polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious

Soundrive Festival 2015
Gdańsk | 03-05.09.15

Czwarta edycja festiwalu Soundrive zasadniczo trzymała przyjęty przez organizatorów kurs by prezentować artystów raczej mało znanych, z zachowaniem programowej konsekwencji. Lepiej wkomponowano w imprezę polskie zespoły, zamiast osobnego dnia oddając im drugą scenę we wnętrzu klubu B90 oraz prezentując kilkoro wykonawców na plenerowej scenie na ulicy Elektryków.

Muzyczną część festiwalu rozpoczęli 30daysofline. Jakkolwiek pop-rockowe piosenki grupy nie są szczególnie oryginalne, to nie można odmówić im przebojowości. Szkoda, że strona wokalna ciągnęła zespół w dół. Pierwsi zagraniczni goście, którzy zameldowali się na festiwalu, to Brytyjczycy z Bad Breeding. Ich krótki, ale intensywny, naładowany agresją występ sprawdziłby się chyba lepiej o późniejszej godzinie, bo próby wciągnięcia publiczności w punkową rozwałkę niezbyt się udały.

Honoru trójmiejskiej młodej muzyki z klasą bronił zespół Wilga. Materiał niby raczej piosenkowy, ale nieschematyczny, z ciekawą warstwą aranżacyjną, do tego okraszony dopracowanymi wizualizacjami. Chyba najczęściej komentowanym wydarzeniem pierwszego dnia imprezy był występ East India Youth. Ukrywający się pod tym pseudonimem William Doyle, młody Brytyjczyk, zaserwował gdańskiej publiczności jazdę bez trzymanki. Do swojego mocno eklektycznego electropopu dołożył intensywną ekspresję sceniczną i słusznie zebrał duży aplauz.

Małe Miasta swoją płytą mocno spolaryzowały recenzentów i słuchaczy, i prawdopodobnie tak będzie z opiniami po gdańskim koncercie. O ile warstwa muzyczna bywała interesująca (z podkreśleniem: bywała), to niestety nie można powiedzieć tego o tekstach, zwłaszcza od strony wykonawczej. Za klasykami: „don’t believe the hype”. Drenge pokazali się z dobrej strony – taki kawał solidnego rock’n’rolla doskonale sprawdza się w festiwalowych warunkach. Zapewne procentuje sceniczne doświadczenie, które panowie mają zdecydowanie większe od soundrive’owej średniej.

Polską część dnia pierwszego zamknęli panowie z We Draw A, prezentując typową dla siebie mieszankę onirycznych i tanecznych dźwięków. Koncertową reputację mają bardzo dobrą i podtrzymali ją w Gdańsku. Jeżeli w ogóle można mówić na tym festiwalu o gwiazdach, to Glass Animals byli najbliżej tego statusu, co widać było zarówno przed, jak i w trakcie koncertu. Dali znakomity występ, udanie przekładając subtelność brzmieniową swojego albumu na warunki koncertowe, w czym pomogło świetne nagłośnienie B90. Na plus należy też zapisać charyzmę i ekspresyjność Dave’a Bayleya, lidera grupy.

Drugi dzień rozpoczęli Oslo Kill City. Koncert poprawny, acz post-punkowe muzyczne inspiracje panów są chyba zanadto czytelne, warto byłoby spróbować zostawić więcej własnego śladu w swojej muzyce. Thomston, młodziutki wokalista z dalekiej Nowej Zelandii, zaprezentował się udanie. Muzycznie i wizerunkowo rozpięty gdzieś pomiędzy członkiem 90sowego boysbandu (!) i XXI-wiecznym wokalistą neo-r’n’b rozbujał całkiem sporo uczestników imprezy. Stylistycznie propozycja zaskakująca, ale w zasadzie… dlaczego nie?

Chwilę wyciszenia przyniósł koncert duetu Coals. Folkujące, liźnięte elektroniką granie spodobało się gdańskiej publiczności. Znakomity występ dała brytyjska formacja All We Are, udowadniając, że prostota potrafi wygrywać i że czasem nie potrzeba więcej ponad dobre melodie, harmonię i świetne zgranie. Swoim bardziej tanecznym obliczem porwali do bujania i tańca nawet dość zachowawczą pod tym względem publiczność Soundrive’a.

Grające po All We Are łódzkie Call The Sun to również muzyka lekka i przyjemna, ale niestety w większej dawce trochę nużąca. Prawdopodobnie lepiej sprawdza się w plenerach niż w mrocznym wnętrzu B90. Niewiele brakowało, by występ Hundred Waters nie doszedł do skutku z powodu zagubienia bagażu ze sprzętem muzycznym przez linie lotnicze, ale udało się zagrać na pożyczonym instrumentarium. Zespół świetnie rozplanował koncert, przechodząc od dreampopowego, lirycznego grania po elektroniczne, taneczne rozpasanie na finał. Fani na pewno zapamiętają też świetny wokal Nicole Miglis.

Kolejne dobre polskie zamknięcie dnia zapewnił Baasch. Chłodne, syntetyczne, lekko neurotyczne granie bardzo dobrze wybrzmiało w przestrzeni małej sceny B90. Psychodeliczny pop-rock w wykonaniu Temples obronił się na żywo, ale zespół jednak strącił poprzeczkę zawieszoną przez dwa poprzednie zespoły na tej scenie czy „headlinera” poprzedniego dnia. Być może, gdy nowa płyta będzie już ukończona, będą mieli dość materiału, by utrzymać poziom i zainteresowanie przez cały czas trwania koncertu.

Rozpoczynający trzeci dzień SF warszawski duet Dog Whistle grał garażowy, dziewczyński pop w kilku językach świata (dominował… perski). Swoją radykalną garażowość wręcz eksponował, z niedoskonałości technicznych czyniąc swój atut, a do tego skracając dystans za pomocą niekonwencjonalnej konferansjerki, luzu i poczucia humoru. Pozytywne zaskoczenie. Występujący po nich Gengahr to kolejna propozycja z rejonów gitarowego popu z nutką psychodelii. Dobrze zagrana, wręcz wydająca się idealnie sformatowana pod festiwalowe sceny. Może przez to odrobinę zbyt poprawna i konserwatywna.

MIN-t, producentka i wokalistka z Wrocławia, zaprezentowała w Gdańsku eklektyczny set, poruszając się w różnych rejonach muzyki tanecznej. Bywało duszno, bywało bardzo energetycznie, aż szkoda, że nie zagrała trochę później, bo o tej porze ciężko było zachęcić publiczność do tańca. The Wytches wybrzmieli potężnie, a ich dość mroczna gitarowa muzyka obroniła się znacznie lepiej niż na płycie. Spójny, intensywny występ, który – patrząc po reakcjach publiki – bardzo się w Gdańsku podobał.

Polski duet Jóga to propozycja dla wrażliwców, nieźle przełożona na język koncertu. Umiejętnie zbudowali nastrój, korzystając z oszczędnych rozwiązań aranżacyjnych, choć gdzieniegdzie przeszkadzała specyficzna maniera wokalna. Jest przestrzeń do rozwoju. Vaults to kolejny rozmarzony elektroniczny zespół w palecie artystów tegorocznego Soundrive’a i kolejny koncertowy sukces. Nie zbudowali co prawda dramaturgii występu tak sprawnie jak np. Hundred Waters, ale wiele wynagrodził krystaliczny głos Blythe Pepino. Drzemie w nich spory komercyjny potencjał. 

Pola Rise dobrze czuje się na scenie, występ był dopracowany, ale brakuje jeszcze materiału, by utrzymać uwagę słuchaczy na dłużej. Jeśli idzie o elektronikę z damskim wokalem, to lepszą opcją na tę godzinę byłaby MIN-t. Zamykający festiwal występ Peace nie był, niestety, interesującą muzycznie propozycją. Nie można im odmówić energii, angażującej zgromadzonych fanów, ale takiego indie-rockowego grania z Wysp słyszeliśmy już tak wiele, że nie ma się co dziwić, że publiczność w trakcie trwania koncertu stopniała o połowę.

Soundrive Fest 2015 należy ocenić jako udaną edycję, konsolidującą pozycję festiwalu na koncertowej mapie Polski. Bliska perfekcji organizacja, luz i świetna atmosfera grały na korzyść tej wyraźnie zorientowanej na młodych wykonawców imprezy. Chciałoby się tylko, by program był konstruowany z nieco większą odwagą, jeśli idzie o zróżnicowanie stylistyczne.

Modny obecnie głos, że polskie zespoły nie ustępują niczym zagranicznym, nie do końca okazał się prawdziwy. Na Soundrive zaprezentowało się sporo obiecujących projektów, ale poza nielicznymi wyjątkami rzadko były to występy kompletne, raczej wciąż z kategorii „drzemie potencjał”. Z drugiej strony, jest to zapewne często efektem niewielkiego stażu koncertowego młodych wykonawców i bardzo dobrze, że organizatorzy pozwalają im się na takich imprezach ogrywać. Widać zresztą, że za festiwalem stoi pasja, co jednocześnie nie przeszkadza jego twórcom ciężko pracować na jego rosnącą renomę. To procentuje, co widać było w liczniejszej niż rok temu publiczności (ok 1000 osób dziennie), a także w coraz częściej słyszanych wśród niej obcych językach. W ciężkich dla rynku festiwalowego czasach Soundrive Fest wciąż idzie w górę.

[tekst: Jakub Panasewicz]

[zdjęcia: Tomasz Cieślikowski]

Glass Animals [fot. Tomek Cieślikowski]
Glass Animals [fot. Tomek Cieślikowski]
East India Youth [fot. Tomek Cieślikowski]
East India Youth [fot. Tomek Cieślikowski]
Drenge [fot. Tomek Cieślikowski]
Drenge [fot. Tomek Cieślikowski]
Drenge [fot. Tomek Cieślikowski]
Peace [fot. Tomek Cieślikowski]
Peace [fot. Tomek Cieślikowski]
Peace [fot. Tomek Cieślikowski]
Wilga [fot. Tomek Cieślikowski]
Wilga [fot. Tomek Cieślikowski]
Wilga [fot. Tomek Cieślikowski]
Coals [fot. Tomek Cieślikowski]
Coals [fot. Tomek Cieślikowski]
Gengahr [fot. Tomek Cieślikowski]
Gengahr [fot. Tomek Cieślikowski]
Gengahr [fot. Tomek Cieślikowski]
Thomston [fot. Tomek Cieślikowski]
Temples [fot. Tomek Cieślikowski]
Vaults [fot. Tomek Cieślikowski]
Vaults [fot. Tomek Cieślikowski]
Vaults [fot. Tomek Cieślikowski]
Bad Breeding [fot. Tomek Cieślikowski]
Bad Breeding [fot. Tomek Cieślikowski]
We Draw A [fot. Tomek Cieślikowski]
Pola Rise [fot. Tomek Cieślikowski]
Pola Rise [fot. Tomek Cieślikowski]
Hundred Waters [fot. Tomek Cieślikowski]
Hundred Waters [fot. Tomek Cieślikowski]
30 Days of Line [fot. Tomek Cieślikowski]
Destructive Daisy [fot. Tomek Cieślikowski]
Destructive Daisy [fot. Tomek Cieślikowski]
Dog Whistle [fot. Tomek Cieślikowski]
Dog Whistle [fot. Tomek Cieślikowski]
Oslo Kill City [fot. Tomek Cieślikowski]
Baasch [fot. Tomek Cieślikowski]
Kurtz [fot. Tomek Cieślikowski]
Małe Miasta [fot. Tomek Cieślikowski]
Min-T [fot. Tomek Cieślikowski]
 [fot. Tomek Cieślikowski]
 [fot. Tomek Cieślikowski]