polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Plastikman EX

Plastikman
EX

Tylko nieliczni mogą pozwolić sobie na spektakularny powrót wydając nowy materiał w wersji live. Długo wyczekiwany come back Plastikmana (od Closer minęło już ponad 10 lat) wymyka się od wszelakiego rodzaju porównań, zestawień, oczekiwań – nie tylko w formie wydania, ale przede wszystkim w wyjątkowo wysublimowanej i harmonijnie skrojonej treści.

Lekki „Exposed” i momentami trochę natarczywy „Extend” mozolnie i stopniowo rozwijają wstęp płyty, skupiając się na pojedynczych, dobrze dobranych i bardzo przemyślanych, pulsujących wstawkach. Falujące gongi, synthpopowe pląsy oraz delikatne drumy mają na celu rozbudzić koncentrację niezbędną do odbioru blisko 60-cio minutowego albumu. Jego pierwszy, szczytowy punkt następuje dość szybko, bo już w trzecim dynamicznym, pełnym głębokiej ostrości „Expand”. Perfekcyjnie dopasowane, płynne przejścia zostały oparte na genialnie zsynchronizowanych klawiszowych migawkach, szumiących talerzach oraz mocnych i ginących w kilkuwarstwowej przestrzeni bitach, które wytwarzają niesamowitą, przyjemną i nieco klaustrofobiczną aurę. Wątki, które zostały rozpoczęte w „Expand” w pełni rozkwitają jednak dopiero w kolejnym, ciężkim i agresywnym „Extrude”, w którym futurystyczne, wręcz „kwasowe” uderzenia dokonują dekonstrukcji subtelnych i poukładanych dotychczas elementów. Dzięki temu, EX zyskuje bardziej złożoną strukturę oraz niebywale tajemniczy charakter.

W punkcie, w którym większość didżejów postanowiłaby zejść z tonu, Plastikman decyduje się pójść dalej, czym czyni krążek jeszcze bardziej energicznym, intensywnym i intrygującym. Do finałowej części prowadzi pełen wgniatających zajawek „Explore”, po którym nagłe przejście w przenikliwą ścianę basu zwiastuje nadejście najlepszego na płycie, rozsadzającego umysł „Expire”. Diament! Ten przepełniony psychodelią oraz acidowymi wkrętami numer przeobraża się w idealnym momencie w wodniste, pałąkowate drgania i stopniowo wygasa w kończącym całość, melancholijnym „Exhale”.

Richie Hawtin w bardzo wyrafinowany, doskonale wyważony sposób pokazał jak przestrzenny i świeży może być minimal w drugiej dekadzie XXI wieku. Zaprezentował dzieło dojrzalsze, spokojniejsze, ale zdecydowanie bardziej wielowątkowe niż te znane z lat 90-tych czy Closer. Pozostaje mieć nadzieję, że EX zainauguruje nowy, płodniejszy w wydawnictwa okres działalności Kanadyjczyka.

[Dariusz Rybus]