polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious

LAM (Zimpel, Zemler, Dys)
Pardon To Tu | Warszawa | 27.05.15

Z minimalizmem ostatnio jak z krautrockiem - wraca co chwilę, a nawet częściej. Okrągłe urodziny Reicha, Glassa i Younga (jego akurat i niestety najmniej obchodzone) temu sprzyjały, podobnie jak dość naturalne podjęcie pulsów i dronów różnych w muzyce elektronicznej. U Zimpla minimalistyczne inspiracje po raz pierwszy słyszałem na koncertach Hery, za sprawą harmonium i ogólnej cierpliwości. Z tym, że to raczej były wątki a la Pandit Pran Nath, pośrednio La Monte Young. Pulsy na pierwszy plan wyszły w To Tu Orchestra i w powiązaniu z repetytywnymi figurami okazały się także motorem tria LAM (Zimpel - klarnety, Zemler - perkusja, Dys - fortepian, klawisze). Którego pierwszy koncert zrobił na mnie jednak wrażenie nieszczególne. Wielu muzyków mówi, że granie pulsów jest bardzo przyjemne, ale jeśli muzyka ma też służyć odbiorcy, to powstaje pytanie po co pulsy inne niż In C czy Music for 18 Musicians grać, tzn. po co autorskie kompozycje w ten sposób robić, a nie tylko nowe instrumentalne formaty dla tamtych utworów znajdywać. Zwłaszcza po Brance, Chathamie, czy nawet Tortoise.

Występ LAM przywodził troszkę na myśl konstrukcję a la In C wzbogaconą perkusją. Oczywiście Zimpel solowe partie miał  rozbudowane, co mi trochę z ideą minimalistyczną się gryzło - pulsy jako tło stają się moim zdaniem banalne, muszą być hipnotycznym trzonem. Kid Millions kiedyś to dość radykalnie zinterpretował w Man Forever, w którego warszawskiej odsłonie grał zresztą Hubert Zemler. Lecz by grać pulsy jako takie w 2015 roku, coś ekstra trzeba moim zdaniem do nich dodać - można barwę i atmosferę kryminału jak Roll the Dice, można moc techno jak Pantha du Prince, można instrumentalne DIY i perfomatywny wymiar jak Ex-Easter Island Head.

W muzyce LAM zabrakło mi elementu spoza minimalistycznego alfabetu, który by tę inspirację przeobraził w sposób przykuwający moją uwagę. Barwowo i ekspresyjnie koncert był bardzo grzeczny, brzmiał trochę jak (co prawda stare, ale jednak) Cinematic Orchestra, trochę jak hipotetyczny projekt Możdżera. Zabrakło mi szorstkości, odrobiny krzyku, które tylko na chwilę pojawiły się pod koniec koncertu. Nie przekonało mnie zupełnie wejście w syntezatorowo-klawiszowy pasaż bez klarnetu, znowu może za dużo Tortoise sobie przez lata zaaplikowałem. O zestawieniu melodyczno-repetytywnym już wspomniałem - nie przekonało mnie zupełnie. Trochę zaskakujące było też zepchnięcie na drugi, czy nawet trzeci plan, fortepianu, który koncert otworzył, ale potem gdzieś zniknął. Per saldo, w koncercie LAM nic nie raziło, nic nie przeszkadzało, ale też niewiele porywało. Może to trudność pierwszego koncertu i z czasem uda mi się dostrzec sens tego minimalistycznego recyklingu idei głębszy niż podejrzenie, że to się po prostu przyjemnie gra.

[zdjęcia: Piotr Lewandowski]

LAM (Zimpel, Zemler, Dys) [fot. Piotr Lewandowski]
LAM (Zimpel, Zemler, Dys) [fot. Piotr Lewandowski]
LAM (Zimpel, Zemler, Dys) [fot. Piotr Lewandowski]
LAM (Zimpel, Zemler, Dys) [fot. Piotr Lewandowski]