polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Oren Ambarchi wywiad

Oren Ambarchi
wywiad

Click here for the English version of this interview.

Opowiedz, co nagrywałeś w weekend? 

Nagrywałem dla Johna Duncana, który jest ważnym amerykańskim artystą eksperymentalnym. Nagrał płytę, na której śpiewa. Porozsyłał różnym ludziom dziwne piosenki z samymi wokalami. Mi też wysłał kilka ścieżek wokalnych i poprosił o zbudowanie muzyki na tej bazie. Spotkałem się zatem z Joe Talią, perkusistą, z którym dużo pracuję oraz nagrywam i w oparciu o jeden z wokali stworzyliśmy utwór.

Kiedy można spodziewać się premiery?

Nie wiem. Wydaje się mi, że to spory projekt. John miał wiele ścieżek, które powysyłał do różnych ludzi. Ciężko powiedzieć kiedy to się skończy, bo to jego projekt. 

Przebywasz teraz w domu, co rzadko Ci się zdarza. To jakaś dłuższa przerwa? Relaksujesz się przed kolejnymi trasami i w międzyczasie sobie nagrywasz? 

Zazwyczaj jestem w domu o tej porze roku, ponieważ w Australii mamy teraz wakacje. Przyjeżdżam w grudniu lub pod koniec listopada i zostaję do stycznia, lutego. Robię tak to od paru lat. W połowie lutego wybieram się do Los Angeles i jednocześnie zaczynam trasę. 

Solową?

Do LA wybieram się pisać muzykę z moim przyjacielem Jamesem Rushfordem, który obecnie przebywa w CalArts w Valencii. Dostaliśmy zlecenie na napisanie muzyki dla norweskiego ansamblu. Poza tym, szykuje się kilka rzeczy, jak festiwal w Chicago. Zamierzam zagrać także koncerty z moją partnerką Crys Cole i po nich przyjadę do Europy w okolicach marca, kwietnia. Będę grał we Włoszech i jeszcze gdzieś. 

Wolisz pracę studyjną, czy koncerty? 

Uważam, że wszystko ma dobre i złe strony. Kiedy grasz udany koncert, odczuwasz to fizycznie, czego nie masz w studio. Nie ma fizycznego odczucia związanego z nagłośnieniem, jakim dysponujesz grając przed publicznością. To dwie różne rzeczy. Kiedy w trakcie koncertu wszystko idzie po twojej myśli, jest fantastycznie. Ale uwielbiam też pracować w studio i dopieszczać nagrania. To pasjonujący proces. Kocham płyty i kocham je nagrywać. 

Wydaje mi się, że dobrze się porządnie zmęczyć na koncercie. 

Tak właśnie jest. Kiedy grywam sam, jestem niepewny i pod presją. Odczuwam potrzebę rozwijania się w porównaniu z poprzednim koncertem. Czasami czuję się też wypalony. Staram się osiągnąć pewien specyficzny stan, a kiedy go nie odczuwam, nie jestem zadowolony i wpadam w małą depresję. Zatem koncert to zawsze pewien stres. Przed występem jestem trochę nerwowy, ponieważ chcę osiągnąć ten stan, a czasami się udaje, a czasem nie. 

A jak dajesz sobie radę z dwoma instrumentami na scenie? Masz zaplanowane, co zagrasz?

Tak naprawdę grałem solowe sety z gitarą i perkusją zaledwie kilka razy. Myślę, by robić to częściej, lecz wszystko zależy od sytuacji, czy mam wystarczająco dużo czasu, by to odpowiednio zabrzmiało. Na festiwalu z reguły nie ma takiej możliwości. Ustawienia mojej gitary są tak skomplikowane, że nie ma mowy, żeby jeszcze nagłaśniać perkusję. Ale chciałbym to robić częściej – kiedy mam okazję, nie wiem nawet, co zagram, ale wskakuję za zestaw i próbuję.

Wolisz granie na festiwalach, czy w mniejszych miejscach dla mniejszej publiczności?

Lubię jedno i drugie. Zależy od sytuacji. Jest coś przyjemnego w graniu dla mniejszej publiczności, która siedzi blisko mnie. Natomiast na festiwalu masz większe nagłośnienie. W mojej muzyce dużo jest niskich częstotliwości i fizycznego odczuwania dźwięku, co można w pełni zrealizować na festiwalach. 

Z tego też powodu twoja publiczność może być trochę zdziwiona.

Mam nadzieję, że to nie męczy. Nie chcę grać muzyki, która jest uciążliwa i głośna dla samego bycia głośnym. Bardziej chodzi o zanurzenie się w dźwięku, coś jak masaż dźwiekiem. Nie chcę być nieznośnie głośny i denerwujący (śmiech).

Bardziej czujesz się gitarzystą, perkusistą, twórcą, multiinstrumentalistą, czy po prostu muzykiem, artystą? 

Nie wiem. Nie uważam siebie za gitarzystę ani za perkusistę. Wydaje się mi, że chodzi o dźwięk, uchwycenie chwili i robienie tego co trzeba w danym czasie. Niech przemówi dźwięk. To nie ma być efektowne technicznie i nie chcę, by tak było odbierane. Chciałbym, by ludzie zapomnieli o instrumencie i dali się ponieść dźwiękowi. 

Wywodzisz się ze sceny free jazzowej, później był punk i hard core, pop, kraut rock, drone, noise, muzyka współczesna, wiem że lubisz techno, którego elementy można usłyszeć na “Quixotism”, czy to będzie następny etap w twojej karierze? 

Nie wydaje się mi, żebym grał techno, są pewne elementy… 

Bardziej chodzi mi o szczególny puls.

Zdecydowanie. Kocham rytm i wydaje się mi, że zawsze był obecny w mojej muzyce, nawet w starszych solowych rzeczach gitarowych. Są tam repetycje i rytm, lecz nie podane w sposób oczywisty. Teraz jest tego znacznie więcej, ponieważ obecnie gram o wiele więcej na bębnach i to mnie wciąga. Ostatnio słucham sporo disco z lat 70. Po prostu kocham samą ideę rytmu jako czegoś powtarzalnego. Te małe elementy i niuanse, które nabierają nowych kształtów i podlegają zmianom. Twórczość minimalistycznych amerykańskich artystów z lat 60. i 70. to tylko inna wersja tego samego podejścia. Wydaje się mi, że będę kontynuował poszukiwania w tym kierunku. 

Jesteś zaskoczony tak dobrym przyjęciem “Quixotism”? 

To bardzo miłe. Ciężko i długo pracowałem nad tą płytą. Może nie tak długo, jak się może wydawać, ale i tak miło, iż ludziom się spodobała. 

Płyta nagrywałeś w Europie, Ameryce Południowej, Australii i Azji w towarzystwie różnych muzyków. Opowiedz o procesie tworzenia i nagrywania. Jak długo trwały prace i czy listę potencjalnych gości miałeś od razu w głowie, czy działałeś spontanicznie? 

Raczej spontanicznie. Thomasa Brinkmanna brałem pod uwagę od samego początku. To była świadoma decyzja, że chcę z nim nad czymś popracować. Później doszły rzeczy gitarowe. Podróżując rozmyślałem, jak miałaby wyglądać sekcja. Pojechałem też do Seattle, by nagrywać z Randallem Dunnem i Eyvindem (Kangiem). I to też była świadoma decyzja, nie miałem jednak planu, jak to ma wyglądać. Zebrałem to, co miałem gotowego, a że miałem wolny dzień w studiu i głowę pełną pomysłów, nagrałem, ile się tylko dało. Eyvind dodał także coś od siebie. Pracowałem w ten właśnie sposób, później wszystko zabrałem do domu, przesłuchiwałem i obrabiałem. Natomiast podczas ostatniej sesji, w Tokio z Jimem O’Rourke w nagraniach wzięła udział osoba grająca na tabli. Jim nagrał mnóstwo rzeczy, całą masę syntezatorów. Zajęło mi dużo czasu edytowanie, dopieszczanie i dokładanie kolejnych elementów. Cały proces był zatem dość czasochłonny. Dopracowywanie, dogrywanie, by przekonać się, jak rzeczy ze sobą współgrają, czy też wypróbowywanie innych rozwiązań. Całkiem organiczny sposób nagrywania. 

“Quixotism” zaczyna się po 10 sekundach ciszy, jak nagrania z ECM....

Coś się tam dzieje w tle, ale jest bardzo cicho. Dzieje się od razu, ale bardzo powoli narasta. Uwielbiam wciągać słuchacza w świat dźwięków. Nie chcę walić po głowie dźwiękiem przez cały czas. Przypomina to trochę film, który po rozpoczęciu wgryza się w głowę i przenosi do innego świata. Oczywiście, lubię też nagrania z ECM. (śmiech) 

Część z twoich nagrań wydaje się być zapisem chwili i miejsca: "Sagittarian Domain", "Shade Themes from Kairos" lub "Black Plume". Z drugiej strony jest “Knots”, czy “Quixotism”, rzeczy solowe i bardziej złożone. Które stawiasz wyżej w hierarchii? 

Robię to, co uważam za słuszne. "Sagittarian Domain" była bardzo spontaniczną, „rockową” sesją która wydarzyła się bardzo szybko. W pewien sposób blisko jej do “Knots” i “Quixotism”. Inne były tylko metody. Niektóre rzeczy są prostsze i bezpośrednie, niektóre natomiast mają wiele warstw, wiele rzeczy które funkcjonują na bardzo subtelnym poziomie. Obydwie metody mnie interesują. Ale nie planuję ich, po prostu się organicznie pojawiają.

Można więc stwierdzić, iż wolisz pracować w sposób spontaniczny, niż mieć wszystko przygotowane przed wejściem do studia? 

„Sagittarian Domain” był zdecydowanie niezaplanowany. Jedyne co miałem, to automat perkusyjny, który podarował mi znajomy, który odwiedził mnie w noc poprzedzającą sesję. I tylko z nim wszedłem do studia. Dokoła było mnóstwo innych instrumentów, zestaw perkusyjny i wszystko zaczęło nabierać kształtów. W “Quixotism” miałem spisaną na kartce listę pomysłów i to one inspirowały całość, więc też nie było planu sensu stricto. Mam zawsze pomysły, które stanowią punkt wyjścia dla sesji, ale nie ma konkretnego planu. 

Część z twoich projektów ma formę power trio, tegoroczne w większości będą duetami, w czym się czujesz bardziej komfortowo? 

Tworzenie power trio z Keiji Haino nie nazwałbym czymś komfortowym, ponieważ grasz z Keiji Haino, czyli tak naprawdę nigdy nie wiesz, co się wydarzy. Praca z nim to zawsze wyzwanie, dlatego tak ją lubię. Jest nieprzewidywalna, nigdy nie wiesz, gdzie zaprowadzi. Jest to bardzo fizyczne doświadczenie i musisz być w pogotowiu. Cały czas do głowy przychodzą nowe pomysły, na które musisz natychmiast zareagować. Jim raz powiedział, iż współpraca z Haino przypomina oglądanie filmu. I tym filmem jest właśnie Haino. My z Jimem jesteśmy osobami odpowiedzialnymi za oświetlenie, czy zmiany w scenerii. Pozwalamy Haino, by robił co potrafi najlepiej, a my staramy się to okiełznać muzycznie. Jest to coś subtelnego, ale jednocześnie integralnego z tym, co się dzieje. Bardzo lubię mieć wpływ na muzykę nawet będąc za bębnami, nie nadajesz kierunku tylko cały czas nadajesz kształt. To ciekawa relacja. 

Jesteś osobą sentymentalną? Powracasz do rzeczy, które zrobiłeś wcześniej? Bierzesz je pod uwagę, gdy planujesz nowe rzeczy? 

Na pewno. Sporo moich rzeczy nagranych w przeciągu ostatnich lat zainspirowanych jest tym, czego słuchałem będąc nastolatkiem. Oczywiście są różnice, chociażby dzięki doświadczeniom, jakie zebrałem przez lata. “Knots” jest zdecydowanie inspirowany nagraniami z ECM, których słuchałem mając 15 lat, tak samo, jak nagraniami Henry Flynta, które poznałem znacznie później. A praca z Haino… Jestem wielkim fanem Haino od bardzo dawna, więc jego twórczość znałem bardzo dobrze zanim go spotkałem. To super rzecz, pracować z kimś, kogo podziwiasz i kogo muzykę znasz i tak bardzo kochasz. Jest zatem w tym coś nostalgicznego, ale mam nadzieję jednak, że nie tylko to. Mam nadzieję, że zmierzamy w nowym kierunku, że robimy nowe rzeczy, choć również inspirowane starszym materiałem. 

I sobą nawzajem.

Tak, wciąż razem pracujemy, więc wszystko idzie dobrze. I wydaje się, że wszyscy się razem z tego cieszymy.  

Kiedy kończysz nagranie, lecz nie jest ono jeszcze wydane, wysyłasz nagrania do przyjaciół, pytając ich o zdanie? 

Oczywiście w trio z Haino, kiedy coś miksuję, wysyłam efekty do Jima i Haino, żeby się ustosunkowali. Kiedy pracuję nad płytą solową… Wydaje się mi, że wiem, kiedy coś jest na tyle dobre, by to wydać. Jest też kilka bliskich osób, którym nagrania puszczam. Przeważnie mojej partnerce Crys. Może jeszcze jednemu, dwóm przyjaciołom. Dobrym uchem dysponuje też Joe Talia, kiedy wspólnie miksujemy. Liczę się z jego zdaniem. Zazwyczaj jednak sam decyduję, czy coś się nadaje do wydania, czy nie. (śmiech)

Ile razy “Knots” był wykonywany na żywo? 

Ze smyczkami bodaj 6-7 razy. Graliśmy również kilka razy z Joe jako duet. Tylko gitara i bębny. Wychodzi wówczas z tego coś surowego. Natomiast ze smyczkami 6-7 razy, a koncert z krakowskiego Unsound będzie wydany na winylu. Będzie to podwójny winyl. Na pierwszej stronie nasza interpretacja w duecie z Joe, nagrana w Tokio. Strony 2 i 3 to nagranie z Unsound, a strona 4 pusta. Całość będzie wydana niedługo nakładem PAN. Występ z Unsound jest nagraniem z radia, nie ma zatem super jakości. Miks wyszedł trochę dziwny. Musieliśmy nad nim sporo popracować, ze względu na nagranie transmisji. Perkusja Joe była głośna w miksie, za to gitary bardziej schowane, ambientowe. Miło jednak mieć dwie takie wersje wykonania. Różnią się od siebie, dzięki czemu słuchacz będzie mógł zobaczyć różnice w podejściu. 

Kilka dni temu twittowałeś o drugiej płycie projektu z Jimem O’Rourke “Behold”. Słyszałem tylko jeden kawałek z tego wydawnictwa udostępniony na soundcloud.  

Ta płyta powinna wyjść już rok temu, jednak było opóźnienie związane z oprawą graficzną. Pierwszą płytę także nagraliśmy wspólnie. Została nagrana w Tokio, w studiu Jima, bardzo szybko. Całość zamknęliśmy w ciągu jednego dnia. Nie mieliśmy przygotowanego planu, po prostu tak wyszło i bardzo dobrze nam się pracowało. Pomyśleliśmy z miejsca, że skoro nam tak dobrze poszło, powinniśmy nagrać kolejną. Zaczęło się od tego, że wysłałem Jimowi trochę swoich gitarowych rzeczy, a Jim je przetworzył przy użyciu syntezatorów modularnych. Kiedy graliśmy w Tokio koncert, Jim przyniósł te przetworzone rzeczy i graliśmy nad nimi. Ja obsługiwałem gitarę i perkusję, a Jim klawisze i syntezatory. I w takiej formie powstało nagranie. Część koncertu znalazła się na płycie, pozostałe części dograliśmy w studio: nagrania terenowe, syntezatory gitarowe, różnego rodzaju kolaże. Za każdym razem, gdy wybieram się do Japonii, mam nadzieję, iż uda się nam popracować, kiedy tylko znajdziemy chwilę. Nie zajęło nam to dużo czasu, może trochę więcej od debiutu. Różnica jest taka, że zmiksowaliśmy nagrania koncertowe z całą resztą. 

Wydaje się, że przebywasz w komfortowym położeniu, nagrywasz co chcesz i z kim chcesz. Jak się z tym czujesz? 

Czuję się uprzywilejowany, iż mogę nagrywać z tymi ludźmi. To niesamowite i jestem za to wdzięczny, lecz… (śmiech) czasami to udręka, ponieważ masz w głowie wizję, którą chciałbyś zrealizować, ale zrealizowanie jej może trwać bardzo długo. Czasami zajmuje to lata, by dojść do punktu, z którego będziesz w pełni usatysfakcjonowany. Do tego momentu człowiek jest niespokojny. Nie jestem spokojny, dopóki nie rozwiążę problemu, dopóki to, nad czym pracuję nie zamieni się w coś namacalnego. Czasem to zajmuje dużo czasu, lecz uwielbiam przechodzić przez ten proces, nawet jeśli przypomina on tortury. To bardzo inspirujące i interesujące. 

Od czego zależy Twoja współpraca z SUNN O)))? Wolnego czasu, czy bardziej kwestii artystycznych? 

Tak naprawdę, nie współpracuję już z SUNN O))) od dłuższego czasu. Ostatnim naszym wspólnym nagraniem jest “Monoliths & Dimensions”, które wyszło jakiś czas temu. Natomiast wciąż z nimi działam przy różnych okazjach i kolaboracjach. Tak samo z Attilą. Tworzymy Gravetemple, około rok temu nagraliśmy w Londynie płytę, do której Attila jeszcze musi nagrać trochę wokali. Powinna się ukazać jeszcze w tym roku. Jest to bardziej black metalowa płyta, bardziej bezlitosna, a ja gram na niej na bębnach oraz nagrałem trochę gitar. W studiu stał ogromny zestaw perkusyjny, dokładnie taki model Ludwiga, jakiego używał John Bonham w Led Zeppelin. Zacząłem na nim grać i brzmiało to niesamowicie, potężnie. Dołączył Stephen i w ten sposób zaczęliśmy. Byliśmy bardzo skupieni na tym nieokiełznanym graniu perkusyjnym w połączeniu z black metalowymi gitarami. Graliśmy, dopóki nie byliśmy wycieńczeni. Dalej działaliśmy podobnie, a każdy kolejny utwór był coraz bardziej intensywny. Jeden mógł trwać 5 minut, kolejny 10 minut, a my tylko próbowaliśmy i szliśmy do przodu. Ostatecznie mieliśmy ok. 8 gotowych utworów, które były do siebie podobne, lecz coraz bardziej intensywne. Wchodząc do studia, tak naprawdę nie mieliśmy żadnego planu, jednak znaleźliśmy punkt zaczepienia i na nim się skupiliśmy. 

A czy są jakieś plany odnośnie Burial Chamber Trio? 

Hmmm… Nie wiem. Nie widziałem się z Gregiem od dłuższego czasu. Jest dość zajęty z wytwórnią i sporadycznie występuje na żywo. Nie gra już takich tras, jak zazwyczaj, a jeśli już, występuje z SUNN. A i tak nie robi tego zbyt często, więc jest jeszcze mniejsze prawdopodobieństwo niż z Gravetemple. 

Wynalazłem, iż twoim ulubionym sposobem na spędzanie wolnego czasu, szczególnie w Japonii, jest karaoke. Masz swoje ulubione piosenki? 

Kurczę, jest ich cała masa… (śmiech) 

To może ulubiona trójka? 

Naprawdę ciężko powiedzieć... Byliśmy na karaoke ok. 3 tygodni temu z Crys. Zdecydowaliśmy, że nie wykonamy żadnej z piosenek, które już kiedyś śpiewaliśmy. Spore wyzwanie – spróbować czegoś nowego. Było jednak zabawnie, sympatyczna sprawa, a że mam obsesję na punkcie muzyki, więc tym bardziej ma to sens. 

English Version

 So tell me what you've been recording during this weekend?

I was recording something for John Duncan. He's a pretty important American artist. Experimental sound artist. And he's got this record, where he's actually singing. And he made these strange songs, where he's just sending people vocals with nothing else. He sent me a few tracks of just him doing vocals stuff and he's asking people to build, you know, music around it. So, I did some stuff with Joe Talia, the drummer that I work and record with a lot. So, we did a track against one of his vocals.

 And when is it going to be released?

I don't know. I think it's a really huge project. He has lots of different tracks and he sent it to a lots of different people. It's hard to say, it's his project. 

 You are at home now, which is quite unusual situation to you. Is it a longer break? You're chillin’  before  the tour and in the meantime recording some stuff? 

I usually come home around this time of the year, where in Australia is summer holidays. I usually get here early December, late November and stay usually until January, February. I've been doing that for the last few years and I'm doing it again now. I'm going to be going to Los Angeles in the middle of February and that's a beginning of touring and travelling again. 

 Is it going to be a solo tour? 

All kinds of stuff. Actually, I'm going to LA to write a piece of music with my friend James Rushford. He's based in CalArts in Valencia, California at the moment. We have a commission to write a piece for a Norwegian ensemble. So, I'm going there to do that and then do a few things, like I'm playing at a festival in Chicago. I also have some duo shows with my partner Crys Cole. And then, I think I'm coming to Europe after that, probably in March or April, doing some stuff in Italy and a few things coming up. 

 Do you prefer to work in a studio or touring?

Hmmm... I think both have good points and hard points. When you play show and it goes well it's a very physical thing. And you know, you don't really get to have that feeling in the studio. This physical sound with the true PA and in front of the audience. It's a different thing. And when it goes well, it's fantastic. Again, when you record as well, it's a different thing, but I love creating stuff in the studio and shaping a piece of music. And when that goes well, it’s very exhilarating for me as well. But I do love records. I do love making records.

 I think it's good to be physically tired after playing a show. 

Yeah, it is. Also when you do it on your own I feel a lot of pressure and instability to do something, that I feel I'm progressing with what I did on the previous show. So, that can be difficult at times to sort of bury yourself. I'm trying to reach a certain mental state, when I play. And if I don't have that feeling, I don't feel good or satisfied, and I can be kind of depressed after, actually. So it's always a little nerve-wracking. I become a little bit nervous before I play, because I want to go there. Sometimes it happens, sometimes it doesn't. 

 How do you deal with two instruments onstage? Do you plan what's going to be played during your solo set? 

Well, I’ve only done solo sets with drums as well a few times, not that often. I'm thinking about doing it more, but it's a lot of stuff to set up and it depends on the situation. You know, if there’s enough time to do it properly and make it work. But sometimes if you're playing at a festival there's not a lot of time to jump on the stage and play. My guitar setup is so complicated that having drums as well makes it really crazy. But I would like to do it more often. When I do, I don't really know what I'm going to do on the drums, but when the time is right, I jump on and try to make something happen. 

 Do you prefer playing festivals or in smaller places for a smaller audience? 

I like both. It depends on a situation. There's something nice about playing to intimate audience situated very close to you. I really enjoy that. But, you know, at a festival there's a nice big PA. A lot of what I do does involve low frequencies and physical sound. So at festivals you usually have an opportunity to work with the PA that has that capability. 

 Your audience have to be bit shocked after your gig, because it's loud with lots of low frequencies. 

Yeah, I hope it's not oppressive. I don't want to make music that's oppressive and loud for the sake of being loud. It's more to do with being immersive and almost like a massage. I don't want to be horribly noisy and annoying. (laugh)

 And do you feel more like a guitar player, drummer, sound creator, multi-instrumentalist or just a musician, artist? 

I don't know. I don't feel like a guitar player and I don't really feel I'm a great drums player. I guess it's more about sound, being in the moment and doing what's necessary at that point in time and not being a musician. Sound speaks. It's not supposed to be flashy. I don't want people to think about that. I want people to forget about what the instrument is and listen to the sound and hopefully be transported by the sound.

 You came from free jazz scene, then there was hard core/punk, you've been recording also pop, kraut rock, drone, noise and contemporary music releases and I know you like techno. Some influences of it are possible to catch on "Quixotism". Is techno music going to be another stop in your career?

Well, I don't know if I'm doing techno music per se, there are elements of it...

 Yeah, but it's more about pulse... 

Exactly. You know, I love the rhythm. I think it has always been in my work, even in my old solo guitar stuff. There's stuff that can be repetitive or rhythmical, but not in that super obvious way. And it's just lot more now, because I'm playing lot of drums these days. And it really interests me. And lately I've been listening to a lot of old disco from the 70's. I just love the idea of rhythm and something that is quite repetitive. All these small elements and nuances are always introduced and always slowly shifting and changing. That really interests me. While it's like a lot of the minimalist music I love from the American composers in the 1960's and 1970's, it's just a different version of that. I think I'm going to continue to explore that in my solo work for sure. 

 Are you surprised with such a positive reaction to „Quixotism”?

It's been really nice, yeah. It's been great. I worked pretty hard at that record and it took a long time. It didn't take that long, but it seemed quite long, so it's nice that some people enjoyed it. 

 This album was recorded in Europe, North America, Australia and Asia, with different musicians. Tell me more about the process of creating and recording this masterpiece. How long have you been working on it and did you have a guest list in the back of your head before you started doing it or things getting spontaneously. 

It was more spontaneous. Definitely Thomas Brinkmann was there from the very beginning. And that was a conscious decision that I made, that I want to work with him on something. So, that was the first thing that I did. And then I added a guitar stuff to it. As I travelled I was thinking about a section of that piece. I went to Seattle to record with Randall Dunn and with Eyvind (Kang). That was a conscious decision, but I didn't really know what we would do. I just took stuff there and I had a day in the studio, just one day and I just added as much stuff I could on the spot that came into my head. And Eyvind added some stuff. I was doing that around the world and then sort of taking it home and listening to it and shaping it at home. Even with the last session I did in Japan with Jim O'Rourke and we used a tabla player. There's so much stuff that Jim recorded, for example. Lots and lots of stuff, lots of synth stuff and I sat with it for a long time and edited and changed things and used certain elements, whenever it was appropriate. So it was a long process of shaping it. I'd go somewhere and do some stuff and then shaped it or grabbed something and put it on the top of what I had to see what it would sound like and maybe that worked and maybe gave me another idea and then added something on my own. A kind of organic way of making a record. 

 „Quixotism” starts with 10 seconds of silence, just like ECM releases... 

There's something happening there, but it's very quiet. There's sound happening immediately, but it's very slowly built up. I love drawing people into the sound and making people coming to the sound world. I don't want to hit people in the head all the time. I love drowning into the sound world. It's like beginning of the movie or something. When the movie starts you just fall into this headspace, where you're in a different world. I like doing that and I like ECM records, too (laugh). 

 Some of your releases seem to try to catch a moment of time and place. "Sagittarian Domain", "Shade Themes from Kairos" or "Black Plume" to name a few. On the other side are "Knots" or "Quixotism", solo works which are more multi-layered. Which of them are higher in your hierarchy?

I just do what I feel is right. “Sagittarian Domain” was just very spontaneous rock-kind-of session and it just happened very quickly and felt good. In a way it's very similar to “Knots” and to “Quixotism” as well, but it's a different face of what I do. Some of it is much more basic or straight to the point. Some other stuff has a lot of layers, a lot of stuff going on in a subtle way and both of things interest me. They just happened, I don't really plan them so much, it's more organic. 

 So, in general, you prefer not to have things planned before getting into the studio. You work in a more spontaneous way. 

“Sagittarian Domain” was definitely unplanned. The only thing I had was the night before the session my friend came to my house and he had a drum machine and he gave it to me. And that was all I had when I walked into the studio. There were lots of other instruments around, drum kit and slowly just turn it into something. With “Quixotism” I had a list of things and ideas on a piece of paper that interested me and a lot of them inspired that piece. So it wasn't planned per se, but there are definitely ideas and concepts before I record anything.

 Some of your recordings were made as a power trio, this year's releases going to be more as a duo. Which form is more comfortable to you?

I wouldn't call it comfortable to do a power trio thing with Keiji Haino, because when you work with Keiji you never know what's going to happen. It's always a challenge to work with him, but that's why I like it, because it's not super predictable and you never really know, where it's going to go. It's a very physical gig to do and you have to be ready. There are a lot of ideas that come to your head all the time and you have to try to execute them immediately. Working with Haino is like Jim said: it's like looking at the movie and the movie is Haino. In a way we, Jim and I are the people that change the lightning or change the scene a little bit. We allow Haino to do what he does best or try to by shaping what's going on musically. It's very subtle, but it's very integral to what's going on. I really like that, being able to have the power to shape the music behind the drums, but you're not really directing it, but shaping all the time. It's an interesting relation in a way. 

 Are you kind of sentimental person? Got back to things you did in the past? Analysing it in the context of further steps? 

For sure. The last few years, a lot of my work is definitely influenced by what I used to listen as a teenager very much, but it's obviously very different because of all these experiences I’ve had over the years. “Knots” is definitely influenced by listening to ECM records when I was 15, but it was also influenced by Henry Flynt things I discovered a lot later. Working with Haino... I was a huge fan of Haino's work from when I was very young, so I know his music really well. It's super-cool to be able to work with somebody that you admire. And somebody whose sound and music you know so well and love. So it's something nostalgic about it, but hopefully that's not all of this. Hopefully, we're going to new territory and we exploring new stuff, inspired by old stuff. 

 And inspired each other, I think. 

Yeah, we’re continuing to do it, so it's going well. I guess we're all enjoyed it. 

 When the recording is finished, but it's not released yet, do you send stuff to some friends of yours asking about their opinion? 

Obviously, in the Haino trio, when I mix something I send it to Jim and Haino to listen to, because it's collaborative. When I do a solo piece... I can know myself if it's good enough to come out. It's a personal thing. But there are a few close friends that I play to. Mostly, my partner Crys (Cole). I play something to her. Maybe another friend or two, you know. Also when you mix stuff with Joe Talia, he's a good sounding board as we mix it. He can give me his opinion and I listen to that. But usually it's just me. I kind of know if I want to release or not. (laughs) 

 How many times have “Knots” been performed live so far?

Ohhh… “Knots” with the ensemble probably only 6 or 7 times. Joe and I have done it as a duo a number of times, which is really fun. Just guitar and drums, which is a very raw version. With strings we played it probably 6 or 7 times in total. The Unsound Cracow show is going to be on LP. It's going to be a double LP. The first side is a duo version with Joe from Tokyo and side 2 and 3 is the Unsound Cracow show and side 4 is blank. That's coming out on PAN quite soon. The Unsound show was recorded for the radio, so it's not such a great sound quality, but you get the idea. The mix of it is a little weird. We had to work on that a lot, because it was a broadcast and Joe's drums were very loud in the mix and the guitar stuff is a little more ambient and little more distant in a whole. But it's nice to have it with a duo version, because they both are very different from one another so it shows people the differences in the approach. 

 A couple of days ago you re-twitted news about your second collaboration album with Jim O'Rourke "Behold". I have heard only one track available via soundcloud. Tell me please about this release. 

That record should have come out a year ago. It was already finished a year ago, but there was delay with the artwork. The first record we did together was very quickly recorded at Jim's studio in Japan. We did the whole thing in a day and we didn't have a plan; it just happened very quickly and was really fun to make a record together. We automatically thought: let's make another one when we have an opportunity. The new one started with me, sending Jim some guitar sounds from Australia and then he processed them through his modular synthesizers and then we left it. Then we did a gig in Tokyo, where he brought the sounds these sound my guitar stuff processed by his modular synthesizer and we play on top of that. I played guitar and drums, he played piano and synths. And that was recorded. So, some of the show is on the record and then we also recorded in his studio again and we made field recordings and more guitar synth stuff and collage kind stuff, too. Every time I go to Japan I think we will work a little bit more on that record. It didn't take that long, probably a bit longer than the first one. The difference is that it does have some live playing from a show mixed with other stuff. 

 I think you're in a kind of comfort zone, you work with people you want to, recording whatever you want to. How do you feel in this zone? 

I'm really privileged to be able to work with these people. It's amazing. I'm very thankful to be able to do it. But... (laugh) a lot of time it’s torture, because you have ideas in your head you want to work out, execute them and complete them. Sometimes it can take years for something to be realized to the point where you're satisfied. So up to that point it can be quite unsettling. I'm personally not really settled until I solve a problem, when the things finally do come together. It's always ideas and all those things which are not very tangible. You try to make it tangible, so it takes a long time, but I love that process and although at times it’s torture I love going through that process. It's very inspiring and interesting.

 Does your collaboration with SUNN O))) depend on having free time together or artistic issues? 

I'm not really working with Sunn anymore. I haven't for a long time. The last record was “Monoliths & Dimensions” which was a long time ago, but I'm still working with them a lot in many different groups. I'm working with Attila a lot as well. We are still doing Gravetemple, in fact we made a record in London about a year ago or more and Attila still needs to do a little more vocal stuff. Hopefully, that’s going to be finished this year and will come up. It's like a black metal record, basically. It's quite relentless. I was playing drums on this one. I did some guitar stuff as well, but at one point the guy in the studio had this big drum kit, which was the same drum kit that John Bonham used in Led Zeppelin. Exactly the same model. I started playing on that and it sounded insane, really huge. Stephen started playing along with me and we just started doing that and we felt really focused on this really relentless kind of drumming with really black metal coming guitar stuff and we were doing it until we were exhausted. And then we would do another one until we were exhausted and each one got more and more intense. One take might be 5 minutes or 10 minutes and we just tried and tried and kept doing it. We probably had about 8 pieces like that and they are all very similar in a way, but each time it gets more intense. We went into the studio, we didn't really have a plan, but we found something when we were there and that's what we focused on. 

 Are there any plans for Burial Chamber Trio?

Hmmm… I don’t know. I haven’t seen Greg for a long time. He’s quite busy with the label and he rarely decides to play live these days. He doesn’t tour as much as he used to, and when he does it’s usually SUNN 0))). Even that isn’t very frequent, so I think that’s a lot less likely than Gravetemple.

 I heard one of your favourite form of spending free time, especially in Japan, is a karaoke. Any favourite songs to sing?

Yeah. (laugh) Oh man, there’s so many... (laugh) 

 Give me your top three.

Oh… it’s really hard to say. I did it about three weeks ago with Crys. Just we together and we just decided we will not do any songs that we ever done before. That was very challenging to try stuff that you’ve never done. It’s really fun, pleasant thing to do and I’m crazy about music, so it makes sense to do that. 

 

[Tomasz Mądry]

artykuły o Mats Gustafsson w popupmusic

recenzje Keiji Haino / Jim O'rourke / Oren Ambarchi , Fire! With Oren Ambarchi, Fire! w popupmusic