



Pogłos, fuzz, reverb, ściana gitar… W ostatni weekend Baltic Triangle – przepiękna (jeśli ktoś lubi czerwoną cegłę) post-industrialna dzielnica Liverpoolu – stała się enklawą wszelkiego rodzaju psychodelii. Liverpoolski festiwal, odbywający się już piąty rok, to dwa dni, cztery sceny i kilkadziesiąt koncertów, w większości w showcase’owej, półgodzinnej formule. Do tego plejada DJ-ów, instalacje wizualne, filmy i rozmowy z artystami. A wszystko na naprawdę mikroskopijnym terenie: trzy z czterech scen są w jednym ciągu budynków, czwarta – tuż za rogiem.
Piątkowe popołudnie należało do Azji: najpierw eklektyczny, hałaśliwy set zagrali Prairie WWWW – pięcioro bardzo młodych muzyków z Tajwanu (nagroda za najlepsze kostiumy i charakteryzację). Potem była japońska wersja krautrocka w wykonaniu Minami Deutsch i najciekawszy z tej trójki, odjechany, psychodeliczny Kikagaku Moyo. W międzyczasie udało mi się zobaczyć też większość koncertu meksykańskiej grupy Lorelle meets the Obsolete (których garażowe, trochę lo-fi brzmienie nie do końca pasowało mi do największej sceny) i posłuchać bardzo nastrojowego, eleganckiego shoegaze’u w wykonaniu Josefine Öhrn + the Liberation. Po tym zestawie miałam jednak na chwilę dość gitar, przesterowanych gitar i jeszcze większej ilości gitar.
Najlepszym lekarstwem okazał się koncert walijskiej wokalistki Gwenno. Niektórzy mogą pamiętać jej bardziej indiepopowe wcielenie z The Pipettes, ale od tamtej pory sporo się zmieniło: zamiast chwytliwych, trzyminutowych piosenek mamy eteryczny pop zbudowany z analogowych syntezatorów, transowych bitów i pięknego, delikatnego głosu Walijki. Tego ostatniego było dla mnie momentami za mało na koncercie – zdarzało się, że ginął pod warstwą klawiszy czy perkusji – ale nie zmąciło to odbioru całego niespełna godzinnego setu. Występ w Liverpoolu kończył brytyjską trasę promującą ostatni album Gwenno, „Y Dydd Olaf”, zainspirowany dystopijną powieścią science-fiction, w której roboty przejmują kontrolę nad światem (napisaną na wzór pamiętnika po walijsku, gdyż tego języka roboty nie były w stanie odszyfrować). Moje faworyty to otwierający „Patriarchaeth” (tak, tak, to nasz swojski patriarchat) i „Chwyldro”, czyli rewolucja. Okazuje się, że do społecznie zaangażowanych tekstów nie trzeba koniecznie tworzyć protest songów w stylu Boba Dylana czy Billy’ego Bragga. Na koncercie można się też było dowiedzieć, że „Eus keus?” – napis, który miała na tiszercie wokalistka – to najstarsze zachowane zdanie w języku kornwalijskim. Oznacza: „Czy jest ser?”. Konkret.
Mój wewnętrzny lingwista miał też używanie na następnym koncercie – Super Furry Animals, którzy byli headlinerem pierwszego dnia. Mimo że ich najstarsze albumy mają przeszło 20 lat (a w tym roku 15-lecie obchodzi mój ulubiony „Mwng”), ich występ był tak świeży i radosny, jakby grali właśnie pierwszą trasę. Grupa zeszła się z powrotem rok temu po kilkuletniej przerwie – ale nie ma w tym nic z cynicznego „odgrzewania kotletów”, byleby tylko zaliczyć kolejny sezon festiwalowy. Podczas ponad godzinnego seta teksty angielskie mieszały się z walijskimi, gitarowe odjazdy z syntezatorowymi tripami, Gruff Rhys raz śpiewał normalnym głosem, to znowu przez różne efekty, taneczne numery takie jak „Bing Bong” czy „The Man Don’t Give a Fuck” przeplatały się z bardziej melodyjnymi „Juxtapozed with U” czy „Receptacle for the Respectable”, ewentualnie wszyscy udawaliśmy, że jesteśmy kosmitami z Marsa. W miarę jak uśmiech na mojej twarzy robił się coraz szerszy, pomyślałam sobie, że świat, w którym na scenę wychodzi 5 gości w białych uniformach (i jednym kasku), zdaje się od razu nieco przyjaźniejszym miejscem.
Szkoda tylko, że koncert SFA wchodził na set Silver Apples, pioniera elektronicznej psychodelii i chyba najstarszego muzyka na tym (i pewnie niejednym) festiwalu. Na osłodę pozostają wspomnienia z gdańskiego SpaceFestu sprzed dwóch lat. Na uwagę tego wieczoru zasługiwali także Demdike Stare, Mdme Spkr, Gnoomes i Flamingods (dwa ostatnie niestety się pokrywały). Demdike Stare zaprezentowali swój typowy, mroczno-elektroniczny set (choć dziwnie się ich słuchało wśród głównie statycznej publiczności w porównaniu z roztańczonym namiotem na Primaverze 2012). Duetowi Mdme Spkr udało się za to zarazić całą salę nieokrzesaną, rockową energią – miejscami można było wręcz zapomnieć, że całe instrumentarium ograniczało się tutaj do basu i perkusji. Rosjanie z Gnoomes to z kolei kawał solidnej gitarowej psychodelii, ale w porównaniu z wersją studyjną wypadło chłodniej i zabrakło mi trochę shoegaze’owego rozmarzenia i melodyjności (może to blaszane wnętrze klubu Camp?). Mniej więcej w połowie zdezerterowałam na Flamingods - kolektyw funkcjonujący na stałe między Wielką Brytanią a Bahrajnem, czerpiący z różnych kultur muzycznych świata. Ich najnowszy album, „Majesty”, to wprawdzie taki orientalny easy-listening (za to jak wchodzi!), ale na żywo pokazali się od bardziej żywiołowej, głośniejszej, tanecznej strony, miejscami przywodząc nawet na myśl Animal Collective.
Następny dzień zaczął się już o 13:30 koncertem Saddar Bazaar. Duet z Bristolu sam przypiął sobie łatkę „psychodelicznego rocka sitarowego”, ale hinduskie wpływy, dominujące na nagraniach, na żywo płynnie łączyły się z potężnym bluesowym brzmieniem. Podobne wrażenie zaskakującego mariażu Wschodu z Zachodem miałam – w zupełnie innym muzycznym kontekście, oczywiście – na jednym z pierwszych koncertów Babadag. Tutaj całość była jeszcze podrasowana wizualizacjami w formie przelewającej się różnokolorowej magmy. Serio, warto chodzić na wczesne festiwalowe sety.
Krautrockowa motorik ewidentnie wraca do łask, a koncert 10,000 Russos był moim ulubionym, jeśli chodzi o zespoły czerpiące właśnie z tego nurtu. Dużo przestrzeni, dużo przesterów, mało wokalu, który jeśli już się pojawiał, kojarzył mi się z pokrzykiwaniami Shauna Rydera czy Marka E. Smitha – bardzo dobrze to wypadło. Warto też wyróżnić In Zaire – czterech Włochów mieszkających w Berlinie, którzy na najmniejszej scenie wybrzmieli o wiele surowiej i bardziej porywająco niż na albumie „White Sun Black Sun”(próbowałam odtworzyć wrażenie z soboty, bezskutecznie).
Potem nadszedł najważniejszy dla mnie moment festiwalu, a zarazem jedyny polski akcent w line-upie: koncert Pure Phase Ensemble 4 ft. Mark Gardener. Pure Phase Ensemble to projekt wymyślony na potrzeby gdańskiego festiwalu SpaceFest, który co roku w innym składzie – i pod wodzą coraz to innego muzyka – przez kilka dni warsztatów tworzy materiał prezentowany później jednorazowo na koncercie. Czwarta edycja PPE, której gwiazdą był wokalista Ride, przez wielu uznana została za najlepszą jak do tej pory i jako jedyna znalazła oddźwięk na tzw. Zachodzie. Okazało się, że po dwóch latach materiał nic nie stracił na świeżości: połączenie shoegaze’owych ballad z hałasem, pogłosem i chaosem (oczywiście kontrolowanym) było równie obezwładniające, co za pierwszym razem. Jedyna różnica, jaką dało się odczuć, to jakby większa trema niektórych muzyków – ale po dwóch pierwszych numerach udało się zniwelować to wrażenie (scenicznym luzem epatował w szczególności Karol Schwarz). Niesamowite w tym koncercie było dla mnie zwłaszcza to, że w siedmioosobowym składzie nie tylko nikt nie ginął, ale wręcz każdy miał okazję się pokazać: Mark Gardener tylko okazjonalnie był frontmanem, ustępując pola czy to tyradzie Karola Schwarza o konieczności robienia notatek (najbardziej transowy numer w całym secie), czy onirycznemu wokalowi Michała Pydo (drżyjcie, dziewczyny). Świetnie wypadła sekcja rytmiczna (Kamil Hordyniec i Jacek Rezner z Wilgi), a saksofon (i czasem flet) Raya Dickaty’ego oraz klawisze Michała „Kostka” Stolca doskonale uzupełniały gitarowe kompozycje, czasem też wybijając się na pierwszy plan. Całość była genialnie nagłośniona - co niestety nie było w Liverpoolu normą - i przez tę blisko godzinę oprócz wrażeń typu entuzjazm/wielki entuzjazm odczuwałam też prawdziwą patriotyczną dumę (tak, wiem jak to brzmi). Jak dla mnie festiwal mógłby się po tym koncercie zakończyć.
I w sumie szkoda, że tak się nie stało. Niestety później nagłośnieniowcy nieco sobie pofolgowali, jeśli chodzi o poziom dźwięku na różnych scenach. The Horrors byli bardzo głośni, i tak w sumie można by podsumować ich koncert, podobnie jak The Wytches (bardzo żałuję, bo zapowiadało się naprawdę ciekawie). Z kolei Japończycy z Acid Mothers Temple wkroczyli wręcz w rejony niebezpieczne dla słuchu – nawet z tyłu sali. Nie wiem, czy chodziło o preferencje zespołów, czy kwestie techniczne, ale moim zdaniem koncert, którego nie da się wysłuchać bez zatyczek, to jakaś aberracja.
Podsumowując Liverpool Psych Fest trzeba jeszcze wspomnieć o DJ-ach, którzy zostali potraktowani jako pełnoprawny element line-upu i dobrani równie starannie, co artyści. W ciągu obu dni kilka razy łapałam się na tym, że przerwa na papierosa niepostrzeżenie rozciągała się na dwa papierosy, bo szkoda mi było wracać do środka w połowie świetnego numeru, a zaraz zaczynał się następny. Żałuję tylko, że Andy Votel i Cherrystones – dwóch DJ-ów związanych najpierw z labelem Twisted Nerve, a obecnie m.in. z Finders Keepers – grali grubo po północy, praktycznie zamykając festiwal. Tym razem nie dotrwałam, ale podobno niedosyt jest lepszy od przesytu…
PZYK-owi udało się tego ostatniego uniknąć, choć gdyby trwał jeszcze jeden dzień, pewnie czekałby mnie miesięczny odwyk od przesterowanych gitar i krautrockowej perkusji. Organizatorzy zapewnili też możliwość oddechu na terenie samego festiwalu: w ramach przerwy można było zobaczyć instalacje wizualne w galerii na piętrze albo przetestować któryś z trzech symulatorów VR (z zewnątrz wygląda się co prawda jak głąb, ale można się poświęcić, żeby znaleźć się w środku gry komputerowej jak z lat 90., tyle że z lepszą muzyką i kosmicznymi grafikami). Kolejny egzotyczny akcent to rozmowa ze Steve’em Davisem, utytułowanym snookerzystą i miłośnikiem psychodelicznych brzmień, który przeżywa obecnie drugą młodość, grając z winyli.
Gdybym miała wymienić jedną rzecz, której najbardziej zazdroszczę liverpoolskiemu festiwalowi, nie byłaby to jednak jego muzyczna i wizualna różnorodność, ale publiczność. Chyba nie byłam jeszcze na festiwalu, który przyciągałby spektrum wiekowe od nastolatków aż po dziadków. I to przyciągał muzyką, nieobudowaną przystawkami w stylu sceny-klubu ze sztucznymi palmami czy fotobudek. Naprawdę szkoda było opuszczać ten niecodzienny mikrokosmos.
[Tekst: Ola Szkudłapska]
[Zdjęcia: Clemens Mitscher (Pure Phase Ensemble), Trev Elkin (Gwenno), Keith Ainsworth (pozostałe)]
[zdjęcia: Ola Szkudłapska]