polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Malayeen S/T

Malayeen
S/T

Dawno nie słyszałem płyty, która w tak bezczelnie prosty, a zarazem w tej prostocie kongenialny sposób eksplorowałaby tradycyjne, arabskie motywy muzyczne. Malayeen to trio, które jako zespół posiada geograficzny mandat do tworzenia dźwięków etnicznie charakterystycznych, ponieważ jest to grupa libańska. Dlatego to, co europejski słuchacz nazwałby – oczywiście w sposób błędny – world music, w przypadku Malayeen jest po prostu kreatywnym, eksperymentalnym podejściem do własnego folku.

Początkowo album brzmi dokładnie tak jakbyśmy wyobrażali sobie arabsko brzmiącą muzykę – charakterystyczne motywy, melodyczne gitary, wędrujące gdzieś za horyzont na tle zawiesistego, harmonijnego podkładu. Utwór „Omar” jest jedynie czymś w rodzaju klimatycznego intro (które przywołuje również gitarzystę Omara Korshida, główną inspirację Malayeen), jednak dopiero drugi kawałek – 17 minutowa „Samia” – pokazuje to, co w muzyce zespołu najbardziej charakterystyczne czyli hipnotyczne repetycje poddawane kosmetycznym, minimalistycznym ewolucjom. O specyfice brzmienia S/T decydują przede wszystkim gęste, etnicznie brzmiące bębny (głównie mały bębenek darbuka) działające z wręcz chirurgiczną precyzją, do tego psychodeliczne, rozwlekłe pasaże organów oraz oszczędne, gitarowe akcenty melodyczne. Z tych elementów oraz umiejętnie serwowanych elektronicznych podkładów, Malayeen konstruują muzykę nastrojową, a zarazem niesłychanie transową, w której - zupełnie niepostrzeżenie - można się kompletnie zatracić. Obecna na płycie powtarzalność poszczególnych sekwencji niesie dalekie skojarzenia z muzyką techno, natomiast niektóre motywy perkusyjne przypominają pokręcone, drum’n’bassowe rytmy. Pod tym względem najbardziej reprezentatywnym przykładem będzie utwór „Dina”, obdarzony rytmem niekiedy do złudzenia przywołującym fragmenty kawałków The Prodigy. Warto zaznaczyć, że elektronika została na albumie wykorzystana w sposób subtelny, bardziej dubowy - dominują pogłosy, echa, przeciągnięcia, zapętlenia, zniekształcenia – wszystko w doskonałych wręcz proporcjach. Duże wrażenie robi 11-minutowy „Fifi”, w którym deliryczna, organowa syrena zostaje w drugiej części podporządkowana szalonej, perkusyjnej polirytmii.

Album ma w sobie zarówno wielki taneczny potencjał, jak i hipnotyczną, chilloutową moc, co nie jest połączeniem często spotykanym. Malayeen nagrali album szalenie koherentny dzięki autoreferencyjnej melodyce, a jednocześnie bardzo efektowny (i efektywny) pod względem zastosowanych eksperymentów brzmieniowych. Jeśli ktoś chce posłuchać współczesnej, ambitnej muzyki arabskiej powinien sięgnąć właśnie po ten krążek, który jest doskonałym audialnym ekwiwalentem podróży na Bliski Wschód.

[Krzysztof Wójcik]

recenzje "a" Trio & Alan Bishop w popupmusic