polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious

Sonar Festival 2016
Barcelona | 16-18.06.16

23. edycja odbywającego się w dniach 16-18 czerwca 2016 Sónar Festival utrzymała niesamowite statystyki z ubiegłego roku, gromadząc w ciągu trzech dni i dwóch nocy 110 tysięczną, pochodzącą z ponad 100 krajów świata, publiczność. Barcelońska impreza słynie jednak nie tylko ze wspaniałego, bardzo różnorodnego i wymagającego audytorium, ale przede wszystkim z wyszukanego i niepowtarzalnego lajnapu. Tegoroczna odsłona w praktyce dostarczyła wielu intensywnych, choć nieco skrajnych przeżyć. Było kilka objawień, kilka występów wybitnych, ale nie obyło się też bez paru wtop, do których zaliczyć należy m.in. sposób organizacji before party.

Zanim rozpoczęła się regularna część festiwalu, organizatorzy we współpracy z dotUP przygotowali nie lada niespodziankę i już w środę wieczorem miał miejsce eksklusive dj set Richiego Hawtina. W oddalonej o niecałe 15 km od Barcelony Badalonie, w malowniczo położonym Skate Agora Parku, Kanadyjczyk miał dać trzy godzinny pokaz, którego odbiór został niestety totalnie spalony przez obecność bogato wypoczywających na Costa Brava turystów. Dostępna dla każdego, darmowa impreza była zbiegowiskiem nierzadko przypadkowych osób wśród których najdziwniej wyglądali rodzice z małymi dziećmi na ramionach. Nie ma co. Usłyszeć w wieku przedprzedszkolnym lub przedszkolnym ekskluzywny, choć jak się okazało męczący, monotonny, pozbawiony klimatu, housowy, ibizowy set legendarnego Hawtina, to nie lada powód do dumy. Zwłaszcza dla lubiących fejsbuka opiekunów. Pomysł niewypał. Ale wiadomo, jakimi zasadami rządzą się dni otwarte.


Pozostający w  bardziej skomplikowanej odmianie techno występ zaserwował więc "dopiero" w czwartek na Sónar by Day, grający razem z Dani Guijarro (aka Headbirds) Cauto. Na mniejszym z podestów SonarVillage, w rozpoczynającym się równo o 14.15 lajwie duo zaimponowało bogactwem drumowych wątków, dużą ilością interesujących przejść oraz błyskotliwych zmian tempa. Zaraz po nich ciekawy miks grime/ uk garage/ bass/ dubstep/ ambient zaprezentował, w będącym streszczeniem niezłej płyty Malezas lajwie, Strand. Chilloutowa maniera uzupełniona błądzącymi w otchłani motywami doskonale pasowała do kolorowych wizualizacji, potwierdzając wrażenie z edycji 2015, że hiszpańska scena elektroniczna ma się całkiem dobrze. Pozytywną, beforową energię na inauguracji podtrzymał równiez Ekwadorczyk Nicola Cruz. Wplecione w delikatnego minimala elementy andyjskiego folkloru, nawiązujące do debiutanckiego krążka Prender el Alma, porwały po raz pierwszy do tańca zgromadzoną w kompleksie Fira Montjuïc publikę. Gdyby południowoamerykański odpowiednik Kiasmos wszystkie odtworzone z laptopa partie fletów, gitar, perkusji, indiańskich przyśpiewek odegrał na żywo z zespołem, ten w sumie solidny materiał miałby szanse na to, by stać się wyjątkowym. Najbardziej wyczekiwaną przeze mnie eksperymentalną część przeglądu równo o 17, w mojej ulubionej w zeszłym roku miejscówce z fotelami, w Sala d'actes Platea, nazywaną SonarComplex, otworzył projektem "FIELD" Martin Messier. Spodziewałem się manipulacji lekkimi przepięciami, a Kanadyjczyk zademonstrował sporej mocy urywane uderzenia. Dwie podłączone do prądu tablice podrażniane przez czincze z zewnętrznego kabla generowały pozbawione jakiejkolwiek subtelności odgłosy. Szeroko rozreklamowane szoł Kanadyjczyka umarło smiercią naturalną w momencie kiedy kable ostatecznie zamontowano w tablicach. Zaczęły świecić, stanowiąc coś na wzór equalizera dla technicznych podbić. W blasku żarówek można było poczuć się jak na pokazie w szkole podstawowej lub na festynie. Gdy Messier zaczął stukać w nie cienką różdżką, wywołując dźwięki podobne do gry na skrzypcach, zrobiło się trochę tandetnie. Całe szczęście w programie czekał już, jak się potem okazało najlepszy tego dnia, nieziemski popis King Midas Sound + Fennesz. W całkowicie zadymionej i zapadnietej w półmroku SonarHall niebiańsko wypadły pełne miażdżącej, basowej siły, pozycje ze znakomitego Edition 1. Z zawieszonej w czasoprzestrzeni całości największe wrażenie zrobiły wokalne, psychodeliczne partie Kiki Hitomi. Wspaniałe, hipnotyczne "On My Mind" oraz "We Walk Together". Szkoda, że Japonka nie udzielała się regularnie w każdej z przedstawionych tego wieczora kompozycji kosztem chwilami za nadto flegmatycznego i skupionego na sobie Rogera Robinsona (genialne "Mysteries"). Najśmielsze oczekiwania organizatorów pod względem zainteresowania przerósł płynny, cudownie dramatyczny w finałowym kwadransie, przerywany monologami m.in. o życiowych doświadczeniach, Chopinie, Byronie, koncert pianisty Jamesa Rhodesa. Byłoby perfekcyjnie, ale odbiór delikatnych treści i towarzyszących im emocji psuli spóźnialscy. Wpuszczani co parę minut do sali pogubieni i błądzący w ciemnościach, szeptali i zapalali ekrany smartfonów. Trochę szkoda. Energetyczna dogrywka Brytyjczyka definitywnie zrekompensowala lekkie poczucie dyskomfortu, które wróciło dopiero wraz z pierwszą poważną programową kolizją katalońskiej imprezy. O 20.30 w nieznajdującej się na terenie festiwalu L'auditori, wraz z Barcelońską Orkiestrą Symfoniczną miał zagrać  prezentujący projekt Become Ocean John Luther Adams. W niemal tym samym czasie, bo równo o 20h, z najnowszym audiowizualnym pokazem pt. Kingdom Come, wystąpiła wsparta tego wieczoru drugim wokalem, Gazelle Twin. Szczerze powiedzawszy, zwłaszcza po znakomitym ostatnim albumie Unflesh, na występ Brytyjki wyczekiwałem najmocniej tego dnia, tak więc decyzja co wybrać zapadła szybko. Niestety. Obłędne intro plus dosłownie dwa donośniejsze wokalne momenty w ciągu godziny to było wszystko, co można wyróżnić z performansu, który po około pięciu minutach przerodził się w... trening biegowy! Tak. Duo weszło na dwa ustawione stoiska ze sztuczną bieżnią i zaczęło swój, popularny w świecie fitness, tzw. marszobieg. Gdy obu, narzucających sobie żwawe tempo joggerów złapała zadyszka, do wybijanych w industrialnym otępieniu uderzeń dookoptowano pełne grozy filmiki m.in. z niedźwiedziem, który wdarł sie do pełnego ludzi supermarketu. W mizernych wizualizacjach nie zabrakło pojawiających się w galeriach handlowych terrorystów, bezdomnych narkomanów oraz strawionych ogniem budynków. Było nudno i bez wyczucia. Co gorsza, drumowy przekaz oparty był na krótkich formach wokalnych, wśród których dominowały krzyki, stękanie oraz nierozbudowany, bezwisiłkowy śpiew. Mająca widoczną nadwagę, wykonująca dynamiczne przebieżki na sztucznej bieżni Elizabeth Bernholz, jej wygibasy i tańce, zastąpiły pokaz siły jej głosu, znacząco wpływając na uciekających z sali obserwatorów. To było największe rozczarowanie i jedno z najgorszych (obok odtwarzających wokale z playbacku The Knife) moich koncertowych doświadczeń w ogóle. Chcąc rozładować rozgoryczenie postanowiłem, wbrew wcześniejszym planom, pójść na Tuff City Kids. Wchodząc planowo na 21 do SonarDôme, gdzie tak jak w zeszłym roku swoją siedzibę miała Akademia Red Bulla, niespodziewanie zastałem jeszcze monotematyczne, jazzowo-rockowe trio Turków z Insanlar. Jak się okazało, posypał się organizatorom harmonogram tej miejscówki i na rozluźniajacą elektronikę Niemców trzeba było poczekać aż 20 minut. Niestety, deephousowy, pasujący bardziej do barcelonskiej Pachy live, jednostajnie wybijanym rytmem oraz prostotą umęczył strasznie, zamykając w sumie niezły pierwszy dzień lekkim niezadowoleniem.

 

Całe szczęście drugi dzień, za sprawą lokalnych artystów wystartował spektakularnie niczym podniebny dreamliner. Jeden z najdziwniejszych, ale jakże udanych lajwów zaliczył występujący wpierw w pełnym słońcu, a potem w rzadko spotykanych tutaj strugach rzęsisitego deszczu Ilia Mayer. Nietypowo, bo na przeznaczonej do dance'u, popu i house'u SonarVillage, Hiszpan swoim potężnym cmentarnym ambientem nawiązał do wbijającego w ziemię rewelacyjnego, debiutanckiego Vida Nocturna. Mnóstwo plam, zapaści, rozbudzających smyczkowyh wtrąceń, stworzyło niesamowicie przenikającą, cudownie depresyjną atmosferę, którą intensyfikowała wspomniana, północnoeuropejska, ponura pogoda. Podniosły klimat otwarcia fantastycznie rozwinął następnie, mający na kącie jedno LP pt. Humitats, Lloret Salvatge. Katalończyk, rozpoczął od noisowych pisków, przesterowań, dronów, z czasem całkowicie zanużając się w robiącym spore wrażenie sakralnym ambiencie. Kontrast drumów, szelestów oraz wciągające organkowe pętle wygenerowały w swojej subtelnej przestrzeni jeden z najgłośniejszych i najbardziej intensywnych na całym feście przekazów, z których najmocniej zapadła w pamięci część z "Tarda". Z wszechogarniającej, wzmagającej uwagę otchłani obu odkryć festiwalu, w dość beztroski sposób wybudzili, za sprawą lekkostrawnego projektu V.I.C.T.O.R., Golden Bug & Desilence. Trio nie wychodziło poza stylistykę techno/ idm, które z odtworzonymi z laptopa wokalami przywoływało na myśl, lekko podrasowany space wstawkami, debiut Moderata. Z minuty na minutę coraz to bardziej dyskotekowa forma zachęcała do tańczenia, co w sali z miejscami siedzącymi było niemożliwym do zrealizowania. Nie za wiele potańczyć również zdołali zebrani w Akademii Redbulla (co w przypadku tej kurateli brzmi karykaturalnie), przy okazji pojawienia się na deskach Sapphire Slows.  Japonka zaczęła obiecująco łącząc wrażliwą elektronikę z japońskim folklorem. Niestety. Po dwóch utworach, czyli około dziesięciu minutach, Azjatka ogłosiła, że jest zmuszona przerwać występ. Problemów technicznych nie udało sie usunąć przez następne – uwaga – dwadzieścia minut! Jak się potem dowiedziałem, zażenowana i niepocieszona wróciła ostatecznie na deski, lecz ja w międzyczasie, nie chcąc czekać w nieskonczoność, zmieniłem kontynent na Afrykę, dając szansę pochodzącemu z Etiopii Mikaelowi Seifu. Dość surowa, najciekawsza w spokojniejszych momentach gra, ocierała się o pomysłowe acidowo-abstrakcyjne, electroclashowe motywy. Czarnoskóry DJ okazał się kolejnym objawieniem dnia, na którego tle zaskakująco słabo wypadło z kolei duo Pulsinger & Irl. Plumkanie, delikatny bas, harmonijki, lekkie uderzenia obficie nawiązywały do dub electro. Za bardzo chilloutowe jak na wieczorną porę zagrywki wpadły finalnie w wir quasi berlińskego, loveparadowego techno, stanowiąc mało wyszukaną mieszankę stylów. Największą frekwencję pierwszych dwóch dni skoncentrował audiowizualny projekt The Nøtel duetu Kode9 - Lawrence Lek. Odegrano niemal w całości zawartość albumu Kode9 pt. Nothing, ale poza parą "Third Ear Transmission"/ "Zero Work" nie poczułem jakiejś specjalnej mocy. Ani w muzyce, ani w obrazie Lawrence'a Leka (przedstawiającym latającego po zamkniętych pomieszczeniach drona) nie było niczego nadzwyczajnego, a już na pewno w sile oddziaływania nie było czego porównywać z zeszłorocznym audiowizualnym, mistrzowskim pokazem autorstwa Lee Gamble i Dave Gaskartha.

 

Trzeci, najlepiej zapowiadający się dzień rozpoczął grający tylko dla około trzydziestu osób Malard. Cichy, ambientowy, pozbawiony basu live, podobnie jak wydarzenia otwierające wcześniejsze dni, sprawdził się doskonale. Serwowane częściami, kilkuminutowe plamy pulsującego, zawieszonego w otchłani dźwięku były jak przedłużenie snu, którego po wizycie na piątkowym Sónar by Night (o którym dwa zdania poniżej) trochę brakowało. Z pochodzenia Kolumbijczyk korzystając z gitary, co jakiś czas wytwarzał przesterowane fale odgłosów, które po trzydziestu minutach nabierały coraz to bardziej wyrazistszych i głośniejszych form. Następnym reprezentantem lokalnej sceny było trio bRUNA & Wooky + Alba G. Corral. Intensywny, energetyczny, audiowizualny pokaz zawierał wszystko to, z czego powinien składać się dobry live. Był wstęp, było rozwinięcie, był finał oraz zakończenie. Bardzo przekrojowy i poukładany miks ambientu, techno, abstractu, drum and base, zwłaszcza w perspektywie zbliżających się obchodów z okazji urodzin wytwórni Raster Noton, okazał się głębokim i poruszającym przeżyciem. W międzyczasie globalną ocenę Hiszpanów na Sónar 2016 mocno zaniżył niestety "pokaz", na który trafiłem o godzinie 14 w fotelowym SonarComplex. Kiedy wydawało mi się, że większego absurdu niż Gazelle Twin już nie zobaczę doznałem prawdziwego szoku. N.M.O., hiszpańskie duo rozpoczęło od wspólnego z innymi sześcioma osobami... joggingu. W ciemnościach, między rzędami siedzisk, performerzy podświetlani tylko lekkimi laserami zielonego swiatła, biegali robiąc, momentami trochę niebezpieczne w tych warunkach, sprinty. Po dziesięciu minutach, w rytm wybić żywego bębęnka oraz pisków, duo zaczęł robić pompki! Nie zabrakło wyskoków, power stepów oraz popularnych pajacyków. Bębenkowo-laptopowy drumming fitness okazał się kolejnym performansowym niewypałem festiwalu. Przyjemną odskocznię od otaczającej elektroniczno – joggingowo – deszczowej tego dnia rzeczywistości, stanowił około jazzowy BadBadNotGood. Najjaśniejszą postacią zespołu był jego nowy saksofonista Leland Whitty. Było sporo nowego, niewydanego jeszcze materiału (płyta IV ma ukazać się w lipcu). Obok wspomnianego saksofonu można było usłyszeć niezłe basowe solówki, różnorodną perskusję oraz fajnie dobrane klawisze. Szkoda, że każdy utwór był bogato komentowany przez zagadującego publiczność perkusistę Alexandra Sowinskiego. Z jazzowo-funkowego koncertu najlepiej wypadł "Confessions". Rozczarowała mnie informacja o tym, że zamiast Toxe wystąpi Sassy J. Nie było miejsca dla doskonałego Muscle Memory, a Szwajcarka nieszczęśliwie wpisała się w clubbingowo-housową miałkość, przedłużając w Akademii RedBulla serie mniej udanych, niż w ubiegłym roku, setów. W końcu nadeszła długo wyczekiwana godzina 17, zwiastująca początek obchodów 20-lecia wytwórni Raster Noton. W występie Alva Noto, który przygotował premierowy materiał, trudno było doszukać się klimatu, spokoju i subtelności, znanej choćby z wydanego w 2015 roku Xerrox Vol. 3. Można by rzec, że Niemiec zdublował nieco występ grającego później kolegi (chodzi o Byetone), serwując bardzo precyzyjny, agresywny, pełen czystych, mocnych podbić i szelestów, live. Trzeba przyznać, że mistrzowski w najnowszym spektaklu Alva Noto zmiażdżył. Było wprost fenomenalnie! Momentami hardcorowy, pełny niebagatelnej basowo-industrialnej, technicznej energii pokaz, podobnie jak Golden Bug & Desilence dzień wcześniej, lepiej pasowałby do SonarHall z przestrzenią do tańczenia, niż do miejscówki z siedzeniami, ale jeden z głównych bohaterów wieczoru zaskoczył zaprezentowaną treścią dosłownie wszystkich, łącznie z organizatorami. Oczarowany, szybko musiałem zebrać myśli gdyż zarządzający rozpiską zapodali dziwną, wywołującą prawdziwą migrenę, programową kraksę. Były trzy opcje. Pierwsza: dalej obchodzić urodziny Raster Noton i zostać na Cyclo. Druga: po świetnym Silver Cloak iść na Drippin. Trzecia, i tę wybrałem, to Oneohtrix Point Never. Skoncentrowane na jeszcze potężniejszym, momentami rozbudowanym w wersji live Garden Of Delete, duo przywołało na myśl moc generowaną w zeszłym roku przez Lee Gamble oraz Autechre. Brudniejszy, chwilami haczący o noise garażowe brzmienie live poprzez organkowe wtrącenia, dziksze (choć daleko Danielowi Lopatinowi do Prurienta), przetworzone wokale, ukształtował niesamowity, bardzo abstrakcyjny, narastający z każdą minutą nastrój. Siła rażenia wspaniałego "I Bite Through It" oraz obezwładniającego "Freaky Eyes" złożyła się na najwybitniejszy, obok wcześniejszych King Midas Sound + Fennesz, Ilia Mayer, Lloret Salvatge i Alva Noto, występ całego festiwalu, a już chwilę później do top piątki dołączył nieziemski, wspomniany już Byetone. Pomimo opóźnienia i kilkunastominutowych problemów z rzutnikiem było rewelacyjnie. Niemiec, podobnie jak Alva Noto, oparł swój live na drumach, ale w tym przypadku były one, w electroclashowym rozdźwięku po stokroć subtelniejsze, bardziej wciągające i bogatsze. Obfitość plam, szumów, oraz uderzeń utworzyło coś na wzór pola magnetycznego, bazującego na matematycznych, muskularnie narastających i powtarzających się kontrastach. Nowy, specjalnie przyszykowany na okazję urodzin Raster Noton materiał został okraszony niesamowitą dogrywką, w wyniku której finał dziennej edycji przewybornie zamknął potężny, przenikliwy, najgłośniejszy ze wszystkich "Black Peace".
 


Z części nocnej, czyli tzw. Sónar
by Night, do magicznego wspomnianego powyżej grona szybko dołączył niewiarygodny duet Hot Shotz, którego tworzą znani z solowych projektów Powell oraz Lorenzo Senni. Przed ogłoszeniem szczegółowej rozpiski godzinowej liczyłem, że zagrają za dnia w którejś z zamkniętych miejscówek, ale znajdujący się na otwartym powietrzu SonarLab świetnie dał radę. Perfekcyjne nagłośnienie idealnie nadało się do matematyczno-technicznej hardcorowej miazgi brytyjsko-włoskiego duetu. Surowy eksperyment łączący prymitywne techno z industrialnym impetem wywołał kosmiczny trans, w którym największe wrażenie zrobiła jego środkowa partia. Makabryczne piski oraz następująca po nich drumowa psychoza zabrzmiały nadzwyczajnie. Mam nadzieję, że dynamiczny i rozgniatający milionem uderzeń live zostanie utrwalony wkrótce na regularnym wydawnictwie. Sporo obiecywałem sobie po parze Helena Hauff b2b Ben Ufo. Niestety, Niemka zrezygnowała ze swoich najlepszych, wkręcających, bezkompromisowych, acidowych cech. Duo dostosowało się do niezbyt wymagającego ravu, panującego podczas nocnych setów. Dominowały harmonijne elementy zaczerpnięte ze stylistyki drum' n' bas, house, oraz pozbawionego głębi, urozmajceń i psychodelii, prostego techno. Na zbyt zlaną, dynamiczną ścianę dźwięku składało się parę około westbamowych wrzutów, mnóstwo - dużo za dużo - bitów oraz wiele organkowych wejść. Kompletnie zawiódł Intergalactic Gary. Liczyłem na więcej przestrzeni, "ciemności" oraz elektrowkrętek, a było schematycznie, radośnie i prostolinijnie (zlepek drumów, liczne powtórzenia, electropopowa estetyka). Słabe techno rodem z Love Parade, uzupełnione wstawkami r'n'b, elementami zaczerpniętymi z hinduizmu, połączone kiepskimi remiksami elektro- i synthpopowych utworów, a więc dużo melodii, basu i skocznego rytmu zaprezentował Noaipre. Kiedy na początku dyskotekowego występu Soichiego Terady z głośników wybuchło przebojowe "Rollin, rollin, rollin", a potem coś w klimacie "Rhythm is a Dancer", zwątpiłem. Red Axes postawił na siermiężny bas i tzw. jazdę bez trzymanki. Kerri Chandler równieź swoim setem pasowałby raczej do widowisk typu Ultra, ale i tak najmocniej zawiódł niestety, występujący od 3.30 nad ranem, Richie Hawtin. Nowe szoł, podobnie jak to ze środy, w porównaniu do zeszłorocznego z Primavery, wyszło najdelikatniej rzecz ujmując, słabo. Kolejny jednostajny, ibizowy dj set, bazujący na pozbawionej ducha przestrzeni, w swojej techhousowej, prostolinijnej dynamice, uzupełnionej melodyjnymi wstawkami zmęczył strasznie. W przeniesionej do nowej lokalizacji i nareszcie odseparowanej od reszty scenie SonarCar działo sie w tym roku niewiele. Zdołałem parę razy w trakcie siedmio godzinnego (!), w większości disco-deephousowego pokazu zajrzeć tam na Four Tet, ale kilka wejść po 3-4 minuty każde, nie wnosiło nic ożywczego do zamulającej całości. Wyjątkiem w dość słabym, nocnym zestawie, niespodziewanie okazał się występujący po raz drugi Kode9. Jego basowo-drumowy set miał tę ostrość, moc oraz dopełnienie, którego zabrakło podczas dziennej projekcji, wspomnianego The Nøtel. Z trwających w międzyczasie występów tzw. gwiazd w przypadku gorąco przyjętego, ale zaskakująco dyskotekowego na żywo Jean-Michael Jarre trafiłem na słabsze fragmenty jego najnowszego Electronica 2 The Heart Of Noise. Koncert Anohni mimo, iż wokalnie czysty jak na płycie, po dwóch, trzech kawałkach, zlewał się w monotonny i pozbawiony klimatu, spektakl (kaptur na głowie, zakryta twarz, przeniesienie podmiotowości na postacie wyświetlane na ekranie to niezbyt oryginalne i wyszukane zestawienie).

 

Tegoroczny Sónar Festival był festiwalem kontrastów - bardzo wyrazistych, niezapomnianych wzlotów oraz zaskakujących potknięć, które nie powinny przydarzyć się na tak renomowanej imprezie. Poza obchodami Raster Noton zawiodły eksperymentalne pokazy w siedzącym SonarComplex. Fatalnie wypadły napompowane berlińską, ale tą współczesną, bardzo łatwo przyswajalną manierą, dj sety. W paru przypadkach źle dobrano miejscówki, w wyniku czego prezentujący niszowy ambient grali na dużych placach, a cieszący się sporym zainteresowaniem performerzy generowali kilkudziesięciometrowe kolejki przed wejściem do sali. Zdecydowanie za dużo było problemów technicznych (wręcz kompromitujące sytuacje w Akademii Redbulla) oraz organizacyjnych niedociągnięć (cichy live Ilii Mayera przez dobre pięć minut przegapili stojący parę metrów obok, strojący estradowy gitarowy sprzęt i robiący próby mikrofonu technicy). A wzloty? Całe szczęście było ich więcej. Jeszcze lepiej niż w zeszłym roku, wyeksponowana programowo i akustycznie została najlepsza w tym roku SonarHall. Właśnie w tym miejscu skupili na sobie uwagę najbardziej naładowani energią, bardzo utalentowani przedstawiciele nowego pokolenia. Do tego wybitni King Midas Sound + Fennesz, Ilia Mayer, Lloret Salvatge, Alva Noto, Byetone, Oneohtrix Point Never, Hot Shotz pozwalają zapamiętać Sónar 2016 jako festiwal niewiarygodnie potężnego uderzenia i mocy. Za sprawą nieco mniejszej ilości osób, zwłaszcza w dziennej odsłonie, Sónar 2016 okazał się jeszcze przyjaźniejszym, jeszcze bardziej otwartym i skoncentrowanym na muzyce eventem. A co nowego dla barcelońskiej imprezy przyniesie nowo powstała festiwalowa koalicja We Are Europe przekonamy się pewnie dopiero za rok. 

[tekst: Dariusz Rybus]

[zdjęcia: Dariusz Rybus]

Cauto/ Dani Guijarro (aka Headbirds) [fot. Dariusz Rybus]
Strand [fot. Dariusz Rybus]
Nicola Cruz [fot. Dariusz Rybus]
Martin Messier [fot. Dariusz Rybus]
James Rhodes [fot. Dariusz Rybus]
Gazelle Twin [fot. Dariusz Rybus]
Tuff City Kids [fot. Dariusz Rybus]
Ilia Mayer [fot. Dariusz Rybus]
Golden Bug & Desilence [fot. Dariusz Rybus]
Lloret Salvatge [fot. Dariusz Rybus]
Sapphire Slows [fot. Dariusz Rybus]
Mikael Seifu [fot. Dariusz Rybus]
Malard [fot. Dariusz Rybus]
bRUNA & WOOKY + ALBA G. CORRAL [fot. Dariusz Rybus]
BadBadNotGood [fot. Dariusz Rybus]
Toxe [fot. Dariusz Rybus]
Alva Noto [fot. Dariusz Rybus]
Oneohtrix Point Never [fot. Dariusz Rybus]
Byetone [fot. Dariusz Rybus]