polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious

Primavera Sound 2016
Barcelona | 01-05.06.16

Tegoroczne, styczniowe ogłoszenie znakomitego programu Primavery wywołało ogromne poruszenie, toteż trudno się dziwić, że karnety wyprzedano w ciągu kilkunastu dni. Dużo ekscytacji, mnóstwo wrażeń, ale i również mały ból głowy związany z decyzją, kogo w tak bogatym gronie pominąć towarzyszyły chyba każdemu uczestnikowi, który przybył do Barcelony w pierwszym tygodniu czerwca na 16. edycję Primavera Sound Festival.

Dość niespodziewanie, bo bardzo wcześnie jak na eksperymentalną elektronikę, za to bardzo udanie, regularną część festiwalu zainaugurował Alessandro Cortini. Znany ze współpracy z Trentem Reznorem oraz z gry w Nine Inch Nails, Włoch z dużym rozmachem zaprezentował zawartość Live At Nuit Noire IX. Industrialno-ambientowy przekaz wypełniały głośne plamy basu, piski oraz klawiszowe przesterowania. Z równej całości najefektowniej wypadł, przypominający pracę kilkudziesięciu budowlanych spawarek, noisowo-basowy finał. Idealnie dopasowany zarówno do organkowych partii, jak i do dość abstrakcyjnych wizualizacji pokaz okazał się świetnym reseterem przed nadchodzącymi muzycznymi doznaniami. Występujący zaraz po nim James Hunter Six otworzył popołudniową luźną, tym razem free stylową odsłonę imprezy, w której dominował fusion, jazz, funk, blues oraz swing. Hunter narzekał nieco na zbyt krótki czas, jakim było programowe 60 minut, więc muzycy od razu przeszli do działania, grając w pierwszych 25 minutach aż siedem utworów. Z sześcioosobowego bandu największe wrażenie, obok niesamowitego głosu wokalisty, robili tryskający porażającą energią saksofoniści. Najśmielsze oczekiwania organizatorów co do wielkości frekwencji, a moje co do siły oddziaływania, przerósł popis Kamasi Washingtona. Tylu ludzi w Auditori, sali z miejscami siedzącymi nie było nawet podczas zeszłorocznego Swans. Dziesięciominutowa obsuwa nie miała wpływu na to, że koncert rozpoczynający się od wybuchającego otwarcia płyty The Epic był po prostu olśniewający. Cudowne, przebijające się z drugiego planu wokale Patrice Quinn, ciągłe zmiany tempa, „walka” o liderowanie każdego z instrumentalistów, trąbkowe oraz perkusyjne solówki, wspaniałe nagłośnienie przejdą do historii, nie tylko jako jedne z najlepszych tej edycji, ale i całej bogatej w wydarzenia historii sali Auditori. Kiedy ensemble Washngtona w finale zaczęło solo na dwie perkusje, podobnie jak cała publika, oniemiałem. Nie zawiódł, kontynuujący tematykę chilloutu Floating Points. Pozycje z wydawnictwa Elaenia były dynamiczniejsze, wyrazistsze, zwłaszcza w rozbudowanych fragmentach, mocniejsze. Nie zabrakło miejsca na nowości i improwizacje, z których wyróżniały się partie prowadzącego basu. Trochę żałuję, że do powyższej trójki nie zdecydowałem się dokooptować, kosztem Daughter, Beak>. Wspomnienie jakże poruszającego, skromnego koncertu z przed trzech lat oraz ciekawość, którą z dróg po wydaniu Not to Disappear obierze trio w składzie z Eleną Tonrą wzięła górę. Niestety. Daughter postawił na miałkość („Numbers”, „Doing the Right Thing”), ckliwość („Alone with You) i cukierkowatość („Human”). Poza obiecującym rozpoczęciem w postaci „How”, „Tomorrow” i najlepszym „No Care” było smętnie i bez wyrazu. Co więcej, zespół rozbudował kilka kompozycji tak by można było powtórzyć najchwytliwsze partie. Co z tego, że Elena Tonra zaśpiewała bezbłędnie, skoro emocjonalną i duchową nieobecność wytłumaczyła – i tu uwaga - „brakiem festiwalowego obycia”. Całość pozbawiona klimatu wypadła nadzwyczaj tandetnie. Całe szczęście następnym do obejrzenia w kolejności był nieziemski Protomartyr. Obok mnie wstawiła się garstka ledwie kilkuset osób, co jak na scenę Pitchfork trochę zaskoczyło. Niedocenianie Amerykanów na różnego rodzaju festiwalach i umieszczanie ich gdzieś na uboczu godzinowej rozpiski tylko mnie cieszy, tym bardziej, że nie miało ono żadnego, negatywnego przełożenia na niezwykłą energię jaką emanują muzycy. Było potężnie. Otwierający „Maidenhead”, jeszcze mocniejsze na żywo „Cowards Starve” oraz „Want Remover” zmiażdżyły. Gdyby nie nagłośnieniowa, basowa wpadka przy „Scum, Rise!” (Scott Davidson zniknął na jakieś 5 minut, czasami jego bas wychodził niepotrzebnie przed szereg) ten koncert byłby lepszy od tego z Off Festival 2014. Widoczne różnice jakości między wspomnianą, nie zawsze optymalnie przygotowaną sceną Pitchfork, od razu skontrastowała nieskazitelna moc sceny Primavera i huk Thee Oh Sees. Rażenie potężnego brzmienia generowanego z dwóch perkusji oraz cudownie współbrzmiącego z nią basu dosłownie rozszywało ciało. Tłum oszalał. Koncert był bardzo głośny, a zespół perfekcyjnie zgrany. Przyznam, że nie spodziewałem się aż takiego garażowo-matematycznego noise uderzenia ze strony Amerykanów. Genialnie wyszły zwłaszcza „I Come From the Mountain”, „Sticky Hulks”, a nade wszystko „Withered Hand”. Poziom psychodelii i siły, ale już w zupełnie innym gatunku podtrzymał w swoim secie Powell. Czyste techno łączone z elementami electro, licznym piskami oraz przesterowaniami tworzyło ciekawe, nachodzące na siebie warstwy. Organizatorzy postanowili w tym roku poszerzyć teren festiwalu o znajdujący się jakieś 400 metrów od sceny Primavera obszar wielkości 7000m2. W Beach Club, bo tak nazwano tę żyjącą swoim elektronicznym życiem miejscówkę, codziennie już od godziny 12 w południe odwiedzali przeróżni didżeje, a zamknięcie pierwszego, historycznego dnia uświetniła Helena Hauff. Grająca już nad ranem, bo o 3.30, Niemka totalnie oczarowała i zmiotła swoim surowym, siermiężnym, tech-housowym, bardzo intensywnym setem. Acidowo industrialne motywy kapitalnie wpasowały się w gusta roztańczonego i wypełniającego cały namiot tłumu.

 

Drugi dzień, co już jest tradycją, rozpocząłem wizytą w Auditori. Tym razem jednak wyjątkowo spotkało mnie rozczarowanie. Na ekranie wyświetlano fragmenty politycznych filmów propagandowych oraz wycinki z najbrutalniejszych wiadomości telewizyjnych świata. Wizualny pokaz miał wzmacniać siłę agresywnego, industrialnego przekazu Cabaret Voltaire. Całość wypadła jednak dość banalnie, niczym soundtrack do kolejnej odsłony katastroficznej serii z cyklu Mad Max. Jehnny Beth, wokalistka Savages, od razu przypomniała o nieudanym występie z przed trzech lat. Przeprosiła i obiecała z nawiązką się zrehabilitować. Rzeczywiście. Było wybornie. Trochę szkoda, że świeciło jeszcze słońce. Tak muzycznie (genialny zwłaszcza niszczycielski bas), jak i wokalnie wyszło wspaniale. Beth przeszła samą siebie. Kilka razy niczym Greg Puciato z Dillinger Escape Plan lądowała w tłumie. Dość zabawna, choć w sumie ryzykowna sytuacja miała miejsce przy „Hit Me”. Będąca w scenicznym amoku wokalistka rzuciła się w rozjuszony tłum, nakazując mężczyznom by „mocno chwycili ją za kolana”. Ochroniarze wprost zdębieli. Wygimnastykowana, szczupła wokalistka zanurzona w publice kilka metrów od barierek ochronnych odśpiewała perfekcyjnie pół utworu, prowokacyjnie kołysząc się raz w jedną, raz drugą stronę. Z nowego krążka najlepsze były „Surrender”, „T.I.W.Y.G.” oraz „The Answer”. Aż żal, że kwartet zagrał tylko programowo zaplanowane 50 minut. Prezentowanie w stadionowych warunkach najnowszej, cichej płyty A Moon Shaped Pool przez Radiohead było pomysłem delikatnie mówiąc nietrafionym, i z góry skazanym na porażkę. Pozbawiony energii, rozbudowany w wersji live „Burn the Witch”, zbyt cichy i zagłuszony przez zbyt blisko ustawione namioty i stoiska z alkoholem „Daydreaming”. Przegadany przez skandalicznie zachowującą się, robiącą sobie fotki i niewiarygodnie gaworzącą publiczność „Desert Island Disk”. W odbiorze albumu, z którego jako jedyny pozytywnie zaprezentował się tylko potężnie wybuchający „Ful Stop”, nie pomógł również sam zespół przeplatający najnowsze, wymagające skupienia pozycje, odkurzonymi po prawie 10 latach, kiczowatymi hiciorami typu „No Surprises” czy „Karma Police”. Rozpalono zapalniczki, zaczął się szloch, chóralne śpiewy. Był to najgorszy Radiohead jaki widziałem w życiu, a obok tych mniejszych koncertów, widziałem Brytyjczyków m. in. na prawie dwa razy większym placu podczas Optimus Alive Festival 2012 w Lizbonie i tamten koncert był po sto kroć lepszy od tego w Barcelonie, w czym ogromna zasługa skupionej wtedy tylko na muzyce publiczności. Następnego dnia krążyły żarty i drwiny na temat zamykającego bis „Creep”. Jego banalność całe szczęście mnie ominęła, gdyż po nieco ponad godzinie, mając dość festynowego klimatu, przeniosłem się na Shellac. Amerykanie znowu pozytywnie zaskoczyli, rozbudowując i wzmacniając niektóre, znane z corocznych koncertów utwory. Highlighty wieczoru to „Black Ass”, „Prayer to God” oraz „Squirrel Song”. Trochę szkoda, że w tym roku występy na małej scenie Adidas trwały niemal równolegle z tymi na sąsiedniej, większej Pitchfork, bo momentami, a najbardziej właśnie na Shellac, odczuwalny był konflikt wytwarzanego w obu miejscach naraz hałasu. Po ogłoszeniu szczegółowego terminarza zachodziłem w głowę dlaczego Holly Herndon zamiast w Auditori, usadowiono w najmniej skupionym i najbardziej „rozlazłym”, wspomnianym przed chwilą Pitchforku. Odpowiedź szybko wygenerowała sama artystka. Duszny, niewiarygodnie techniczny, jednowymiarowy performans z dużą ilością basu, poza „Interference”, nie miał nic wspólnego z dotychczasową dyskografią Amerykanki. Trójka muzyków skupiła się na kreowaniu atmosfery poprzez uderzenia oraz eksperymenty wokalne. Schematyczne, pozbawione intymności oraz psychodelii radosne show w niczym nie przypominało znakomitego, podniosłego występu z zeszłorocznego Sonar Festival, stając się tym samym, obok Radiohead, największym rozczarowaniem całej tegorocznej edycji. Dodając do tego tandetny live Kiasmos, którego nowe propozycje w stylu berlińskiego minimala (ale tego z bogatych dyskotek, nie zaś tego z podziemia) nudzą potwornie, piątek był najgorszym i najmniej udanym ze wszystkich trzech dni imprezy.

 

Trzeci dzień niespodziewanie, bo nad wyraz spokojnie, rozpoczął Boredoms. Do rozciągniętych na linii pulsującego basu tybetańskich przyśpiewek oraz mniejszych, porozkładanych na całej scenie instrumentów, dopiero od 10 minuty włączyła się perkusja. Zaczęły się fantastyczne plątaniny, dysonanse, zmiany tempa. Każda kolejna pozycja rozwijała wcześniej poruszane wątki. Nie zabrakło efektownych eksplozji. Trochę szkoda, że multiinstrumentalny, bardzo wciągający, noisowy trans oparty na jazzowo matematycznej grze perkusji i psychodelicznych krzykach wokalisty trwał tak krótko. Do pełni szczęścia zabrakło przysłowiowej kropki nad „i”, a więc rozgniatającego finału. Niestety z powodu kolizji programowej nie udało mi się zobaczyć kolidujących z Boredoms, zaproszonych pod kuratelą David Tibet & Current 93 Six Organs of Admittance. Również pod wspomnianą kuratelą wystąpił, i tu uwaga - w sali Auditori, obłędny, speedmetalowy Angel Witch. W miejscu przeznaczonym zwykle dla jazzu i muzyki poważnej, Anglicy odegrali prawie w całości swój debiutancki album z 1980 roku (mordercze „Sorcerers”, „Gorgon” oraz uzupełniający setlistę „Dead Sea Scrolls”). Mistrzowskie solówki oraz świetna dyspozycja wokalna Kevina Heybourne'a wbijały z olbrzymią mocą w fotel. Garstka zaledwie 200 osób oszalała przy finałowym „Angel Witch”. Może warto przy tej okazji pomyśleć nad powrotem w oryginalnym składzie Sepultury, która mogłaby w tych warunkach odtworzyć Beneath The Remains lub Arise? Current 93 i jego 8-osobowe ensemble zagrali najlepszy, a już na pewno najbardziej spektakularny koncert ze wszystkich w tym roku. Mistycyzm. Prawie w całości odegrano wspaniały I Am the Last of All the Field That Fell A Channel. Hipnotyzujący wokal, sceniczna otoczka, gestykulacje, zaangażowanie chodzącego na boso, co jakiś czas klękającego lub zwiniętego w kłębek Davida Tibeta potęgowały autentyczność i moc przekazu. W odbiorze rewelacyjnego bandu największy udział miały o wiele twardsza i luźniejsza na żywo perkusja oraz głośniejsze niż na płycie, prowadzące pianino. Niepowtarzalną atmosferę wzmacniał kontrast delikatnego, uzupełniającego wokalu Bobbie Watson oraz przeszywającego go na wylot basu. Z półtoragodzinnego, wizjonersko-poetyckiego katharsis zapadły w pamięć zwłaszcza żywiołowe „The Invisible Church”, „Kings and Things”, „The Heart Full of Eyes” oraz dogrywkowe „Imperium II”, „Black Ships Ate the Sky” oraz „Lucifer Over London”. Przyznam, że nie spodziewałem się aż takiej energii i siły przekazu (głośniejsze momenty z drugim stanowiskiem bębniarza przywoływały intensywność Swans). To był jedna z tych chwil kiedy czas staje w miejscu, a skupienie i przeżywane emocje otwierają drzwi do głęboko skrytej podświadomości. Przez piętnastominutową dogrywkę Current 93 z opóźnieniem dotarłem na Drive Like Jehu. Wybitna forma wokalisty Ricka Froberga, jak i całego zespołu podtrzymała, znakomitą tego wieczoru, passę koncertów. Idealna pora, było chwilę po 22, świetnie oddała klimat amerykańskiego kwartetu, a symbolem ich posthardocorowo-noisowej mocy było pierwszy raz zaobserwowane zjawisko crowdsurfingu. Dominowały utwory z Yank Crime. Najlepsze były „Here Come the Rome Plows” oraz finałowy „Luau”. Wszechpotężna tego dnia moc niosąca się z głośników zaprowadziła mnie następnie na Venom, który jako jeden z nielicznych nie musiał zwalczać ewentualnego gwaru niosącego się z większych estrad. Amerykanie zagrali przekrojowy set od rzeczy starszych po najnowsze z From The Very Depths. Polała się krew. Muzyka z takimi tytułami jak „The Death of Rock 'n' Roll”, „Hammerhead” czy „Warhead” z miejsca przywołała na myśl live Slayera. Jednak porównując wokale, Tom Araya wypada o wiele słabiej od będącego w rewelacyjnej dyspozycji Cronosa Conrada Thomasa Lanta. Muszę przyznać, że Brytyjczycy przesadzający czasami na płytach z rockandrollowymi wstawkami, na żywo prezentują się poważnie i bezkompromisowo. Z przyczyn technicznych z prawie dziesięciominutowym opóźnieniem wystartował Unsane. Gdy już zaczęli trzeba było się ewakuować z terenu pod barierkami. Jednak nie z powodu ścisku czy towarzyszącemu przez te kilka godzin pod sceną Adidas pogo. Dlaczego ktoś grając o 1-2 w nocy życzy sobie mieć skierowane w tłum, białe jebutne po oczach światła, które co jakiś czas zmieniają się w żarówiastożółte, nie pojmę chyba nigdy. A już na pewno pojąć się nie da dlaczego posthardcorowe trio z tzw. wygarem, przez dwadzieścia minut brzmiało stłumione jak skopiowana dziesiąty raz kaseta magnetofonowa. Koncert ruszył z buta w połowie, po odegraniu „Against the Grain”, w czym największa zasługa mistrzowskich, robiących na żywo ogromne wrażenie wokali Chrisa Spencera. Myślałem, ze po Drive Like Jehu większej siły wokalnej nie usłyszę, a jednak, myliłem się. Z nagrania kontynuacji niezapomnianego Songs for The Deaf, wyręczyli Queens of The Stone Age, płytą Emotional Mugger Ty Segall and The Muggers. Niestety, kolizja programowa nie pozwoliła mi zostać na całym ich koncercie, ale usłyszeć zwłaszcza „Emotional Mugger - Leopard Priestess” było fajnie. Punkowe formy, utrzymane w rapcorowej estetyce, siła przekazu (z przymknięciem oka na warstwę tekstową), zachowanie i ruchy niewerbalne jednego z wokalistów podobne do Zacka De La Rochy oraz autentyczność i bezkompromisowość Ho99o9, przeniosła mnie na chwilę w czasie, bo prawie o 20 lat wstecz, kiedy miałem okazję widzieć Rage Against The Machine. Szkoda, że Amerykanie korzystają tylko z żywej perkusji. Gdyby były jeszcze gitara i bas, byłoby jeszcze brutalniej i agresywniej. Tej nocy najlepiej wypadła zawartość ostatniego tejpa Dead Bodies In The Lake. Ekspresyjność krótkich treści serwowanych przez Beastie Boys z czasów Some Old Bullshit plus wściekłość Body Count równa się mieszanka doskonała. Z tria najmocniej uwagę przykuwał (i to pomimo braku dosłownie żadnych crowdsurfingowych zahamowań u wokalistów), genialny, nie będący oficjalnym członkiem zespołu, perkusista Ian Longwell. Maestria jaką zaprezentował, podkładając uderzenia perkusji pod te z automatu, a przede wszystkim jego kilkuminutowa solówka, wprowadziły mnie w ekstazyjną konsternację. Ten hardcorowo-punk-rap-jazzowy fusion majstersztyk stał się symbolem, tego dość wyjątkowego jak na Primaverę, zestawu ekstremy, którą w międzyczasie, punkt o północy uzupełniło mi RSS Boys. Wybrałem ich zamiast obiecującej, po debiutanckim Phantom Delia, Leny Willikens. Przez pierwsze dwadzieścia pięć minut, na showcase' owej scenie Nightpro, Polacy zaserwowali dość makabryczne i ciężkostrawne robot techno. Drumowe zawieszki z setkami wkrętek i pisków przerodziły się w prawdziwą abstract techno ucztę dopiero w ostatnim kwadransie. Wtedy to set Polaków nabrał więcej przestrzeni, psychodelii, czyniąc go mniej przewidywalnym, bardziej różnorodnym i energetycznym (najciekawsza partia między 33 a 38 minutą).

 

Tegoroczna Primavera zostanie zapamiętana jako jedna z najlepszych w historii. O wysokim poziomie artystycznym niech świadczy fakt, że pomimo wielkich chęci, z powodu programowych kolizji oprócz wspomnianych powyżej Beak> oraz Six Organs of Admittance musiałem zrezygnować także z koncertów m.in. Autolux, Dinosaur Jr., Mudhoney, Neil Michael Hagerty & The Howling Hex, PJ Harvey, Psychic TV/ PTV3 oraz Klavikon. Obok wysokiego, corocznego poziomu programu Auditori, potężnie w tym roku prezentowały się pozostałe miejscówki Primavera, Adidas, Beach Club, a nawet Pitchfork. Umiejętnie wymieszano potrzeby poszczególnych grup odbiorców, przez co pomimo wyprzedanych wszystkich wejściówek, nie było większych korków czy kolejek pod poszczególnymi scenami. Wciąż wiele do życzenia pozostawia klimat wokół dwóch największych scen, cierpiących na nadmiar gapowiczów oraz udzielających się towarzysko, nie zawsze odpowiednio potrafiących się zachować, tzw. „festiwalowych bywalców”. Ale taka już natura takich imprez – zakaz używania smartfonów, aparatów, internetu czy wywieszenie znaku „silence please” w czasie trwania koncertów nie wchodzi przecież w rachubę. Fajnie, że organizatorzy nie boją się eksperymentować i że coraz odważniej przesuwają ciężar gatunkowy, rezygnując z kapel spod znaku miałkiego indie, w zamian zapraszając te grające ciężej i psychodelicznie. 16. edycja okazała się jeszcze lepsza od jubileuszowej 15. Patrząc na krzywą wznoszącą poziomu Primavery pozostaje cierpliwie wypatrywać składu następnej, tej z numerem 17.

[tekst: Dariusz Rybus]

[zdjęcia: Dariusz Rybus, Xarlene, Eric Pamies, Dani Canto]

Boredoms (fot. 1 Xarlene) [fot. (fot. Xarlene)]
Boredoms [fot. (fot. Xarlene)]
Boredoms [fot. (fot. Xarlene)]
Boredoms [fot. (fot. Xarlene)]
Daughter [fot. (fot. Eric Pamies)]
Daughter [fot. (fot. Eric Pamies)]
Daughter [fot. (fot. Eric Pamies)]
Drive Like Jehu [fot. (fot. Xarlene)]
Drive Like Jehu [fot. (fot. Xarlene)]
Floating Pionts [fot. (fot. Xarlene)]
Floating Pionts [fot. (fot. Xarlene)]
Floating Points [fot. (fot. Xarlene)]
Floating Pionts [fot. (fot. Xarlene)]
Kamasi Washington [fot. (fot. Santiago Periel)]
Kamasi Washington [fot. (fot. Santiago Periel)]
Kamasi Washington [fot. (fot. Santiago Periel)]
Kamasi Washington [fot. (fot. Santiago Periel)]
Kamasi Washington [fot. (fot. Santiago Periel)]
Radiohead [fot. (fot. Eric Pamies)]
Radiohead [fot. (fot. Eric Pamies)]
Radiohead [fot. (fot. Eric Pamies)]
SAVAGES [fot. (fot. Eric Pamies)]
Savages [fot. (fot. Eric Pamies)]
Savages [fot. (fot. Eric Pamies)]
Savages [fot. (fot. Eric Pamies)]
Savages [fot. (fot. Eric Pamies)]
Savages [fot. (fot. Eric Pamies)]
Shellac [fot. (fot. Dani Canto)]
Shellac [fot. (fot. Dani Canto)]
Shellac [fot. (fot. Dani Canto)]
Helena Hauff [fot. (fot. Dariusz Rybus)]
Alessandro Cortini [fot. (fot. Dariusz Rybus)]