polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious

Sonar Festival 2015
Barcelona | 18-20.06.15

Odbywająca się w dniach 18-20 czerwca 2015 roku w Barcelonie na terenie kompleksów biznesowo-handlowych Fira Montjuïc oraz Fira Gran Via L'Hospitalet 22. edycja Sónar Festival przeszła do historii gromadząc ponad 140 artystów, przy których muzyce bawiła się publiczność ze 104 krajów świata.

Choć elektroniczny maraton w czwartkowe, bardzo słoneczne południe oficjalnie zainaugurował słoweński didżej Christian Kroupa, którego energetyczne i dość solidne dźwięki spod znaku dark-techno/ tech-house zainteresowały kilkadziesiąt osób, to dla mnie prawdziwe otwarcie przypadło w udziale hiszpańskiego Exotèric Continent, z którym blisko współpracuje sam Dominic Fernow. Intensywny, drumowy przekaz, mający miejsce w niemalże całkowitej ciemności - którą tylko od czasu do czasu rozrzedzały plamy błękitnej mgły oraz zamazane wizualizacje autorstwa Rubena Patiño - wytworzył wszechogarniającą, pełną grozy głębię, którą potęgowały ambientowe szelesty oraz industrialne echa. W hipnotyzującym efekcie pierwszemu z odkryć imprezy na pewno pomogła niesamowita, wprost stworzona do tego typu wydarzeń miejscówka. SonarComplex stanowiła bowiem świetnie nagłośniona, do złudzenia przypominająca Auditori Rockdelux (najlepsza miejscówka drugiego barcelońskiego festiwalu Primavera Sound) tyle, że mniejsza Sala D'actes Platea wchodząca w skład Palau de Congressos, w której przygotowano miejsca siedzące dla tysiąca osób. Spektakularne rozpoczęcie podtrzymał poprzez swoją uderzeniową moc Lee Gamble, którego album Koch w tle doskonałych projekcji Dave Gaskartha w wersji live przeszedł moje najśmielsze oczekiwania, stając się jednym z najciekawszych w ogóle podczas trzydniowego cyklu. W towarzystwie monumentalnego basu oraz niewiarygodnie raz acidowo barwnych, innym razem surowych, wręcz cmentarnych czarno-białych grafik, zaserwowano skrajnie oczyszczający popis, w którym matematyczna precyzja stworzyła efekt zrzucanego z ogromną siłą szkła powodując poczucie niezwykłej, jedynej w swoim rodzaju przestrzeni. Największe wrażenie zrobił zwłaszcza genialny, monstrualny „MotorSystem”. Po najagresywniejszej na całym festiwalu prezentacji niezbędna była chwila wytchnienia, toteż idealnie w całość wpisał się bardzo świeży live La Mverte. Krajan niezastąpionego i niestety już nieaktywnego Gesaffelsteina w swojej zaskakująco bogatej pomysłowości mocno mi o nim przypomniał. O tym, że nie wszystkie audiowizualne projekty muszą być udane przekonały zaś dwa następne akty. Siermiężny, przekombinowany pokaz duetu Double Vision: Atom™ + Robin Fox, w którym transowo wybijane milion razy na minutę podbicia nie prowadziły donikąd okazał się tylko niepotrzebną chłostą dla uszów. Zawiódł również, choć w zupełnie innej, bo spokojnej i harmonijnej atmosferze, w ramach obrazu The Well duet Koreless + Emmanuel Biard. Zbyt cukierkowate podejście do tworzenia klimatu, w którym prostolinijne rytmy i uderzenia były srogo kontrastowane przez quasi dupstepowe otoczenie, przypominały spotkanie Apparata ze Skrillexem, dłuższymi partiami brzmiąc po prostu komicznie.

Co mogło połączyć dyskotekowo-klubową Akademię Red Bulla z gitarowym jazgotem pasującym raczej do festiwali metalowych typu Roadburn? W SonarDôme w ramach Red Bull Music Acadamy zagrało, jakże potężne na żywo (jeden z najlepszych koncertów nie tylko tego festiwalu, ale i całego roku) Nazoranai! Wraz z wybuchem niesamowicie eksplodującego Keiji Haino zaczęło się wielkie misterium. Najpierw była seria dronów, utrzymanych w trudnej dla bywalców elektronicznego festiwalu, stylistce ekstremalnie ciężkich noise doomowych gitar. Potem nastąpił syntezatorowy popis psychodelicznej improwizacji, na których tle nieco zbyt słabo brzmiał bas Stephena O’Malley'a, co przez chwilę przeszkadzało w odbiorze nieziemskiego tria. Jazzowa gra perkusisty Orena Ambarchi oraz wokalne, jakże szaleńcze wojaże w finałowej części koncertu osiągnęły najwyższy punkt kiedy po grze smyczkiem na basie w hali zapanowała niewiarygodnie masywna i głośna fala rozchodzącego się rezonansu. To była awangardowo-eksperymentalna uczta najwyższego kalibru.

Po dość wstrząsającym dla większej części publiczności przeżyciu przebłysk spokoju zaproponował Lorenzo Senni. Znowu na siedząco, bo w rewelacyjnej sali SonarComplex, Włoch zademonstrował organiczny, oparty na wodnych kulach dźwięku wprowadzający w błogi nastrój live. Ciekawie wypadły zwłaszcza sprawnie wmontowane w całość  podbicia, świetnie wyciszając przed nadzwyczajnym audio-kataklizmem czwartkowego finału, czyli miazgi zaserwowanej przez Autechre. Śladami producentów wszelakich sprzętów nagłaśniających, testujących jakość swoich wyrobów na twórczości Brytyjczyków, powinni pójść producenci sprzętu sportowego oraz sprzętu fitness. Która poduszka powietrzna w podeszwie sportowego obuwia wytrzyma napór ich hałasu nie wbijając nóg w ziemię? Dlaczego tylko pod wpływem muzyki płynącej z głośników uruchamia się impuls wywołujący drgania mięśni brzucha? Nic i nikt nie ma szans w porównaniu z tym, co w swoim ekskluzywnym show zaprezentowało w doskonale nadającej się do tego SonarHall, duo. Najmocniejsza z dostępnych dla ludzkiego ucha partia basu połączona z niepowtarzalnym stylem uderzenia wprost porażała łącząc w niewyobrażalną plątaninę wszystko, co w elektronice najlepsze. To było najidealniejsze z możliwych zakończenie pierwszego dnia. Szkoda jedynie, że Autechre kolidowało z pokazem Joanie Lemercier & James Ginzburg pt. Blueprint.

Drugi dzień rozpoczął się z wysokiego „C”. W SonarComplex wystąpił znakomity duet LCC prezentując niemalże w całości genialną płytę D/evolution. Darkambientowa zapaść zdawała się nie mieć końca. Cudownie, wręcz baśniowo wypadł zwłaszcza „Adámas” oraz „Calx”, potężnie inaugurując serię fenomenalnych koncertów. O ile LCC powodowało zapaść delikatnie wbijając w ziemię, to drugi w kolejności, grający w całkowitych ciemnościach i na leżąco duet Evol swoimi basowymi dronami, które z biegiem czasu przyjęły postać makabrycznie hardcorowyh uderzeń, a także za sprawą ogłuszających twistowych pisków, wiercił w niej otwór. To był najkrótszy, ale z całą pewnością najbardziej abstrakcyjny występ ze wszystkich. Trochę szkoda, że w trakcie tej basoterapii równocześnie grał Vessel. Zrezygnowałem z niego chcąc również w całości zobaczyć Klarę Lewis. Niepotrzebnie. Bogactwo struktur znane choćby z ETT czy z Msuic EP niestety nie przełożyło się na wartość dodaną w grze na żywo. Zabrakło kompaktowości, motywu przewodniego, ciekawe wizualizacje to zdecydowanie za mało. 

Nawet piętnastominutowe opóźnienie związanego ze zbyt dużym zainteresowaniem publiki, ani przez chwilę nie wpłynęło za to na jakość i odbiór wyluzowanego Russella Haswella. Z minuty na minutę coraz bardziej rozkwitające formy imponowały swoją przestrzenią, wielowarstwowością, siłą uderzenia, ale ponad wszystko niesłychaną pomysłowością. Z początku trudny w odbiorze live z czasem wywoływał swoją nieszablonową surowością coraz więcej dreszczy, a grindcore-techniczny finisz trudno porównać do czegokolwiek. Rzecz absolutnie fantastyczna, fajnie byłoby usłyszeć kiedyś duet Haswell-Gamble lub Haswell-Prurient. Napięcie rosło. Jak się okazało kolejki przed Haswellem były niczym w porównaniu do zainteresowania KTL. Organizacyjnie byłoby pewnie lepiej gdyby usadowiono ich tam gdzie dzień wcześniej Autechre, czyli w nieco obszerniejszej SonarHall, niż w SonarComplex. Przez prawie dwudzistominutowe opóźnienie udało mi się obejrzeć tylko pierwszą cześć jakże wciągającego popisu amerykańsko-austriackiego duetu. Motywy grozy i tajemniczości zaserwowane przez Stephena O'Malley'a w ciągłej, potężnej ambientowej plamie z perfekcyjnie dobranymi szelestami i piskami w tle robiły zgoła większe wrażenie, niż jego, o wiele mocniejszy w formie przekaz w ramach metalowego Sunn O))). KTL zagrało najbardziej klimatycznie, mrocznie i posępnie ze wszystkich zgromadzonych w ramach barcelońskiego eventu. Zupełnie niepotrzebnie zrezygnowałem z finałowej części KTL dla Kiasmos. Utwory z debiutanckiego ich albumu wypadły bardzo blado, jednowymiarowo i zbyt jednostajnie. Pozbawione energii, zagrane z większym naciskiem na pierwiastki techniczne, aniżeli na motywy Ólafura Arnaldsa, pozbawione były jakiegokolwiek wigoru, nie wywołując prawie żadnych pozytywnych wibracji. Najlepiej wypadł „Lit” i „Looped”. Nowe dwa utwory były nadmiernie rozbudowane i tęgo zapatrzone w akcenty clubbingu. Dyskoteka Islandczyków to z całą pewnością największe rozczarowanie całej edycji 2015. Pozostaje mieć nadzieję, że kiedyś usłyszymy zawartość wydawnictwa z 2014 roku z udziałem instrumentów żywych tak, jak trzy lata temu w przypadku Krieg und Frieden (Music for Theatre) genialnie zrobił to Apparat. Całe szczęście, że drugi dzienny cykl Sónar zamykał Voices From The Lake, który w wyciszający i atmosferyczny sposób nawiązało poziomem do wcześniejszych wykonawców bardzo dobrego, pełnego eksperymentów dnia festiwalu.

Po zakończeniu drugiego dnia, trwającego w godzinach 12-22 Sónar by Day, od godziny 22 do 7 rano rozbrzmiewał zupełnie inny, zarówno formie jak i pojemności obiektów Sónar by Night, do którego w niecałe pół godziny bardzo sprawnie dowożono specjalnie do tego celu przygotowanymi autobusami. Ta cześć gromadzi już niestety inną publikę, jest nastawiona na masy, które przyciąga magia znanych „nazw”. W tym roku rolę headlinerów pełnili m.in. The Chemical Brothers, Hot Chip, Duran Duran, Die Antwoord, Skrillex, A$AP Rocky oraz Modeselektor. Całość odbywała się w dużym kompleksie składającym się z dwóch scen na otwartej przestrzeni oraz dwóch ogromnych hal w których zamontowano nawet stoiska z rozłożystym placem dla aut elektrycznych (!). Okropny pech sprawił, że jedynych interesujących mnie w ramach tego nocnego cyklu, czyli Carreno is LB, Powella, Randomera, Helenę Hauff, Romana Flügela oraz Uroza umiejscowiono właśnie na scenie SonarCar, przy której festynowo-jarmarczny charakter Sónar by Night udzielał się najmocniej. Otóż, zbyt blisko ustawione stoisko z tymi głośnymi, uderzającymi o siebie z impetem mini samochodami, oświetlone dużymi cyrkowymi neonami oraz siedzącymi przy tych stoiskach grupami krzyczących, robiących spory harmider ludźmi, psuło całkowicie odbiór serwowanej tam muzyki. Nie wiem czy nazwa sceny SonarCar miała na celu skonfrontowanie umiejętności didżejskich z jazgotem jeżdżących tam minipojazdów, ale tak beznadziejnego rozstawu w swoim życiu jeszcze nie widziałem! Największy z dotychczasowych katastrofalnych pomysłów, czyli aktywny diabelski młyn zbyt blisko ustawiony przeszkadzał bodajże na Primaverze 2013. Owy przy tym stoisku na Sónarze byłby prawie niezauważalny. Próby złapania koncentracji po dziesięciu godzinach dziennej odsłony festiwalu zakończyły się więc totalnym fiaskiem. Wielka szkoda zwłaszcza tej energii, którą wbrew przeciwności losu i organizatorów starali się wygenerować grający tam didżeje. Pozostaje przesłać im wyrazy współczucia.

Z planu ustawienia pozostałych miejscówek zaskakiwał brak jakiejkolwiek strefy buforowej, a choćby korytarzy chroniących przed ogromnym hałasem wytworzonym przez cztery przylegające do siebie miejscówki. Wychodząc z sali SonarClub wchodziło się bezpośrednio do SonarLab, z którego od razu za ścianą rozbrzmiewały dźwięki z SonarCar, przy którego wyjściu zaczynał się... plac SonarPub. I uwaga! Na każdej z czterech scen koncerty i didżejskie sety trwały cały czas, bez żadnych przerw na rotacje. Doprawdy ciężko było znieść wszechpotężny, permanentny jazgot niosący się zewsząd równocześnie. Dwudniowa, nocna edycja okazała się więc więcej niż sporym rozczarowaniem.

Sobotnia dzienna część Sónar, jakże spokojnego i pełnego skupienia w porównaniu do tej nocnej edycji, w przepiękne popołudnie rozpoczęła się w nadspodziewanie pobudzający sposób od ciekawego filmu pod tytułem Nuntius z muzyką Jimiego Tenora oraz Jori Hulkkonena w tle. W jednej połowie czarno biała, w drugiej kolorowa, jakże chilloutowa projekcja przedstawiała futurystyczną historię człowieka robota Mr. Normalla, który wysłany na misje zaczyna odkrywać ludzkie percepcje (główny bohater pojawił się pod koniec pokazu wychodząc nagle z grona publiczności, co wywołało niebywałe poruszenie i aplauz). Przyjmująca formę narracji muzyka doskonale pasowała do harmonijnej i nieco abstrakcyjnej ekranizacji w decydujących momentach zapadając się w przenikliwe ambientowe partie. Film okazał się świetnym wyciszeniem, wywołując zarazem jakże niezbędny trzeciego dnia imprezowej aktywności, efekt świeżości, który potrzebny był zwłaszcza przed kapitalnym, morderczym popisem, niepozornego z wyglądu Mika Vainio. W swojej agresywności  Fin zbliżył się z mocą oddziaływania do czwartkowego Autechre. Wiercąca dziurę w umyśle całość wymagała sporej energii i koncentracji brzmiąc jak najlepszy miks furii Prurienta, klimatu The Haxan Cloak z nieokiełznanym, spotęgowanym szaleństwem Atari Teenage Riot. Rzecz niezwykła. Po tym bezpardonowym rarytasie znowu trzeba było nabrać trochę lekkości i tutaj z optymalną pomocą przyszła znowu scena Red Bull, w której pozytywnie zaprezentowała się pochodząca z Chile Valesuchi. Solidny, hipnotyczny set potwierdził jej zamiłowania i talent do tworzenia rozbudowanych, chwilami nadspodziewanie przykuwających uwagę wstawek.

I tak jak w pierwszym dniu największe wrażenie zrobili rewelacyjny Lee Gamble + Dave Gaskarth, osobliwe Nazoranai, niszczący wszelkie bariery dźwięku Autechre; w drugim przepiękne LCC oraz tajemnicze KTL, a w trzecim nieobliczalny Mika Vainio, tak finał finałów należał do wyśmienitej na żywo Holly Herndon. To było najbardziej spektakularne zjawisko na całym festiwalu. Przyznam szczerze, iż świeżo po wydaniu najnowszej jej płyty pod tytułem Platform kręciłem nieco nosem, będąc za to dużym fanem, jakże różnej w tym porównaniu jej poprzedniczki Movement. Występująca w towarzystwie dwóch osób, w tle imponujących, trójwymiarowych projekcji Herndon zaprezentowała się w zgoła mocniejszym, bardziej psychodelicznym niż na płytach wydaniu, w czym główna zasługa wywołujących kolosalną ekscytację żywych, podwójnych wokali. Odtworzono wszystkie pogłosy, szelesty, westchnienia, partie czystego śpiewu, loopy oraz krzyki nadając muzyce w wersji live jeszcze więcej wielowarstwowości i przestrzeni. Fenomenalny „Interference”, niewiarygodny „Chorus”, jakże bajecznie pogubiony „Unequal”. Nawet zbyt przystępny na płycie „Morning Sun” pozytywnie zaskoczył. Gdy dodamy do tego z debiutanckiej płyty, niemieszczące się na żywo w ocenie żadnej skali wyborne „Terminal”, no i oczywiście „Fade”, to można mówić o ideale. Nie może dziwić fakt, że Herndon schodziła ze sceny z prawie pięciominutową owacją na stojąco. To był występ totalny! Nic nie można by było w nim ulepszyć, nic poprawić. Wielowymiarowość, intensywność, a zarazem lekkość imponowały, a rosnąca z sekundy na sekundę moc generowała coraz to większe pasmo przeżywanych odczuć. Błądzące w otchłani drumy, wybijające się z poza flegmatycznego, jakby spóźnionego basu partie głosów miażdżyły. To był jeden z tych koncertów, w których słyszana muzyka prowadzi otwarty dialog z wnętrzem słuchacza docierając do najgłębszych sfer świata emocji oraz niezadeklarowanych, bo nieodkrytych jeszcze myśli. Socjologiczny, ale zawierający również odwołania do intymniejszych kwestii performans dotyczący przede wszystkim dzisiejszych form komunikacji, na długo pozostanie w mojej pamięci, będąc jednym z najlepszych widzianych w ogóle. Obok Nazoranai był to bezsprzecznie najbardziej awangardowy pokaz podczas całej tegorocznej edycji Sónar Festival. 

Obok jakże udanego, ekscytującego i przywołującego same pozytywne wibracje Sónar by Day, oraz jakże rozczarowującego Sónar by Night całą imprezę uzupełniały robiące duże wrażenie targi technologii, kreatywności oraz tzw. New Media Art. Furorę robiły stoisko mechanicznego pająka Cod.Act: Nyloïd, stoisko CONDUCTR. Ableton Live & Traktor Controller for iPad pokazującego pracę wnętrza iPada, oraz konferencje, na których można było spotkać takie osobistości jak Ritchie Hawtin, Richard Russell, Holly Herndon czy Joanie Lemercier. Również organizacyjnie wszystko powiodło się zgodnie z oczekiwaniami (tylko jeden odwołany występ), zaś z perspektywy festiwalowicza, poza fatalnym usadowieniem sceny SonarCar, nie było już żadnych innych, większych niedociągnięć. Tegoroczny Sónar okazał się więc odpowiednikiem słynnej noweli Doktor Jekyll i Pan Hyde - za dnia pełen niesamowitych odkryć, pod osłoną nocy jego przeciwieństwo. Tak więc jeśli ktoś szuka festiwalu z doskonałym nagłośnieniem, z jednym z najlepszych elektronicznych eksperymentalnych lineupów, z rozluźniającymi atmosferę didżejami pomiędzy, a także ma ochotę przeżywać muzykę od południa i bardzo lubi słońce (poza trzema scenami w pomieszczeniach zamkniętych, czwarta SonarVillage znajduje się na otwartym powietrzu), Sónar by Day jest miejscem wprost idealnym. Gdyby jeszcze do każdego dnia „z zasady” wrzucono dla odskoczni jeden występ gitarowy typu fusion, taki jak czwartkowy Nazoranai, byłoby niebiańsko. Sónar by Night, i to bez względu na lineup, lepiej jest omijać szerokim łukiem.

[tekst: Dariusz Rybus]

[zdjęcia: Dariusz Rybus]

Carreno is LB [fot. Dariusz Rybus]
Christian Kroupa [fot. Dariusz Rybus]
Cod.Act Nyloid [fot. Dariusz Rybus]
Cod.Act Nyloid [fot. Dariusz Rybus]
Ableton Live & Traktor Application [fot. Dariusz Rybus]
Ableton Live & Traktor Application [fot. Dariusz Rybus]
Holly Herdnon [fot. Dariusz Rybus]
Holly Herdnon [fot. Dariusz Rybus]
Jimi Tenor & Jori Hulkkonen presents Nuntius [fot. Dariusz Rybus]
Kiasmos [fot. Dariusz Rybus]
Klara Lewis [fot. Dariusz Rybus]
KTL [fot. Dariusz Rybus]
La Mverte [fot. Dariusz Rybus]
LCC [fot. Dariusz Rybus]
Lee Gamble + Dave Gaskarth [fot. Dariusz Rybus]
Lee Gamble + Dave Gaskarth [fot. Dariusz Rybus]
Lorenzo Senni [fot. Dariusz Rybus]
Mika Vainio [fot. Dariusz Rybus]
Nazoranai [fot. Dariusz Rybus]
Nazoranai [fot. Dariusz Rybus]
Plac zabaw przed sceną Sonar Car [fot. Dariusz Rybus]
Russell Haswell [fot. Dariusz Rybus]
Valesuchi [fot. Dariusz Rybus]
Voices from the lake [fot. Dariusz Rybus]