polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Wilga Wilga

Wilga
Wilga

O ile zdecydowana większość tzw. gitarowych zespołów, które jak grzyby po deszczu pojawiają się na lokalnej scenie, z trudem wyłamuje się poza sztywne konwencje i konstrukcyjne formy, o tyle wśród nich Wilga nie tylko ucieka przed schematycznym zakwalifikowaniem, ale zdaje się momentami błyszczeć oryginalnością. Przewijają się tu wątki poruszane przez Caribou na albumie Andorra (w mniej zdynamizowanej formie), ale też Grizzly Bear okresu Veckatimest, więc najprostszym odniesieniem dla tego zespołu wydaje się tradycja amerykańska, ze złożonymi aranżacjami, wychodzącymi daleko poza format zwrotka-refren-zwrotka-refren. Ciekawie robi się zarówno gdy zespół wchodzi na terytorium folku, leniwie budując melodie przy użyciu gitar akustycznych, ale też gdy z tych instrumentów podpiętych do prądu, wspartych zamglonymi partiami klawiszy, wyciąga więcej, tworząc wielowarstwowe kaskady i fantastycznie skrojone kawałki, które zamykają się w piosenkowych formach. Sześć utworów bardzo dobrze ukazuje skrupulatność kwartetu, nacisk na zróżnicowanie brzmienia, koncentrację na detalach i selektywność poszczególnych instrumentów, dzięki czemu słyszany jest dokładnie każdy instrument. W materiałach prasowych nie muszą chwalić się nazwiskami polskich lub zagranicznych producentów, ponieważ sami wyprodukował tę płytę, co jest kolejnym dowodem na to, że mają głowę na karku nie tylko w kwestii aranży, ale też precyzji brzmienia, dopracowanego w najmniejszym detalu. Wisienką na torcie jest zamykający płytę, siódmy utwór – cover „Killer” Seal, który najlepiej podkreśla muzyczną wyobraźnię zespołu i smykałkę do komponowania. Już teraz Wilga nie tylko wyróżnia się świadomością i erudycją, ale na dodatek umiejętnością przełożenia pomysłów na język studyjny i sceniczny – polecam sprawdzić ich koncerty, gdy pojawią się w okolicy.

[Jakub Knera]