiestry, jaki odbył się w marcu ubiegłego roku w CSW. Ten sporych rozmiarów kolektyw od dobrych kilkunastu miesięcy regularnie koncertuje w stolicy, wrastając już w krajobraz tamtejszej sceny impro. Jest więc niniejsze nagranie ciekawym dokumentem fajnego zjawiska i całkiem efektowną próbką dotychczasowego funkcjonowania i ewolucji inicjatywy podjętej przez Ray'a Dickaty. Otwierający nagranie utwór - z Patrykiem Zakrockim w roli dyrygenta - to dość kameralne i subtelne, nieco powściągliwe preludium do dwóch pozostałych części (tu dyrygentem Dickaty) uwalniających siłę i żywioł, jakie automatycznie przywołują skojarzenia z Fire! Orchestra. I te dwie odsłony podobają mi się w całym materiale najbardziej - pierwsza z nich oparta jest na obłąkanych wokalizach, groovie najsilniej reprezentowanej sekcji dętej i jej krzykliwych dialogach, niepokojąco narasta aż do wybuchowej, spektakularnej kulminacji w finale, druga wyrasta z łagodnego, wodnistego wstępu, gaszącego rozpalony finisz utworu poprzedniego, już bez zrywu, ale trzymającego w napięciu do końca. I tu chyba najsilniej ujawnia się jeden ze szczególnych rysów kolektywu i towarzyszącej mu filozofii: dzika siła i rozmach, ale trzymane w ryzach, precyzyjnie kontrolowane. Dickaty nie kładzie wszystkich kart na stół, precyzyjnie dozując natężenie orkiestrowego uderzenia, pokazując trochę detali i odcieni, czego efektem jest zgrabnie i porządnie zbudowana muzyka, mająca swoją logiczną, uporządkowaną strukturę, ale sprawiająca niemało frajdy w odbiorze. Brawo.

[Marcin Marchwiński]