polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious

Unsound Festival 2015: Surprise
Kraków | 10-18.10.15

Tegoroczna, trzynasta już edycja festiwalu Unsond przebiegła pod znakiem niespodzianek, zarówno tych planowanych przez organizatorów jak i tych całkowicie nieoczekiwanych. Największą okazała się blogerska afera związana z rzekomo satanistycznym koncertem Current 93, finalnie przeniesionym z Kościoła Św. Katarzyny do Muzeum Inżynierii Miejskiej i cała związana z tym burza. A więc odwołaniem porannych koncertów w drugim z kościołów, a także zakrawającą na największy absurd próbą interwencji krakowskiej kurii w sprawie odwołania występu Matany Roberts w Synagodze Tempel. Początkowy śmiech i niedowierzanie zmieniały się w poczucie coraz większego absurdu, który na całe szczęście nie przyćmił imprezy.

Drugą niespodzianką, ale też sprawdzianem dla imprezy, był brak dotacji ministerialnych, a także po raz pierwszy od wielu lat brak wspomagania budżetu imprezy grantami norweskimi (festiwal ma jednak m.in. wsparcie od Miasta Kraków). W czasach, kiedy kolejne imprezy, których budżet dotowany jest jedynie ze środków publicznych wyrastają jak grzyby po deszczu, Unsound pokazał, że nawet bez nich jest w stanie się obronić pomysłem i formatem imprezy.

Tegoroczna formuła – a więc trzecia niespodzianka, chociaż najważniejsza – wydała się pomysłem niebywałym, ale celnym. Tegoroczny temat przewodni w efekcie przyniósł wiele koncertów nieogłoszonych, niezapowiedzianych, tajemniczych, przez co publiczność często do ostatnich minut przed koncertem, nie wiedziała kogo się spodziewać na scenie. Organizatorzy Unsound nie poprzestali na rozwijaniu listy lokalizacji koncertów – utrata kościołów pełniących funkcje sal koncertowych, została zrekompensowana niezwykłą przestrzenią magazynów na ulicy Kamiennej, studencką i staroświecką Rotundą (która w zetknięciu z festiwalem zyskała na chwilę nowe oblicze) czy dużą salą w kopalni soli w Wieliczce. Niezależnie od tego że King Midas Sound razem z Fenneszem zagrali w tej ostatniej dość przeciętny koncert, a w kamiennym kotle dźwięk zlewał się w ciężkostrawną całość, było to wydarzenie nietypowe, wywracające do góry nogami oczekiwanie wobec formatu festiwalu.

Ryzykownym posunięciem była organizacja porannych koncertów „Morning Glory” o godz. 11 – pomimo tego, że artysta żadnego z nich nie został ogłoszony, dzień w dzień sale były wypełniane tłumnie, gromadząc po kilkaset osób. W obliczu tego, że na dworze było zimno, dzień wcześniej koncerty trwały do późna, i jest to o wiele wcześniejsza pora niż koncerty na katowickim Offie, to bez wątpienia sukces imprezy.

Silna polska reprezentacja

Cieszy silna i bardzo dobra reprezentacja polskich wykonawców. Rewelacyjny i intensywny set zagrali RSS B0YS – pełen gęstego brzmienia, obłędnej dyskoteki, brzmiący bardzo selektywnie, czego doskonale słuchało się dobrze nagłośnionej sali. To kolejny krok naprzód po tegorocznej płycie „HDDN”, jednocześnie zdecydowaną większość artystów zza granicy zostawili daleko w tyle. Niespodzianką były Syny, którzy koncertowo radzą sobie rewelacyjnie, tworząc fantastyczną atmosferę, a jednocześnie w całości zarządzając dramaturgią koncertu – od dźwięku, przez światła i dym po szalenie sugestywne teksty Piernika, które co prawda dla anglojęzycznej publiczności mogły wydawać się trochę zbyt hermetyczne. Bardzo dobrze zaprezentowali się T’ien Lai – już jako kwartet odeszli od syntezatorowych fascynacji Kosmiche Musik na rzecz repetywnego techno, zahaczającego o wątki etniczne, także dzięki wzbogaconemu o bongosy i perkusjonalia instrumentarium. Dobrą inicjatywą było przydzielenie jednej z sal dla twórców cyklu Brutaż z ciekawym setem duetu Milczarek/Sirko (na co dzień Duy Gebord i Souvenir de Tanger) grającymi mocne i kwaśne techno robione bez komputerów. Ciekawostką w programie brutażowego Pain Boxu poza częścią muzyczną było czytanie poezji gejowskiej, ale ten mini-wieczorek okazał się rozczarowaniem. Rzecz prawdopodobnie była pomyślana jako włożenie kija w szprychy rozpędzonego klubowego dobrego samopoczucia i upojnej gorączki sobotniej nocy, jednak radykalizm tego gestu zaistniał jedynie na pół gwizdka. Po pierwsze, recytujący był za cicho, po drugie mówił z podkładem bitu w tle, co czasem miało sens, bo łapał rytm. Jednak generalnie się nie sprawdziło bo umożliwiało tym, którzy nie chcieli słuchać treści (albo jej nie rozumieli), spokojne dalsze bujanie się, a przy ostatnim z wierszy, gdy do bitu doszły elementy perkusyjne, głos został przez nie przysłonięty całkowicie.

Moc projektów specjalnych

Na całe szczęście nie było w tym roku koncertów „zamówionych” przez festiwal inspirowanych grantami norweskimi. Były jednak wydarzenia specjalne, premierowe. Set Holly Herndon z gościnnym udziałem Colina Self w przestrzeni Hotelu Forum należał do czołówki – zarówno w momencie eksperymentów z bitami i nieoczywistymi formami utworów, zwielokrotnianych wokaliz artystki, ale też w momencie budowania dramaturgii i narracji koncertu. Ciekawym koncertem zaowocowała współpraca Lorenzo Senni i Powella, którzy zagrali w Forum jako Hot Shotz bardzo intensywny koncert, niemal proporcjonalnie łącząc w nich swoje muzyczne fascynacje. Efektowne było połączenie sił 2/3 Nisennenmondai i Shackletona, który minimalistyczne brzmienie Japonek podbijał bitami i elektronicznymi warstwami nadając im jeszcze większy taneczny potencjał. Szkoda, ze część partii charakterystycznych gitarowych loopów była odtworzona z komputera a gitarzystka jedynie budowała muzyczne tła, ale być może tkwi w tym składzie potencjał na materiał studyjny a nie jedynie remiksy. 

Światową premierę miał także materiał szwedzkiego Shxcxchcxsh, co okazało się zaskoczeniem, bo koncert zupełnie różnił się od dotychczasowej muzyki, znanej z płyt. Koncert zdominowały zimne dubowe echa, powolne tempo, ale wciąż towarzyszyła mu ta sama dbałość o bogactwo tekstur. Jlin towarzyszyły abstrakcyjne obrazki Florence To, które jednak nie przykuwały uwagi – dzięki temu można było skupić się na dźwiękach, które, mimo to, że były dość wiernym odtworzeniem utworów z „Dark Energy”, frapowały. Nie atakowały ciągłym basem, jak to footwork ma w zwyczaju, ale świetnie operowały przestrzenią i dramaturgią.

Ciekawie zaowocowała współpraca między Kuedo i Rabit – osobista wizja grime'u, postrzeganego z perspektywy Houston, tego pierwszego olśniewająco zazębiała się z pomysłami byłego członka Vex'd, którego dubstepowa przeszłość też chyba dochodziła tutaj do głosu. Partie nieco patetyczne były równoważone przez brutalne i bardzo skomplikowane kanciaste struktury rytmiczne. Sala pękała w szwach na secie Xosar, Gunnar Haslam i Tin Man, którzy pod szyldem Romans nie spuszczali z tonu, może tylko przez odwołujące się do przeszłości brzmienie, kreując bardziej intymną atmosferę.  Niespodzianką okazał się set Richie Hawtin (Plastikman) – szkoda, że twórca ten nie podchwycił tematu festiwalu i nie wystąpił zamaskowany. Ciekawe ile osób wtedy pojawiłoby się na sali.

Więcej improwizacji

Organizatorzy Unsound poszerzyli spektrum zaproszonych artystów o kręgi muzyki free-improv czy okolic jazzowych. Fenomenalny koncert zagrał w Mandze Raphael Rogiński – jego gitarowe, bardzo organiczne interpretacje Coltrane’a pozornie do programu Unsound nie pasują, ale dzięki jego eklektyczności, fajnie zestaw zaproszonych twórców urozmaicały. Gitara Rogińskiego brzmiała czasem jak banjo albo nawet likembe, będąc swego rodzaju kontrapunktem dla noise’owych i organicznych wieczorów. Kontrastował z większością programu także hipnotyzujący, a jednocześnie psychodeliczny, folkowy koncert na gitarę solo Billa Orcutta czy niedzielna współpraca Lutosławski Piano Duo z Joanną Dudą i Mischą Kozłowskim w Nowohuckim Centrum Kultury. Kwartet zagrał kompozycje Juliusa Eastmana oraz Tomasza Sikorskiego i chociaż taki awangardowo-klasyczny koncert bliższy jest programowi Warszawskiej Jesieni, na Unsound równie dobrze się wpasował. Możliwości akustyczne Mangi pokazał koncert Rrose z kompozycją Jamesa Tenney, który zagrał jedynie na gongu, wybrzmiewającym od cichego dronu do hałaśliwego i metalicznego noise niemal na granicy bólu wypełniającego przestrzeń sali. Jeden z najlepszych koncertów festiwalu zagrało trio złożone z Ghedalii Tazartèsa, Pawła Romańczuka i Andrzeja Załęskiego. Improwizowane utwory, w których trzon stanowiły wokalizy Francuza, były bardzo trafnie uzupełniane przez elektroniczne brzmienia instrumentów i zabawek założyciela Małych Instrumentów i perkusjonalia Załęskiego. Mało było w nich rytmu, a dużo abstrakcji, prób budowania złożonej, pełnej detali dźwiękosfery. Frapujący koncert, pomimo niepotrzebnej, trochę przydługiej końcówki, osłabiającej jego dramaturgię. Kwintesencją różnorodności festiwalu wydaje się koncert Matany Roberts, artystki o jazz zahaczającej, ale w większym stopniu utożsamiającej się ze sceną eksperymentalną. W takim wymiarze z resztą materiał z „Coin Coin: River run thee” zaprezentowała: okazjonalnie wykorzystując saksofon, a narracje budując poprzez nagrania terenowe i elektroniczne brzmienia oraz wokalizy, śpiewy i melorecytacje. W Synagodze Tempel zabrzmiało to wyjątkowo i mistycznie.

 

Dopełnieniem poszerzania programu o obszary free-jazzu i swobodnej improwizacji było popołudnie pod hasłem „Gregidency”. Perkusista Greg Fox najpierw zagrał solo utwór z samplami afrykańskich śpiewów i instrumentów perkusyjnych, a potem dołączyli do niego muzycy, których tożsamości nie znali nie tylko słuchacze ale i on sam. Jerzy Mazzoll zastosował oddech cyrkulacyjny na klarnecie basowym – czasem zmieniali przebieg rytmiczny, później Polak inaczej zadął w instrument (albo dwa naraz). Wszystko to dobre, ale zabrakło w tym odwagi, chęci ryzyka. Piotr Zabrocki wydobył z basu także zaskakujące gitarowe dźwięki, dzięki czemu całość miała posmak nieszablonowego metalu. Na finał na scenę wszedł Oren Ambarchi, który razem z Foxem zagrał najdłużej (poprzednie dwa trwały po ok. 20 minut), przypominając muzykę Skullflower czy Hototogisu.

Podczas niedzielnego popołudnia w Muzeum Inżynierii Miejskiej zagrał Rob Mazurek z Mikrokolektywem – niewielkie zaskoczenie skoro występowali już wcześniej, jednak można było liczyć, że u boku Amerykanina pojawi się chociażby Mauricio Takara. Na początek kornecista zagrał solo...na fortepianie – gęsto, ale spokojnie, powtarzane bliskie siebie dźwięki. W kolejnym utworze pojawił się basowy podkład, dzwonki pasterskie, z rzadka jeden dźwięk fortepianu, dzwonki uderzające w jego struny, coraz więcej elektroniki i w końcu kornet. W medytacyjny nastrój wkroczył polski duet, nie przełamując go, ale uwznioślając szybkim choć stonowanym bębnieniem i delikatnymi frazami trąbki, później także flugelhornu. Elektronika pokazała pazury, markując drapnięcia, ale niczego nie zaburzała. Na finał Mazurek zaśpiewał, wieńcząc koncert grą na kornecie i fortepianie z motywami tak ślicznymi, że aż ckliwymi.

Unsound działa jako całość

Chociaż to heroiczne zadanie yo w Unsound warto brać udział przez cały tydzień, bo bardzo często koncerty wtorkowe czy środowe były o wiele ciekawsze od tego, co działo się w przedłużony od czwartku weekend. Koncerty w Mandze zdominowała muzyka drone’owa i noise – mroczny i gęsty set zagrał Lawrence English, a lawirując gdzieś pomiędzy tymi gatunkami a stopniowymi zabawami z bitami i rytmem, bardzo dobrze zaprezentował się Yves de Mey. Jednym z objawień festiwalu okazał się duński duet Damien Dubrovnik, który bardzo oryginalnie wykorzystali oświetlenie (cała sala została oświetlona białym światłem, w przeciwieństwie do większości koncertów w mroku), ale też w niebywale punkowej formule zagrał muzykę pełną hałasu i sprzężeń, wzmocnioną przez wykrzykiwane i często mroczne wokalizy Loke Rahbeka. Ciekawym chociaż w tym przypadku mocno ciężkostrawnym punktem był duet Sax Ruins, wykonujący gęste wariacje utworów Ruins na saksofon i perkusję. Zwrócił uwagę set Helm w Rotundzie, w towarzystwie tancerza. Pomysł ekstrawagancki, ale na całe szczęście nie odciągnął uwagi od muzyki, pełnej detali i pomysłowo prowadzonej narracji. Chociaż zabrakło bardziej zrytmizowanych koncertów jak Sun Araw czy Jenny Hval w poprzednich edycjach, to pojawiały się niespodzianki jak performance Lucasa Abeli, który grał na… szybie (sic!), podpiętej do przetwornika i kilku efektów. Dmuchając i gryząc ją, artysta wydobywał różnej maści noise’owe i drone’owe tła i warstwy dźwięku. Trochę to było podobne do tego co Stian Westerhus zrobił przed rokiem na gitarze elektrycznej – było krótko i intensywnie, ale dobre wrażenie pozostało.

Elektronikę o zabarwieniu etnicznym zaprezentował Nozinja z Południowej Afryki, którego koncert bliski był występom Shangaan Electro, także z tancerzami i wokalistkami. Ale jednocześnie ożywiał zmechanizowane, mroczne i wydawałoby się trochę smutne sety techno w Forum. Elementy „muzyki świata” zaprezentowali także przedstawiciele lizbońskiej Principe Discos – Firmeza, Nidia Minaj i DJ Nigga Fox. Zwłaszcza ten ostatni na imprezie zamykającej festiwal oszałamiająco rozszerzał paletę brzmień i tempa kuduro o wpływy muzyki techno, często w jej naprawdę ciężkich wersjach. Fajnie gdyby takich przeglądów lokalnych scen w kolejnych odsłonach Unsound było więcej.

Pomyłką był koncert Health, którzy zabrzmieli jak koszmarne połączenie Placebo i Depeche Mode, w całkiem stadionowej okrasie, pełni maniery i w mocno upopowionej formule. Jeśli po RSS B0YS miał zagrać zespół „gitarowy”, można było do tematu podejść bardziej oryginalnie, zapraszając Battles czy Deerhoof. Dźwiękowym koszmarem okazał się koncert-niespodzianka Kamila Szuszkiewicza i Huberta Zemlera w Synagodze Tempel. W jakimś stopniu bazowali na materiale z tegorocznego wydawnictwa „Istina”, ale koncert zdominowały drone’owe i gęste nagrania z kaset Szuszkiewicza, okazjonalnie przeplatane grą na trąbce oraz poniekąd ciekawymi perkusjonaliami Zemlera. Current 93 zyskał na przeniesieniu z kościoła, ponieważ był to koncert bardzo rockowy, brzmiący wręcz progresywnie, czasem folkowo. Dziesięcioosobowy skład nie był w pełni uzasadniony, ponieważ udziału wielu muzyków często nie było słychać (nie chodzi tu o kwestie akustyczne ale ich znikome współtworzenia materiału) i mimo jednego z niewielu koncertowych składów, rozbudowanych o wiele instrumentów nie był to mocny punkt programu. Rimbaud, którzy z koncertu na koncert coraz mniej mnie przekonują, wypadł kiepsko, także ze względu na kontekst festiwalu. Rytmiczne i etniczne perkusjonalnia Jacaszka i zapętlony saksofon Trzaski w połączeniu z nie najlepszymi wokalami Budzyńskiego (zwłaszcza francuskimi) lepiej odnalazłyby się na imprezie rockowej, niż eksperymentującym Unsoundzie. Trochę szkoda też wspólnego występu Johna Tilbury’ego i Roberta Piotrowicza. Sprawiał wrażenie pozbawionego pomysłu, błądzącego gdzieś wokół zlepków idei, ale jego rozwlekłość, dramaturgia i mało klarowna wizja zdecydowanie szkodziła, mimo że przecież Piotrowicz grający cicho, jest w stanie przykuć uwagę. Desperackie uderzenie klapą fortepianu na finał w wykonaniu Tilbury’ego dobrze spuentowało tę koncertową niemoc.

Więcej niespodzianek

Fajnie, że organizatorzy program muzyczny stale wzbogacają o panele i prezentacje, chociaż często powraca pytanie o sens i celowość poruszania pewnych wątków. Tak więc kolejna debata o dziennikarstwie jest mało ciekawa, natomiast wykład Pawła Kulczyńskiego o syntezatorach czy rozmowę z Raphaelem Rogińskim i Mataną Roberts o muzyce afroamerykańskiej były mocniejszymi i zdecydowanie interesującymi punktami programu (chociaż ta druga była koszmarnie poprowadzona).

Unsound pokazał jak bez znaczącej części dotacji jego organizatorzy są w stanie zbudować interesujący program i opakować go w ciekawą formułę. Wyprzedane karnety, ale także większość wieczornych koncertów, tłumnie gromadzących słuchaczy pokazała, że impreza ma wyrobioną wierną publiczność także wtedy gdy w programie nie ma gwiazd; są za to bardzo dobre koncerty. Przekaz z niespodziankowej edycje płynie taki, że Unsound wydaje się być znużony festiwalową formułą, dlatego próbuje ją ożywić, nie bojąc się eksperymentowania. Nawet jeśli takie posunięcia jak zakaz fotografowania czy nieogłaszanie artystów sprzyja budowaniu koniunktury, to jest to festiwal z wizją, który nie ustaje w miejscu i regularnie się zmienia. Oby na drodze temu nie stanęły problemu z krakowską kurią, a tegoroczne koncerty sprzyjały kolejnym pomysłom. Co dalej? To dopiero niespodzianka.

PS. Zdjęcia celowo są nieostre - jak zagadka to zagadka

[tekst: Jakub Knera, Piotr Tkacz]

[zdjęcia: Jakub Knera]

Ghedalia Tazartès / Paweł Romańczuk / AndrzejZałęski [fot. Jakub Knera]
Lucas Abela [fot. Jakub Knera]
Lawrence English [fot. Jakub Knera]
Rrose [fot. Jakub Knera]
Syny [fot. Jakub Knera]
Yves de Mey [fot. Jakub Knera]
John Tilbury & Robert Piotrowicz [fot. Jakub Knera]
Raphael Rogiński [fot. Jakub Knera]
Damien Dubrovnik [fot. Jakub Knera]
King Midas Sound [fot. Jakub Knera]
T'ien Lai [fot. Jakub Knera]
Helm [fot. Jakub Knera]