polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious

Unsound Festival 2016: Dislocation
Kraków | 16-23.10.16

Unsound rozrósł się tak bardzo, że jedna osoba nie jest w stanie uchwycić tego festiwalu w pełni, a co dopiero go opisać. Powoli staje się tak, że każdy ma trochę inny, własny festiwal, nie tylko dlatego, jak coś odbiera, ale też ze względu na to, co w ogóle wybiera.

Mi to rozrastanie szczególnie zaczyna doskwierać w weekendowe noce w hotelu Forum, kiedy wypadki toczą się wartko na trzech scenach równocześnie. Zwykle, nawet podczas ciekawego występu, zastanawiam się, co dzieje się w innych salach i czy może nie jest to warte sprawdzenia. I często jednak idę sprawdzić, dużo czasu tracąc na przebijaniu się przez ludzkie zatory (im później, tym większe). Z racji tego mało występów w Forum słyszałem w całości i doświadczyłem w takim skupieniu, którego kilka z nich na pewno wymagało. 

Jednym z takich koncertów była współpraca duetu Senyawa i Rabiha Beaini pod szyldem KAFR. Pomysł Libańczyka, by grać tylko na Rolandzie TR-808, mógł wydawać się ekstrawagancki, ale w praktyce działał świetnie. Beaini nawiązywał nieraz do etnicznych brzmień i rozwiązań rytmicznych, ale nie wprost i bez popadania w schematyzm. Elektronika zaskakująco przegryzała się z instrumentami akustycznymi własnej konstrukcji i nieskrępowanym wokalem (czasem przetwarzanym). Senyawa dała też oszałamiający koncert w Teatrze Łaźnia Nowa, który zupełnie przyćmił występujących po nich Death Grips. Amerykanie byli jednowymiarowi, nie różnicowali dynamiki, przez zbyt dużą głośność ginęły wszelkie detale warstwy elektronicznej, ta jednostajność męczyła a w końcu zaczęła nudzić. Dla mnie spory zawód, ale większość publiczności najwyraźniej usatysfakcjonowana. Duet z Indonezji za to dozował napięcie, potrafił zaatakować z zaskoczenia, czasem w nieco teatralny sposób (to wrażenie wzmacniały gesty i prezencja wokalisty), by po takiej szarży wycofać się na skraj ciszy obsadzony szeptami i szmerami. 

Ciekawe, że pod koniec KAFR dotarł w rejony kojarzące się z footworkiem tworząc pomost z drugą salą, gdzie ów gatunek tej nocy królował. Mnie najbardziej ucieszyło granie Foodmana, który niespecjalnie przejął się tym, że został umieszczony w środku imprezy. W swoim występie odnosił się do chicagowskiego wynalazku w kompletnie nieoczywisty sposób. Słowo „dekonstrukcja” jest nadużywane, ale w tym przypadku oddaje idealnie istotę sprawy. Mój brat trochę narzekał, że szkoda, że czasem nie pojawiło się chociaż pojedyncze uderzenie stopy czy inny mocny akcent perkusyjny, ale Japończyk wolał zacinać rytmy, zawieszać frazy w pół słowa i wyginać dźwięki (trochę tak jak robi to Evol). Takie podejście było tym bardziej uderzające, że kontrastowało z surowymi i rozpędzonymi, wiernymi kanonom utworami Jakuba Lemiszewskiego, który występował przed Foodmanem. Chociaż zasadniczo ta muzyka trzymała się sprawdzonej formuły, to jednak potrafiła zaskakiwać wielopoziomowością aranżacji i pomysłami kompozycyjnymi. 

Lemiszewskiego znam dobrze prywatnie, podobnie jak DJ Morgianę, która tego dnia otwierała program większej sceny, ale myślę, że w obu przypadkach można odnotować obiektywnie widoczny rozwój. DJ Morgiana połączyła intrygująco set didżejski z żywymi elementami – wokalem, graniem na thereminie i przedmiotach przy użyciu mikrofonu kontaktowego, doprawiając różnorodną winylową selekcję znaczącymi osobistymi akcentami.  

Choć po KAFR nie potrzebowałem już zbytnio kolejnych silnych wrażeń, to jednak wiedziałem, że warto poczekać na premierowy występ In the Mouth of the Wolf czyli Cindytalk i Ancient Methods. Tu znów wokal stanął w szranki z elektroniką i znów powstała niesamowita wspólna przestrzeń – jakiś wir pełen mroku, nabrzmiały, masywny, ale też z eterycznymi powiewami i przebłyskami z oddali. 

Piątek w Forum to już krążenie między trzema salami, na początek rozczarowanie Severed Heads, które utknęło w przeszłości, a potem kolejne premiery koncertowe. Też nie zawsze zachwycające, jak w przypadku Eomaca grającego materiał z Bedouin Trax, czy bardzo ascetycznych i monochromatycznych Demdike Stare. Kolorowo i wystawnie było za to w mniejszej sali, gdzie po całkiem fajnym Equiknoxx ujawniło się światu po raz pierwszy F5. To wspólny projekt założycieli Salviatek, związanych też z NAAFI, Lechuga Zafiro i Pobvio oraz C1080 – znów fuzja elektronicznych brzmień i instrumentów akustycznych, w tym przypadku bębnów. Opierając się na urugwajskim candombe dali porywający, energetyzujący występ. Gdy zamknęło się oczy, można było nawet zapomnieć, że przebywa się w ciemnym, dusznym pomieszczeniu i poczuć się jak na ulicznej paradzie, gdzie omamia cała feeria migoczących barw a wytchnienie dają powiewy chłodnego wiatru. Ten odświeżający efekt miało też częste budowanie utworów nie na standardowych rytmach 4/4 ale na mniej oczywistych przebiegach. Programowo z prostych rozwiązań rytmicznych rezygnuje gqom – nowe osiągnięcie myśli muzycznej z Durbanu. Wcześniej tego wieczora grało dwóch ambasadorów gatunku: Nan Kolè włoski didżej prowadząy wytwórnię Gqom Oh! oraz lokalny producent DJ Lag. Kiedy za sprawą Kolè'a usłyszałem gqom po raz pierwszy, na festiwalu CTM, to od razu było dla mnie jasne, że doświadczam czegoś znacząco innego, mocno oddzielnego. Jednak przyjmowane w duże dawce kawałki gqom zaczynają się zlewać nierozróżnialną masę, co zapewne też ma swój sens, bo w ten sposób powstaje spójny klimat, ale grozi też monotonią. Dlatego w akurat tutaj takim odświeżaczem były utwory oparte na four-on-the-floor, z którymi Włoch umiejętnie miksował produkcje z RPA. 

Tamtejszy duet FAKA też odwoływał się do gqom, choć to pozostawało gdzieś na dalszym planie, bo na czoło wysuwały się głosy – znów, ale też znów silnie odmienne, własne. Trafiające bezpośrednio do wnętrza, kotłujące się tam i zapadające głęboko, także w pamięć. Coś pomiędzy okrzykami i pieśniami wojennymi, szamańskimi obrzędami, odprawianiem czarów, wypowiadaniem zaklęć a karnawałowymi wygłupami i wybuchami radości. 

Żeby doczekać do Kablam, spędziłem miło czas w najmniejszej sali w towarzystwie dźwięków Don't DJ i Konstantina. Set związanej z Janus didżejki zawiódł mnie swoją jednostajnością, a może już po prostu nie miałem siły na bezlitosną hardstyle'ową ofensywę.

Dla wytrwałych był jeszcze rozpoczynający się o siódmej rano Afterburn, we właśnie otwieranym w hotelu klubie 89. Ja tego dnia nawet nie podjąłem wyzwania, ale gdy po sobotniej nocy (z tego zalewu atrakcji chciałbym wyróżnić Czarnego Latawca, Sky H1 i zwłaszcza szalonego Errorsmith) planowałem naładować tam akumulatory dźwiękami FOQL, okazało się, że z powodu „problemów technicznych” nie można jeszcze wejść do środka. W związku z tym, że ochrona grzecznie, ale wypraszała z Forum, potencjalni afterowicze skazani zostali na zimny prysznic porannej mgły – mnie on skutecznie odstraszył. 

Może to rozdmuchiwanie szczegółów, ale z perspektywy kogoś kto spędza na festiwalu dużo czasu, chodząc od wczesnego popołudnia na dyskusje, wykłady, spotkania (czego nie żałuję i wolałbym nie zaprzestawać, bo są one raczej interesujące), to fakt, że gdzieś nie jest ciepło albo nie ma gdzie wygodnie usiąść – zaczyna się robić istotny i doskwierający. Tak jak się cieszę, że Unsound eksploruje kolejne części hotelu (słyszałem, że w 89 jest ładnie i przytulnie), to cieszyłbym się niezmiernie, gdyby jeszcze pomyślano o udogodnieniach dla tych, którzy np. nie mają akurat siły tańczyć i chcieliby wygodnie usiąść, ale też słuchać zwariowanych pomysłów didżejów grających w byłej kuchni Forum. Przestrzeń fajna, nietypowa, zaskakująca, wszędzie kafelki i w ogóle biało, światła robiły wrażenie, ale też nie bardzo nowe okna i brak ogrzewania. No trudno, często udawało się o tym zapomnieć dzięki naprawdę nieszablonowym posunięciom grających: Fausto Bahia, Mexican Jihad i Lao (reprezentantów NAAFI), Mobilegirl oraz Ziúr. Nad graniem pierwszej czwórki unosiło się olbrzymie przymrużone oko, było dużo wrzucanego znienacka popu, też podobno Marilyn Manson, zaskakujących editów, remiksów, dowcipnych mash-upów. Miałem silne postanowienie posłuchać choć trochę Ziúr, która zaczęła powiedzmy poważniej (i dobrze, bo ile można żartować), brzmieniami mechanicznymi, brudnymi, kostropatymi. 

To miało miejsce w środę, czyli „forumowy weekend” wydłużył się o kolejny dzień. To na razie dmuchanie na zimne, ale pozwolę sobie na wyrażenie obawy, żeby ubawowy ciąg biforowo-afterowy nie stał się dominantą festiwalu.

Oczywiście, jeszcze do tego daleko, bo program obfituje w wydarzenia o różnorodnych formatach odbywające się w rozmaitych lokalizacjach. Akurat centrum kongresowe ICE nie należy do moich ulubionych sal, ale miał tam miejsce jeden z najlepszych występów tego Unsoundu. Naprawdę chciałbym jakoś przybliżyć opisem to, co zrobił Rashad Becker, ale jest to tak wymykające się i wyjątkowe, że nie przyszła do mnie nawet żadna odpowiednia metafora. Musi więc wystarczyć stwierdzenie faktów: słyszałem go po raz czwarty i tak jak przy poprzednich razach miałem wrażenie, że jest to jego najciekawszy koncert, że znów dotarł w nieznane rejony. 

W obliczu tego zbladły nieco dokonania grających przed (Kaitlyn Aurelia Smith) i po (Horse Lords), którym nic przecież nie brakowało. Może jedynie żałowałem, że Smith tak daleko zabrnęła w pastelową piosenkowatość, co też gryzło się z silnie wybrzmiewającymi niskimi częstotliwościami. 

Tego samego dnia rano w ICE miało miejsce „Gletschermusik”, jeden z projektów zamówionych przez Goethe Institut stawiających na współpracę twórców niemieckich i azjatyckich. Tutaj Askat Jetigen z Ordo Sakhna spotkał się z Lillevanem i Robertem Lippokiem. Efekty nieszczególnie mnie poruszyły i przede wszystkim zostało mi w głowie, że mogło być i tak gorzej. Lippok postanowił na szczęście zostawić dużo miejsca Kirgizowi i jego subtelne przetwarzane nagrania terenowe stanowiły tło dla niego. Dzięki temu nie wadziły jego grze, ale też nie było przez to widoków na rzeczywisty dialog. Gdy Jetigen grał na instrumentach, to coś tam sobie szmerało w oddali, ale i tak najmocniejszymi momentami były te, gdy wykonał dwie pieśni sam sobie akompaniując (a Lippok nic wtedy nie emitował). 

Poranki muzyczne to jeden z moich ulubionych zabiegów Unsound – jak dobrze zacząć dzień od pożywnego dźwiękowego śniadania. Po tegorocznych Morning Glory nadal będę kibicował tej pozycji festiwalowego menu, ale bardziej za formę niż ze względu na treść. Pierwszy głód zaspokoić można było faktycznie ze smakiem. Zespół Samo z Tadżykistanu zabrał na stepową przeprawę (jeśli to nawet stereotypowe skojarzenie, to nic nie mogę na nie poradzić) swoją cwałującą, a czasem nawet galopującą, muzyką. Widać było, że są to fachowcy, którzy robią to od lat, ale nie zabiło to w nich radości z grania i spontaniczności. Można było też dostrzec, że nie są przyzwyczajeni do mikrofonów, o których obecności czasem zapominali. Mimo nagłośnienia ich dźwięki były dość ciche, przez co zakręcające w pobliżu Teatru Nowego tramwaje były wyraźnie słyszalnie. Tak było też trzeciego przedpołudnia podczas występu Resiny, ale wtedy już mnie to tak nie obchodziło – podobnie jak jej muzyka. Bezpieczne, jakoś nawet wyrachowane, frazy wiolonczeli zapętlane i nakładane na siebie nudziły mnie. W dodatku rozpoczęcie z niewiadomego powodu opóźniło się o ponad dziesięć minut, a ja naprawdę spieszyłem się, żeby być na czas i potem musiałem wyjść po dwudziestu (możliwe, że coś się w dźwiękach dalej zmieniło, ale nie przypuszczam). 

Samo byli na festiwalu rozchwytywani, przed KAFR krótko zagrali z Beainim, a po Morning Glory wieczorem wystąpili z towarzyszeniem Starej Rzeki. Trafiłem gdzieś na komentarz, że takie podpisanie przedsięwzięcia (zainicjowanego w ramach Unsoundu w Duszanbe) wprowadza w błąd, bo ze specyfiki projektu Polaka nic w tym nie było. Racja, to gitarzysta Kuba Ziołek głównie przygrywał Tadżykom i choć, jak dowiedziałem się potem, zagrali jeden utwór Starej Rzeki, to wtopił się on tak bardzo w estetykę reszty muzyki, że zupełnie się nie wyróżniał. W efekcie odebrałem to jak powtórkę porannego grania (dwa fragmenty jakiś szumów, może nagrań terenowych, wypuszczone przez Polaka niewiele zmieniły), tylko że odbywającą się w mniej komfortowych warunkach – część publiczności nie mogła wytrzymać i mimo próśb Ziołka gadała. 

Ciekawe, że tę współpracę można by ulokować w opozycji do spotkania Ordo Sakhna i Moritza von Oswalda (inny projekt zamówiony przez Instytut Goethego). Znam go tylko z opowieści znajomych, ale wszyscy byli zgodni, że tam Niemiec zachowywał się niemal jak kolonizator,  narzucał swoje dźwiękowe zwyczaje nie bacząc na tych, z którymi miał wejść w twórczy dialog i zdominował sytuację. Ziołek z kolei może aż zbytnio zważał, żeby nie naruszyć delikatnej tkanki tradycji i wplótł się w nią całkowicie. 

Inne zainicjowane przez Unsound atrakcje też jakoś mnie nie zachwyciły. Spektakl, bo chyba tak to należy nazwać, jaki wspólnymi siłami stworzyli Felicita, Zespół Pieśni i Tańca „Śląsk” oraz Florence To, był chwilami zabawny, miejscami uroczy, ale nic z tego nie wynikało. I tak, wiem oczywiście, że nic wynikać nie musi, ale na tej zasadzie można dowolnie żonglować stylami, gatunkami, dziedzinami i cieszyć się, jak dziwnie ze sobą kontrastują. 

Przy okazji edycji we Władywostoku do współpracy zaproszono Helm, Moa Pillar i Embassy For The Displaced. Tutaj chyba wszystko było na swoim miejscu aż za bardzo: zamglone, rozmyte pejzaże (zarówno w wizualizacjach jak i w muzyce), trochę rytmu, elektronicznego pyłu i zmatowienia, szarości, wydobywanego na żywo i modyfikowanego brzmienia talerza perkusyjnego, też chyba samplowanych odgłosów z wnętrza preparowanego fortepianu. Depresyjne i refleksyjne jak trzeba, ale jakieś bez przekonania, jakby szyte wedle wykroju dołączonego do czasopisma dla miłośników smutnej muzyki. 

Ale potem było gorzej. Koncert Kyle'a Dixona i Michaela Steina z muzyką ze Stranger Things nie był projektem zamówionym, ale czuło się wokół niego aurę specjalnego wydarzenia. Ja zupełnie nie wiem, o co chodzi, poza tym, że jest jakiś serial, więc nie spodziewałem się niczego. I bardzo dobrze na tym wyszedłem aż w końcu wyszedłem też z sali, bo nudne retro-syntowe skamieliny zagrażały resztkom mojego dobrego samopoczucia (możliwe, że coś się w dźwiękach dalej zmieniło, ale nie przypuszczam). 

Ale przedtem było lepiej. Po „Śląsku” & Co. doświadczyliśmy jako pierwsi oddziaływania Lexachast, czyli kamienia filozoficznego wynalezionego przez Amnesia Scanner i Billa Kouligasa. Odsłonę koncertową uzupełniały wizualizacje Harma van den Dorpela, na które składały się zdjęcia głównie chyba wygrzebane z czeluści internetu. To miało swój odpowiednik w muzyce, która zwłaszcza na początku składała się w większości z wypuszczanych chaotycznie sampli, często obijających się o siebie i maltretowanych. Dużo było też, zwłaszcza w pierwszej połowie, rozmaitych głosów, które zwykle stanowiły kontrapunkt dla zimnej elektroniki, ale czasem też przegryzały się z nią i rezultatem była spójna zawiesina. Jeśli chodzi o bity, to było zaskakująco oszczędnie, pojawiły się dopiero po dramatycznym zerwaniu (sprytnie umiejscowionym i rozegranym), a i wtedy raczej jako dozowane uderzenia a nie ciągłe serie. 

Innym mocnym premierowym ujawnieniem było Emptyset, którzy wykreowali w Muzeum Inżynierii Miejskiej swoją własną czasoprzestrzeń. Odbiorcy byli otoczeni przez głośniki i rzutniki, które emitowały abstrakcyjne, ale zrytmizowane, sprzężone ze sobą dźwięki i obrazy. Obcowaliśmy z chropowatymi powierzchniami i ściśle kontrolowanymi eksplozjami, wijącymi się pasmami i nagłymi cięciami. Było w tym coś laboratoryjnego, ale w dobrym sensie – eksperymentowanie by uzyskać nowe materiały, przy jednoczesnym panowaniu nad całością. 

Żeby domknąć temat projektów specjalnych należy wspomnieć o wieczorze finałowym w filharmonii. Rozpoczęli go Kara-Lis Coverdale i MFO, którzy po raz pierwszy spotkali się na Unsoundzie w Toronto. Głównym zaskoczeniem dla mnie było to, że Coverdale, która jest organistką na tym instrumencie nie zagrała. Stanęła za stołem z elektronicznymi pudełkami, z których wydobyła całkiem interesujące, gęste i wielowątkowe pasaże, a oprawa wizualna MFO, wyświetlana na organach, też całkiem bogata i obfita, fajnie z nimi korespondowała.

Na koniec wystąpili Body Sculptures (Varg, Loke Rahbek, Vit Fana, Erik Enocksson) z Sinfoniettą Cracovią pod batutą Ilana Volkova. Coverdale, dorzucona do składu, ostatecznie zasiadła przy swoim instrumencie, ale za wiele dobrego z tego nie wynikło. Najsilniej jej obecność odznaczyła się niestety w patetycznym finale, który był tylko niezaskakującą kropką nad „i” tej muzyki szerokich, ale pustych, gestów. 

Zresztą może byłem już po prostu zmęczony prawie tygodniem wrażeń i jestem teraz zbyt surowy. Pamiętam, że podczas tego koncertu myślami wracałem do pierwszego wieczoru w Manggha, kiedy to świetnie wypadli Lotto i Sote. W muzyce pierwszych też było coś z cwałowania (na marginesie: u Horse Lords zresztą też), kojarzyła mi się ona z westernami. No i trochę z Holy Fuck oraz ZS. Było, co raczej niespodziewane, wręcz tanecznie. W pamięci pozostał mi moment karkołomnego spiętrzenia, kiedy składowe się kotłowały i z niego eleganckie wślizgnięcie się w groove. 

Spiętrzeń nie brakowało też u Sote, który nie dawał chwili wytchnienia napierając żelbetonowym techno, które momentami zahaczało o eksperymentalny breakcore, w innych fragmentach mogło uchodzić za remiks czegoś z katalogu PC Music zrobiony przez Evol, a czasami kojarzyło się też z Lorenzo Sennim. Te brzmienia, grudkowate, sprężyste, ale czasem pękające i uwalniające bąbelki, pełne odgłosów walenia w metalowe przedmioty, chyba lepiej sprawdziłyby się w Forum, a tutaj publiczność nie była zbyt skora do tańca. 

[tekst: Piotr Tkacz]

[zdjęcia: Camille Blake, Anna Spysz, Therese Baumgartner]

Emptyset [fot. Camille Blake]
Errorsmith [fot. Camille Blake]
Felicita, Zespół Pieśni i Tańca "Śląsk" [fot. Anna Spysz]
Gletschermusik [fot. Anna Spysz]
In the Mouth of the Wolf [fot. Camille Blake]
Kara Lis, Coverdale [fot. Therese Baumgartner]
Lotto [fot. Anna Spysz]
Mexican Jihad [fot. Anna Spysz]
Senyawa [fot. Anna Spysz]
Sky H1 [fot. Anna Spysz]
Stara Rzeka, Samo [fot. Anna Spysz]