polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious

Les Primeurs de Massy 2015
Paul B | Massy | 29.10.15

Les Primeurs de Massy to odbywający się od 18 lat festiwal w małej znajdującej się pod Paryżem miejscowości Massy, którego idea jest tyle prosta co bardzo pomysłowa - na kolejnych edycjach imprezy grają tylko i wyłącznie zespoły, które właśnie wydały swoją pierwszą płytę. Massy to nie blokowisko ale raczej ładna, willowa miejscowość, a koncerty odbywają się w Domu Kultury Paul B - modernistycznym budynku, który w środku dysponuje dwiema salami na ok. 300 osób każda, w których naprzemiennie odbywały się koncerty (łącznie 5 każdego wieczora). Jako że moim główmyn powodem wizyty na tym wydarzeniu był koncert C'mon Tigre, uczestniczyłem w festiwalu jedynie w ciągu jednego dnia, a i tak w niepełnym wymiarze z powodu połączeń kolejowych z centrum Paryża, do którego po koncertach trzeba było wrócić.

Jako pierwszy tego wieczora zaprezentował się koreański zespół Jambinai. Z początku, za sprawą instrumentarium wyglądali nieco egzotycznie i wydawałoby się że jest im bliżej nurtu world music - z czasem okazało się jednak, że to grupa, która gra sympatyczny poniekąd post-rock, zabarwiając go brzmieniem takich tradycyjnych koreańskich instrumentów jak haegeum, piri i geomungo. Zwłaszcza ten ostatni ciekawie wprowadzał transowy element poprzez wygrywanie kolejnych partii na grubych i wyraziście brzmiących strunach. Ciekawy koncert, chociaż w finalnym efekcie za bardzo klasycznie post-rockowo zbudowany na narastających melodiach, wieńczonych wybuchem i kaskadą gitar oraz perkusji. Bardziej interesujące były te momenty, kiedy zespół zbliżał się do metalu za sprawą ciężkich i posuwistych riffów - trzon melodi stanowiły repetycje grane na tradycyjnych instrumentach, uzupełniane o gitary.

C'mon Tigre zagrali jako kwintet - poza perkusją, gitarą elektryczną i klawiszami oraz korgiem, muzycy wzięli na scenę saksofon oraz marimbę. Basu nie było, bo jego linie były generowane właśnie na korgu. Cały koncert był szalenie spójny narracyjnie i dramaturgicznie nie miał słabych momentów. Zespół zaprezentował materiał z płyty, okrajając go z powodów czasowych, ale ciekawie wybierając najważniejsze momenty materiału, często w innej kolejności budując z nich nową i wciągającą opowieść. Świetnie sprawdza się u nich na żywo zarówno elektronika jak i zawadiacka gitara, a zawodzące partie saksofonu dodają zespołowi jazzowego posmaku. Wielowarstwowy koncert intrygująco uzupełniała marimba, okazjonalnie bity zastępujące żywą perkusję czy wielogłosowe wokalizy, dzięki czemu materiał bardzo dobrze reprezentuje to co zespół zarejestrował na płycie. 

Jako trzecią zobaczyłem Jeanne Added, raczej w formie przystawki do dwóch wcześniejszych koncertów. Trochę rockowa a trochę elektropopowa maniera brzmiała wtórnie i mało oryginalnie, zwłaszcza w momencie kiedy do publiczności krzyczała po francusku, a śpiewała po angielsku miłosne czy imprezowe teksty, bardzo kiczowate i miałkie muzycznie. 

[zdjęcia: Jakub Knera]

Jambinai [fot. Jakub Knera]
Jambinai [fot. Jakub Knera]
Jambinai [fot. Jakub Knera]
Jambinai [fot. Jakub Knera]
Jambinai [fot. Jakub Knera]
C'mon Tigre [fot. Jakub Knera]
C'mon Tigre [fot. Jakub Knera]
C'mon Tigre [fot. Jakub Knera]
C'mon Tigre [fot. Jakub Knera]
C'mon Tigre [fot. Jakub Knera]
Jeanne Added [fot. Jakub Knera]
Jeanne Added [fot. Jakub Knera]