polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Król wywiad

Król
wywiad

Chociaż na scenie muzycznej już wcześniej, dopiero pierwszą płytą w UL/KR wydaną w 2012 roku Błażej Król pokazał talent do tworzenia współcześnie brzmiących piosenek opisujących rzeczywistość. Na kolejnych albumach, a w końcu na solowych wydawnictwach, zawężał tematykę swoich opowieści. Jednocześnie poszerzał paletę wykorzystywanych środków, zaskakując elektronicznymi zwrotami w kierunku muzyki przypominającej italo disco, raz tworząc przebojowe melodie, a kiedy indziej mroczne kompozycje. „Przez sen”, jego najnowsze wydawnictwo, podsumowuje jego działalność – ta antyprzebojowa muzyka pokazuje zmysł Króla do budowania skromnych ale sugestywnych opowieści, bawienia się formą, odkrywaniem nowych możliwości, wreszcie – oszczędności w sferze brzmienia. Z okazji premiery Błażej opowiedział nam jak ten materiał powstawał, co sądzi o polskiej piosence a także o miejscu, w którym mieszka i perspektywie jaką ono wywołuje.

Jakub Knera: Często porównuje się ciebie do Grzegorza Ciechowskiego. 

Błażej Król: Tych porównań przez ten czas, odkąd gram, było bardzo dużo: kiedyś Rojek, potem Rogucki w przyszłości może Staszewski? Każda jedna osoba ma jakieś skojarzenia. Nie chodzi tu na pewno o barwę głosu, podejście do kompozycji czy styl pracy. Jeśli coś faktycznie mnie z nim łączy to jakiś rodzaj niepokoju, który jest obecny w mojej muzyce, tekstach. A może też polskość, ale nie taka przesadzona w żadną stronę, ani w prawo, ani w lewo, ani do góry, ani na dół. Może tak jak kiedyś był nurt kina moralnego niepokoju, tak to jest moja muzyka moralnego niepokoju?

Co rozumiesz przez tę polskość?

To, że czerpiąc z muzyki nowej, starej, muzyki elektronicznej, czy też bardziej rockowej, czuć w muzyce i tekstach lokalność. Może nie w makroskali, ale taką lokalność małej społeczności. W moich tekstach buduję świat państwa-miasta dwóch osób, małżeństwa, związku. To świat ludzi, między którymi coś się dzieje.

Pytam się o Ciechowskiego dlatego, bo brakuje mi w polskiej muzyce takich tekściarzy. Zastanawiam się przez pryzmat twoich płyt solowych, czy UL/KR, na ile to komentowanie zawężasz – od skali społecznej do prywatnej, intymnej. 

Podoba mi się to określenie, bo faktycznie tak jest. Zawężam temat, zmniejsza się ilość osób – zawsze to było trochę takie do środka, niżeli na zewnątrz. Opowiadam o rzeczywistości od strony domowej. Z takiego horyzontalnego, przestrzennego miasta czy aglomeracji, przenosimy się do relacji międzyludzkich, ale w tych czterech ścianach. Każda piosenka to inny pokój.

Brakuje ci dobrych polskich tekściarzy?

Tak, powtarzam to już któryś raz. Jak byłem młodszy to trafiałem na polskie tytuły, które bardzo emocjonalnie przeżywałem. Miałem ciarki na plecach, ale nie jak słuchałem Lady Pank, Perfectu czy Ciechowskiego, tylko wciągały mnie kasety z Biodro Records: Ścianka, Kobiety i różne zespoły Tymona Tymańskiego. Tam był język polski, sięgałem też po Marka Grechutę, Andrzeja Zauchę i płytę z Anawą. Tam tekst jest bardzo ważny, istotny. Mi osobiście bardzo brakuje śpiewania po polsku. Bo ja myślę po polsku .

Może młodzi ludzie boją się banału, o który – śpiewając po polsku – nie trudno. 

Nie kupuję śpiewania po angielsku jeśli ktoś pochodzi z Polski. Dlaczego by nie śpiewać po niemiecku albo rosyjsku? Piękny jest też język szwedzki albo czeski. Nie uważam, żeby angielski był językiem uniwersalnym. Moim zdaniem fajniej by było sprzedawać nasz język, naszą polskość. Nie ma zaangażowanych już tekstów na tę chwilę. Teraz nie musimy z niczym zbytnio walczyć bo wszystko, co chcemy, dostajemy i nie ma czegoś takiego jak zaangażowane teksty. Punk czy noise jest już jakiś taki spłycony, wrzucony do mainstreamu.

Tęsknisz za buntem w muzyce?

Nie brakuje mi go. Nie słuchałem muzyki mocno zaangażowanej i też jestem trochę – przez niewiedzę – apolityczny. A teraz tematów mamy sporo. Jakby zrobić takie teraz nowe Cool Kids Of Death i podkręcić to zastaną polityczną sytuacją, to można by było zrobić dobry zespół i dobrą kasę (śmiech).

A co z tym niepokojem w twojej twórczości? Skąd się bierze? 

Z jakiegoś poplątania, zagubienia, niezrozumienia pewnych rzeczy. Wszystko jest pozornie na swoim miejscu. Chodzi mi o wytworzenie pewnego klimatu, który gdzieś tam mnie interesuje, podoba mi się. Chociaż to nie jest do końca dobra sytuacja – czasami w tych tekstach, te relacje są jakieś zaburzone. Dążę do fotografowania takich stanów. Nie do końca też taki jestem.

A jaki jesteś?

Jeżeli miałbym przenieść jeden do jednego mój codzienny stan emocjonalny to pewnie musiałbym tworzyć hip hop albo disco polo.

Pisząc teksty, budujesz opowieści ze skrawków, zapisek, notatek.

To obserwacje, wyrwane impresje. Tutaj nie ma początku, nie ma końca. To jest jakiś nurt, uniesienie. To tak jak zrobienie zdjęcia. Może to jest podskórne dążenie do szukania sytuacji problemowej. Interesuje mnie jakiś fragment, wycinek, który oglądam ze wszystkich stron. Nie trafiam do większości, bo dla większości to może być gryzmoł, jakiś banał i grafomania. Nie wszystko wszystkim musi smakować. Ale mało jest takich lokalnych smaków – w kulturze też dominują hamburgery i coca cola. Nie twierdzę, że od razu powinniśmy promować kefir, maślankę czy inną potrawę regionalną. Ale popatrz – pomimo tego, że Ścianka czerpała ze sceny psychodelicznej to w jej twórczości czuć Trójmiasto. W muzyce Pogodna czuć ten nasz lokalny charakter, podobnie jest z „Pieśnią o smutnym Rumunie“ Jerzego Mazolla. To ten polski pierwiastek.

Na ile to jaką muzykę tworzysz i o czym piszesz, warunkuje miejsce, w którym żyjesz? Mieszkasz pod Gorzowem Wielkopolskim, a nie w stolicy.

Nie mam pojęcia, mógłbym wymyślić powieść science-fiction jakby to było w innym mieście. W innym mieście bardziej rozwiniętym, bo Gorzów to jest jednak miasto, gdzie nie do końca jest tak wesoło. Jak jeździmy z Iwoną na koncerty i trafiamy do tych metropolii, w których się więcej dzieje, to odczuwamy jak bardzo jesteśmy przywiązani do naszego. Klimat dużej aglomeracji jest dla nas ciekawy, ale tylko na chwilę. Więcej przyjemności czerpiemy z bycia razem z sobą – miasto mogłoby wpłynąć na nasz związek, na nas samych.

Jak byś to powiązał z nagranym przez was wspólnie albumem jako Lauda? Dla mnie to dźwiękowa ilustracja tego, gdzie jesteście i co robicie.

Dobrze, że o to zapytałeś. Jesteśmy przywiązani do naszego miejsca – mieszkając na wsi zaczęliśmy coraz więcej czasu spędzać w domu, przestaliśmy wychodzić. Iwona pomagała mi przy nagrywaniu płyt Króla, więc w pewnym momencie postanowiliśmy zrobić coś wspólnie. Ale nie planowaliśmy tego, to wyszło spontanicznie. To miał być jednorazowy strzał w stylu Dwutysięcznego – pokazanie czegoś, przedstawienie jakiegoś klimatu. Ale równie spontanicznie wymyśliliśmy, żeby grać koncerty.

Jakie jest to wasze miejsce?

Nie mamy jeziora, morza, ale są pola i jest przestrzeń. Z daleka widać miasto, wzgórza. Mateusz Rychlicki, który gra w moim zespole na perkusji, spytał czy nie czujemy niepokoju i nie przeraża nas ta pustka w koło. Bo przecież następny dom znajduje się kawałek drogi od nas. Dookoła są zboża, a my po środku jesteśmy wyspą.

Na koncertach pokazujecie materiał wideo z tej okolicy. Muzyka miejsca. A nagrywacie w pokoju na podłodze.

Pomysł na granie i na koncerty Laudy w pozycji siedzącej i pokazywanie w tle naszej okolicy wyszedł z tego, że w domu też robimy to na siedząco, rozkładamy wszystko na dywanie. Najpierw nagrywaliśmy, jammowaliśmy i z tego potem zostały zbudowane utwory. Natomiast koncerty to znowu inna historia, bo na żywo gramy coś zupełnie innego – pewnych rzeczy nie dało się odegrać, a kolejne wymyśliliśmy.

Tworzycie audiowizualną impresję, muzykę, która towarzyszy i opisuje jakąś codzienność. Zwyczajną, bez żadnych fajerwerków. A gracie siadając – jak w domu – na podłodze. To taka apoteoza codzienności. 

Może właśnie tego brakuje nam na polskiej scenie – szukamy rzeczy niezwykłych, a piękno możemy znaleźć w tych zwykłych i oczywistych. Chodzi zarówno o intymność jak i o lokalność. Zwyczajność jest fajna.

[Jakub Knera]

artykuły o Hańba! w popupmusic