polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious

Liverpool Psych Fest 2016
Liverpool | 23-24.09.16

Pogłos, fuzz, reverb, ściana gitar… W ostatni weekend Baltic Triangle – przepiękna (jeśli ktoś lubi czerwoną cegłę) post-industrialna dzielnica Liverpoolu – stała się enklawą wszelkiego rodzaju psychodelii. Liverpoolski festiwal, odbywający się już piąty rok, to dwa dni, cztery sceny i kilkadziesiąt koncertów, w większości w showcase’owej, półgodzinnej formule. Do tego plejada DJ-ów, instalacje wizualne, filmy i rozmowy z artystami. A wszystko na naprawdę mikroskopijnym terenie: trzy z czterech scen są w jednym ciągu budynków, czwarta – tuż za rogiem.

Piątkowe popołudnie należało do Azji: najpierw eklektyczny, hałaśliwy set zagrali Prairie WWWWpięcioro bardzo młodych muzyków z Tajwanu (nagroda za najlepsze kostiumy i charakteryzację). Potem była japońska wersja krautrocka w wykonaniu Minami Deutsch i najciekawszy z tej trójki, odjechany, psychodeliczny Kikagaku Moyo. W międzyczasie udało mi się zobaczyć też większość koncertu meksykańskiej grupy Lorelle meets the Obsolete (których garażowe, trochę lo-fi brzmienie nie do końca pasowało mi do największej sceny) i posłuchać bardzo nastrojowego, eleganckiego shoegaze’u w wykonaniu Josefine Öhrn + the Liberation. Po tym zestawie miałam jednak na chwilę dość gitar, przesterowanych gitar i jeszcze większej ilości gitar.

Najlepszym lekarstwem okazał się koncert walijskiej wokalistki Gwenno. Niektórzy mogą pamiętać jej bardziej indiepopowe wcielenie z The Pipettes, ale od tamtej pory sporo się zmieniło: zamiast chwytliwych, trzyminutowych piosenek mamy eteryczny pop zbudowany z analogowych syntezatorów, transowych bitów i pięknego, delikatnego głosu Walijki. Tego ostatniego było dla mnie momentami za mało na koncercie zdarzało się, że ginął pod warstwą klawiszy czy perkusji – ale nie zmąciło to odbioru całego niespełna godzinnego setu. Występ w Liverpoolu kończył brytyjską trasę promującą ostatni album Gwenno, „Y Dydd Olaf”, zainspirowany dystopijną powieścią science-fiction, w której roboty przejmują kontrolę nad światem (napisaną na wzór pamiętnika po walijsku, gdyż tego języka roboty nie były w stanie odszyfrować). Moje faworyty to otwierający „Patriarchaeth” (tak, tak, to nasz swojski patriarchat) i „Chwyldro”, czyli rewolucja. Okazuje się, że do społecznie zaangażowanych tekstów nie trzeba koniecznie tworzyć protest songów w stylu Boba Dylana czy Billy’ego Bragga. Na koncercie można się też było dowiedzieć, że „Eus keus?” – napis, który miała na tiszercie wokalistka – to najstarsze zachowane zdanie w języku kornwalijskim. Oznacza: „Czy jest ser?”. Konkret.

Mój wewnętrzny lingwista miał też używanie na następnym koncercie Super Furry Animals, którzy byli headlinerem pierwszego dnia. Mimo że ich najstarsze albumy mają przeszło 20 lat (a w tym roku 15-lecie obchodzi mój ulubiony „Mwng”), ich występ był tak świeży i radosny, jakby grali właśnie pierwszą trasę. Grupa zeszła się z powrotem rok temu po kilkuletniej przerwie – ale nie ma w tym nic z cynicznego „odgrzewania kotletów”, byleby tylko zaliczyć kolejny sezon festiwalowy. Podczas ponad godzinnego seta teksty angielskie mieszały się z walijskimi, gitarowe odjazdy z syntezatorowymi tripami, Gruff Rhys raz śpiewał normalnym głosem, to znowu przez różne efekty, taneczne numery takie jak „Bing Bong” czy „The Man Don’t Give a Fuck” przeplatały się z bardziej melodyjnymi „Juxtapozed with U” czy „Receptacle for the Respectable”, ewentualnie wszyscy udawaliśmy, że jesteśmy kosmitami z Marsa. W miarę jak uśmiech na mojej twarzy robił się coraz szerszy, pomyślałam sobie, że świat, w którym na scenę wychodzi 5 gości w białych uniformach (i jednym kasku), zdaje się od razu nieco przyjaźniejszym miejscem. 

Szkoda tylko, że koncert SFA wchodził na set Silver Apples, pioniera elektronicznej psychodelii i chyba najstarszego muzyka na tym (i pewnie niejednym) festiwalu. Na osłodę pozostają wspomnienia z gdańskiego SpaceFestu sprzed dwóch lat. Na uwagę tego wieczoru zasługiwali także Demdike Stare, Mdme Spkr, Gnoomes i Flamingods (dwa ostatnie niestety się pokrywały). Demdike Stare zaprezentowali swój typowy, mroczno-elektroniczny set (choć dziwnie się ich słuchało wśród głównie statycznej publiczności w porównaniu z roztańczonym namiotem na Primaverze 2012). Duetowi Mdme Spkr udało się za to zarazić całą salę nieokrzesaną, rockową energiąmiejscami można było wręcz zapomnieć, że całe instrumentarium ograniczało się tutaj do basu i perkusji. Rosjanie z Gnoomes to z kolei kawał solidnej gitarowej psychodelii, ale w porównaniu z wersją studyjną wypadło chłodniej i zabrakło mi trochę shoegaze’owego rozmarzenia i melodyjności (może to blaszane wnętrze klubu Camp?). Mniej więcej w połowie zdezerterowałam na Flamingods - kolektyw funkcjonujący na stałe między Wielką Brytanią a Bahrajnem, czerpiący z różnych kultur muzycznych świata. Ich najnowszy album, „Majesty”, to wprawdzie taki orientalny easy-listening (za to jak wchodzi!), ale na żywo pokazali się od bardziej żywiołowej, głośniejszej, tanecznej strony, miejscami przywodząc nawet na myśl Animal Collective. 

Następny dzień zaczął się już o 13:30 koncertem Saddar Bazaar. Duet z Bristolu sam przypiął sobie łatkę „psychodelicznego rocka sitarowego”, ale hinduskie wpływy, dominujące na nagraniach, na żywo płynnie łączyły się z potężnym bluesowym brzmieniem. Podobne wrażenie zaskakującego mariażu Wschodu z Zachodem miałam – w zupełnie innym muzycznym kontekście, oczywiście – na jednym z pierwszych koncertów Babadag. Tutaj całość była jeszcze podrasowana wizualizacjami w formie przelewającej się różnokolorowej magmy. Serio, warto chodzić na wczesne festiwalowe sety

Krautrockowa motorik ewidentnie wraca do łask, a koncert 10,000 Russos był moim ulubionym, jeśli chodzi o zespoły czerpiące właśnie z tego nurtu. Dużo przestrzeni, dużo przesterów, mało wokalu, który jeśli już się pojawiał, kojarzył mi się z pokrzykiwaniami Shauna Rydera czy Marka E. Smitha – bardzo dobrze to wypadło. Warto też wyróżnić In Zaire – czterech Włochów mieszkających w Berlinie, którzy na najmniejszej scenie wybrzmieli o wiele surowiej i bardziej porywająco niż na albumie „White Sun Black Sun”(próbowałam odtworzyć wrażenie z soboty, bezskutecznie). 

Potem nadszedł najważniejszy dla mnie moment festiwalu, a zarazem jedyny polski akcent w line-upie: koncert Pure Phase Ensemble 4 ft. Mark Gardener. Pure Phase Ensemble to projekt wymyślony na potrzeby gdańskiego festiwalu SpaceFest, który co roku w innym składzie – i pod wodzą coraz to innego muzyka – przez kilka dni warsztatów tworzy materiał prezentowany później jednorazowo na koncercie. Czwarta edycja PPE, której gwiazdą był wokalista Ride, przez wielu uznana została za najlepszą jak do tej pory i jako jedyna znalazła oddźwięk na tzw. Zachodzie. Okazało się, że po dwóch latach materiał nic nie stracił na świeżości: połączenie shoegaze’owych ballad z hałasem, pogłosem i chaosem (oczywiście kontrolowanym) było równie obezwładniające, co za pierwszym razem. Jedyna różnica, jaką dało się odczuć, to jakby większa trema niektórych muzyków – ale po dwóch pierwszych numerach udało się zniwelować to wrażenie (scenicznym luzem epatował w szczególności Karol Schwarz). Niesamowite w tym koncercie było dla mnie zwłaszcza to, że w siedmioosobowym składzie nie tylko nikt nie ginął, ale wręcz każdy miał okazję się pokazać: Mark Gardener tylko okazjonalnie był frontmanem, ustępując pola czy to tyradzie Karola Schwarza o konieczności robienia notatek (najbardziej transowy numer w całym secie), czy onirycznemu wokalowi Michała Pydo (drżyjcie, dziewczyny). Świetnie wypadła sekcja rytmiczna (Kamil Hordyniec i Jacek Rezner z Wilgi), a saksofon (i czasem flet) Raya Dickaty’ego oraz klawisze Michała „Kostka” Stolca doskonale uzupełniały gitarowe kompozycje, czasem też wybijając się na pierwszy plan. Całość była genialnie nagłośniona - co niestety nie było w Liverpoolu normą - i przez tę blisko godzinę oprócz wrażeń typu entuzjazm/wielki entuzjazm odczuwałam też prawdziwą patriotyczną dumę (tak, wiem jak to brzmi). Jak dla mnie festiwal mógłby się po tym koncercie zakończyć.

I w sumie szkoda, że tak się nie stało. Niestety później nagłośnieniowcy nieco sobie pofolgowali, jeśli chodzi o poziom dźwięku na różnych scenach. The Horrors byli bardzo głośni, i tak w sumie można by podsumować ich koncert, podobnie jak The Wytches (bardzo żałuję, bo zapowiadało się naprawdę ciekawie). Z kolei Japończycy z Acid Mothers Temple wkroczyli wręcz w rejony niebezpieczne dla słuchu – nawet z tyłu sali. Nie wiem, czy chodziło o preferencje zespołów, czy kwestie techniczne, ale moim zdaniem koncert, którego nie da się wysłuchać bez zatyczek, to jakaś aberracja.

Podsumowując Liverpool Psych Fest trzeba jeszcze wspomnieć o DJ-ach, którzy zostali potraktowani jako pełnoprawny element line-upu i dobrani równie starannie, co artyści. W ciągu obu dni kilka razy łapałam się na tym, że przerwa na papierosa niepostrzeżenie rozciągała się na dwa papierosy, bo szkoda mi było wracać do środka w połowie świetnego numeru, a zaraz zaczynał się następny. Żałuję tylko, że Andy Votel i Cherrystones dwóch DJ-ów związanych najpierw z labelem Twisted Nerve, a obecnie m.in. z Finders Keepers – grali grubo po północy, praktycznie zamykając festiwal. Tym razem nie dotrwałam, ale podobno niedosyt jest lepszy od przesytu…

PZYK-owi udało się tego ostatniego uniknąć, choć gdyby trwał jeszcze jeden dzień, pewnie czekałby mnie miesięczny odwyk od przesterowanych gitar i krautrockowej perkusji. Organizatorzy zapewnili też możliwość oddechu na terenie samego festiwalu: w ramach przerwy można było zobaczyć instalacje wizualne w galerii na piętrze albo przetestować któryś z trzech symulatorów VR (z zewnątrz wygląda się co prawda jak głąb, ale można się poświęcić, żeby znaleźć się w środku gry komputerowej jak z lat 90., tyle że z lepszą muzyką i kosmicznymi grafikami). Kolejny egzotyczny akcent to rozmowa ze Steve’em Davisem, utytułowanym snookerzystą i miłośnikiem psychodelicznych brzmień, który przeżywa obecnie drugą młodość, grając z winyli.

Gdybym miała wymienić jedną rzecz, której najbardziej zazdroszczę liverpoolskiemu festiwalowi, nie byłaby to jednak jego muzyczna i wizualna różnorodność, ale publiczność. Chyba nie byłam jeszcze na festiwalu, który przyciągałby spektrum wiekowe od nastolatków po dziadków. I to przyciągał muzyką, nieobudowaną przystawkami w stylu sceny-klubu ze sztucznymi palmami czy fotobudek. Naprawdę szkoda było opuszczać ten niecodzienny mikrokosmos.

[Tekst: Ola Szkudłapska]

[Zdjęcia: Clemens Mitscher (Pure Phase Ensemble), Trev Elkin (Gwenno), Keith Ainsworth (pozostałe)]

[zdjęcia: Ola Szkudłapska]

Gwenno [fot. Trev Elkin]
 
Prairie WWWW [fot. Keith Ainsworth]
Lorelle [fot. Keith Ainsworth]
 
Kikagaku Moyo [fot. Keith Ainsworth]
 
Super Furry Animals [fot. Keith Ainsworth]
Acid Mothers Temple [fot. Keith Ainsworth]
 
Mdme Spkr [fot. Keith Ainsworth]
 
Saddar Bazaar [fot. Keith Ainsworth]
Pure Phase Ensemble [fot. Clemens Mitscher]
Pure Phase Ensemble [fot. Clemens Mitscher]
Pure Phase Ensemble [fot. Keith Ainsworth]
 [fot. Keith Ainsworth]