polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious

Spring Break 2016
Poznań | 21-23.04.16

Na Spring Break miałem okazję być po raz pierwszy i podobnie jak na Tallin Music Week, innym showcase w którym już uczestniczyłem, najbardziej podoba mi się w nim jego miejski charakter. A więc raczej kameralne koncerty, stosunkowo mało znane zespoły i spacerowanie po mieście w celu odkrywania kolejnych scen i muzyki.

Nie będę ukrywać, że muzycznych odkryć, zespołów, które mnie zachwyciły, na tej edycji było mało. Może stało się tak z powodu tego, że program imprezy jest wypełniony po brzegi i z powodu jego rozpętości czasowej i lokalizacyjnej, zaledwie kilka koncertów (jeśli chce się je zobaczyć w całości) można wysłuchać podczas jednego wieczora.

Tych, które w pamięci zapadną mi najdłużej były trzy. Przede wszystkim fantastyczny koncert Poznaniaków z Martim Monitz, którzy przywołali starą szkołę polskiego gitarowego grania (sami debiutantami z resztą nie są). Trochę inaczej niż na albumie, bardziej transowo, niezwykle mięsiście i przestrzennie. Bez mizdrzenia się i szukania oryginalności, za to konkretnie i z werwą. Brawo.

Drugi koncert to połączenie sił przedstawicieli U Know Me Records – Teielte i Sobury. Jako Sotei stworzyli gęsty mix żywych perkusjonaliów i elektroniki. Obaj twórcy prezentują niezwykle świeże i nowatorskie podejście do muzyki, więc ich bardzo ukierunkowany na rytmikę koncert zabrzmiał fantastycznie i bardzo sugestywnie. Czekam na płytę.

Zaskoczeniem okazała się Reni Jusis w Blue Note, zwłaszcza z perspektywy muzyki o której piszemy w Popup. Sęk w tym, że artystka, do tej pory znana z hitów pokroju „Zakręcona” czy „Nigdy Ciebie nie zapomnę” zrobiła coś, co przed dwoma laty poczyniła Neneh Cherry, nagrywając album z Rocketnumbernine. Podobnie jak Szwedka Reni niemalże odcięła się od swojej starszej twórczości, na scenę zaprosiła dwóch młodych muzyków – Stendka, który jej płytę wyprodukował oraz Jacka Prościńskiego, który na akustycznej i elektronicznej perkusji sprawdza się rewelacyjnie. Efektem jest muzyka elektroniczna, pulsująca, pełna syntezatorowych brzmień i połamanej rytmiki, żywa a jednocześnie organiczna. Doskonały koncert, który w połączeniu z kostiumami i wizualizacjami pokazał, że można stworzyć całą koncepcję na to jak zaprezentować się na żywo.

Reni Jusis tym sposobem wypadła o niebo lepiej niż zaplanowana na ten sam wieczór imprezy jako gwiazda Brodka. Opóźniony koncert, podobnie jak singiel zapowiadający płytę, zabrzmiał mdło i przewidywalnie, tak jak wiele zespołów grających wzdłuż i wszerz całego kontynentu. Szkoda, bo poprzednia jej płyta „Granda” miała to coś, pierwiastek lokalny i przebojowy, czerpiący z tradycji i współczesności, co na dodatek fantastycznie udało się przekazać na żywo. Tymczasem materiał z „Clashes” brzmi tak jakbyśmy gdzieś już to kiedyś słyszeli. Ciężko wierzyć, że to ma być nasza zagraniczna reprezentacja. I czy rozbudowany skład, jak głosiły zapowiedzi koncertu, w 2016 roku nadal musi znaczyć powiększenie zespołu o dęciaki i instrumenty smyczkowe? Ileż taki schemat można wałkować?

Duża scena na Placu Wolności była najmniej odkrywczym punktem festiwalu, chociaż dobrze podkreśliła, że mamy w Polsce artystów, którzy zagosppodarowują przestrzeń środka, pomiędzy undergroundem a starymi wyjadaczami spod znaku Inwacji Mocy, obstawiającymi wszystkie plenerowe imprezy. Dobrze więc, że tacy wykonawcy jak Dawida Podsiadło i Taco Hemingway wypełniają tę przestrzeń, nawet jeśli muzycznie niekoniecznie trafiają w moje gusta.

Formę potwierdziły zespoły o ugruntowanych już pozycjach. Wśród tych o największym dorobku byli Jazzombie czyli połączenie sił Lao Che i Pink Freud – fajny koncert ze zróżnicowanym i wielowątkowym brzmieniem, chociaż nieco przewidywalny. Bardzo dobrze wypadł nowy materiał duetu Rebeka, który na scenie jest w swoim żywiole. Utwory z nowej płyty, bardziej mroczne i transowe, na żywo zyskują klubowy posmak i rozbudowaną formę. Zespół w ciągu godzinnego koncertu zagrał ich chyba z dziewięć – rezygnacja z piosenkowego charakteru utworów okazała się pomysłem na plus.

Headlinerem sceny w Zamku była też Stara Rzeka – projekt Kuby Ziołka, którego niżej podpisany widział już sporo razy. Nie obyło się jednak bez zaskoczeń – poza kilkoma akustycznymi utworami i dronowo-gitarowymi pasażami, muzyk zaserwował swoje fascynacje bitami, ujawnianymi wcześniej chociażby w T’ien Lai.

Proste ale sugestywne i trafne granie zagrali The Stubs, chociaż zcena Scena na Piętrze nie była dla ich muzyki najlepszym miejscem. Dobrze wypadł również Coldair – jego nowa płyta jest dosyć mdła, ale na scenie zyskała życie i werwę, także dzięki perkusji wspomnianego już Jacka Prościńskiego (który zagrał podczas festiwalu jeszcze z Sarcast, być może więc zagrał najwięcej koncertów na festiwalu).

Oazą gitarowego grania okazał się klub Pod Minogą. Poza wspomnianym Martim Monitz rewelacyjnie wypadli tam hardcore’owcy z Brooks Was Here. Przejmujący i głośny koncert, bezlitośnie stojący na uboczu muzyki grzecznej i spokojnej. Ale też zaangażowany – wokalista jako jedyny zdecydował się na społecznie zaangażowaną wypowiedź. Fajnie pamiętać, że muzyka może czemuś służyć. Domknięciem był bardzo dobry koncert [peru] – porywczy a jednocześnie potężny, co mała sala klubu ledwo udźwignęła. Ale ten zestaw świetnie pokazał, że to ciężkie gitarowe podziemie ma w Polsce mocną reprezentację.

Z koncertów w nietypowych lokalizacjach dobrze wspominam drewnofromlas, którzy we wczesnych godzinach popołudniowych zagrali na autobusie Red Bulla na dziedzińcu zamkowym. W oknie przy rynku zagrali Gorzowianie z zespołu Żółte Kalendarze, chociaż ich materiał stracił sporo na lokalizacji. Ucierpiało na tym brzmienie i charakter muzyki, stąd może na przyszłość lepiej dopierać artystów do poszczególnych scen.

Z muzycznych nowinek ciekawie wypadł Sarcast – hiphopowo-elektroniczny skład, który na żywo po raz pierwszy zaprezentował się w rozbudowanym składzie. Widać, że chłopaków rozpiera energia i sceniczne obycie mają w małym palcu, a żywe perkusjonalnia i bas, uzupełniony klawiszami, dobrze ten wizerunek uzupełniają. Zielonogórska Niemoc zagrała koncert chłodny, pazujący na repetycjach i post-punkowym nastroju co zadziałało dobrze i pokazało, że materiał z płyty ma sens w odsłonie koncertowej. Natomiast młode i sympatyczne dziewczyny z Lor postawiły na koncert całkowicie akustyczny, wykorzystując skrzypce, fortepian, cymbałki i śpiew. Bardzo nieśmiały występ, ale sugestywny bo prosty i szczery. Ciekaw jestem dalszych efektów.

Spring Break ma coś, czego brakuje na Off Festivalu – odwagę do zapraszania zespołów całkowicie nieznanych, będących swego rodzaju „kotami w worku”. Z jednej strony nie jest to ryzyko tak wielkie, bo kapele nie grają tu za zwyczajowe festiwalowe stawki, z drugiej strony pojawia się możliwość zobaczenia w jednym miejscu wielu składów i debiutów, które do tej pory grały jedynie we własnym mieście. 

Być może ciekawym pomysłem byłoby jeszcze konkretniejsze sprofilowanie poszczególnych scen – Pod Minogą pełnił taką rolę dla hardcore i nowej fali, a projekt Lab dla muzyki klubowej i elektronicznej. Nie ma co zżymać się, że przed niektórymi koncertami ciągnęły się tak wielkie kolejki – taka domena festiwalu miejskiego, że do klubu na 100 albo i 200 osób więcej nie wejdzie. Kto chciał znaleźć się w środku, musiał przyjść wcześniej. Owszem – rezygnując z jednego koncertu na rzecz innego. 

Szukam tropów, którymi kierują się organizatorzy w wyborze – poza sceną „gwiazd’ dominowały bowiem zespoły gitarowe i elektroniczne (by nie powiedzieć „synth-popowe” z czego żartował wokalista Martim Monitz). Zabrakło natomiast reprezentantów muzyki eksperymentalnej czy jazzu, a przecież w tych gatunkach dobrych nazw nad Wisłą nie brakuje.

Podobne odczucia miałem w stosunku do gości zaproszonych na panele – byli przedstawiciele ZPAV, Instytut Adam Mickiewicza czy osoby z Kayax lub Warner Music. Ale całkowicie zabrakło osób z niezależnych wytwórni, a to przecież one przezywają rozkwit i kształtują polski underground. Warto je wesprzeć i zaprosić bo to artyści wydawani przez Monotype, Mik Musik czy Instant Classic świecą triumfy na całym świecie, znajdując się w podsumowaniach roku w zagranicznych labelach. Mogliby o tym opowiadać na panelach, chociaż przecież nie planują działań strategicznych tylko dobrze robią swoje.

Organizatorzy Spring Break też robią swoje i wychodzi im to bardzo dobrze - to w Polsce bardzo potrzebna impreza, oby sukcesywnie się rozwijała.

[zdjęcia: Jakub Knera]

Martim Monitz [fot. Jakub Knera]
Martim Monitz [fot. Jakub Knera]
Martim Monitz [fot. Jakub Knera]
SOTEI [fot. Jakub Knera]
SOTEI [fot. Jakub Knera]
SOTEI [fot. Jakub Knera]
Reni Jusis [fot. Jakub Knera]
Reni Jusis [fot. Jakub Knera]
Reni Jusis [fot. Jakub Knera]
Reni Jusis [fot. Jakub Knera]
Reni Jusis [fot. Jakub Knera]
Stara Rzeka [fot. Jakub Knera]
Stara Rzeka [fot. Jakub Knera]
Rebeka [fot. Jakub Knera]
Rebeka [fot. Jakub Knera]
Rebeka [fot. Jakub Knera]
Jazzombie [fot. Jakub Knera]
Jazzombie [fot. Jakub Knera]
Jazzombie [fot. Jakub Knera]
Jazzombie [fot. Jakub Knera]
Jazzombie [fot. Jakub Knera]
Coldair [fot. Jakub Knera]
Coldair [fot. Jakub Knera]
[peru] [fot. Jakub Knera]
[peru] [fot. Jakub Knera]
[peru] [fot. Jakub Knera]
Brooks Was Here [fot. Jakub Knera]
Brooks Was Here [fot. Jakub Knera]
The Stubs [fot. Jakub Knera]
The Stubs [fot. Jakub Knera]
The Stubs [fot. Jakub Knera]
Lor [fot. Jakub Knera]
Lor [fot. Jakub Knera]
Lor [fot. Jakub Knera]
Sarcast [fot. Jakub Knera]
Sarcast [fot. Jakub Knera]
drewnofromlas [fot. Jakub Knera]
Niemoc [fot. Jakub Knera]
Żółte Kalendarze [fot. Jakub Knera]
Brodka [fot. Jakub Knera]