polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Daniel Bachman River

Daniel Bachman
River

Na lipcowym koncercie Michaela Chapmana i Mike’a Coopera w Warszawie ten drugi mówił ze sceny, że renesans finger-pickingu wiąże się z kultem Johna Fahey, a Chapman pozostaje niedoceniony. Zgadzam się w całej rozciągłości. Przy całym szacunku dla Fahey’a, wielu jego epigonów traktuje fingerpicking jako cel sam w sobie i jedyną metodę. Podejście Chapmana, który jest gitarzystą niesamowitym i wchłaniającym wiele wątków gitarowej tradycji w kompletną formę na jeden instrument, przeplatającym abstrakcje z piosenkami, jest gdzieś na marginesie. Tak jakby wplecenie ragtime’u albo zaśpiewanie melodii było czymś gorszym niż parafrazowanie Bartoka lub próby podpięcia akustyka do syntezatora modularnego. Nie jest, zwłaszcza w praktyce.

Choć ogólnie renesans gitary solo mnie bardzo cieszy (podobnie jak fakt, że na sporadyczne koncerty w Polsce przychodzi sporo osób), to brakuje osobowości wyjątkowych, muzyków na miarę Jacka Rose. Ma takie predyspozycje Steve Gunn, który jest bardzo bliski Chapmanowi właśnie przez to, że instrumentalne eksploracje łączy z piosenkami. Z tym, że Steve ostatnio skupia się głównie na piosenkach i oddał instrumentalne pole. Odważnie w nie jednak wchodzi Daniel Bachman. Próbuje od dawna, mimo dość młodego wieku, ale dopiero na River słychać przełamanie fingerpickingowych i folkowych konwencji. Otwierający album kilkunastominutowy „Won't You Cross Over To That Other Shore”, to bardzo chapmanowski utwór, wielowątkowy, odrywający się od folku, wprowadzający elementy improwizacji jazzowej czy psychodelicznej. Moim zdaniem w 2015 roku na akustyku tak właśnie należy poszukiwać, zwłaszcza w formie nagrań (na koncertach pocztówki z Appalachów wchodzą łatwiej). To może być dla Bachmana utwór przełomowy, podobnie jak dwuczęściowe „Song For The Setting Sun” na stronie B płyty. Co prawda Bachman nie ustrzegł się słabszych momentów, zwłaszcza zamykająca stronę A winyla miniaturka „Farnham” sprawia wrażenie, jakby służyła raczej dopełnieniu strony wosku, a nie całościowemu przekazowi. A na tym Danielowi ewidentnie zależy, skoro zamyka płytę wracając do motywu ją otwierającego – to dobrze. Per saldo, River to bardzo dobry album, którym Bachman zbliża się do punktu, w którym słucha się nie zestawu akustycznych instrumentalu o retro posmaku, ale jego jako gitarzysty o własnej wizji budującej album, jak u Chapmana, Rose’a czy Gunna.

[Piotr Lewandowski]