polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Irmler / Liebezeit  Flut

Irmler / Liebezeit
Flut

Niniejsza płyta jest dziełem prawdziwych weteranów krautrocka. Klawiszowiec Hans Joachim Irmler zasłynął jako podpora i jeden z założycieli zespołu Faust. Natomiast perkusista Jaki Liebezeit na przestrzeni lat udzielał się w całej masie różnorodnych projektów – od Briana Eno, Michaela Rothera i Burnta Friedmana przez Globe Unity Orchestra po Depeche Mode i Eurythmics – to i tak pozostaje zwykle kojarzony głównie z legendarną formacją Can. Flut jest zatem albumem muzyków zasłużonych w wieku emerytalnym, co trzeba mieć na uwadze przystępując do odsłuchu.

Materiał sprawia wrażenie płyty nagranej podczas popołudniowego jam session. Rozwodnione, bardzo przestrzenne organy Irmlera zanurzają słuchacza w psychodelicznej aurze lat 60. Plemienne, transowe partie perkusji podkreślają ten klimat. Są to figury rytmiczne pozornie proste, ewoluujące na poziomie dosłownie mikroskopijnych, lecz niesłychanie precyzyjnych zmian – Liebezeit gra niczym metronom, do czego zdążył już słuchaczy przyzwyczaić. Utwory na Flut kryją w swojej prostocie pewną pierwotną uwodzicielskość. Hipnotyczna, stabilna perkusja napędza organy, które oddają się dość swobodnej, melodyjnej i meandrycznej improwizacji – raz delikatnej („Golden Skin”), kiedy indziej brutalnej, przesterowanej, brzmiącej niemal gitarowo jak w „Ein Perfektes Paar”. Najbardziej interesująco przedstawia się 10-minutowa kompozycja „Semipiternity”, w której obok motorycznej perkusji Liebezeita w tle słychać cyrkulujący, elektroniczny motyw a la Tangerine Dream, który trochę odciąża warstwę rytmiczną i pozwala jej na większą swobodę. Podobny zabieg zastosowano w zamykającym album „König Midas”. Oczywiście mam tu na myśli swobodę kontrolowaną, w duchu liebezeitowskim - minimalną, lecz znaczącą. I właściwie podobna recepta została zastosowana na całym krążku. Drobne instrumentalne niuanse zdają się filigranowe, jednak w pewnym momencie nie pozwalają oderwać od siebie uwagi.

Ironią losu jest fakt, że Flut będąc albumem, do którego najlepiej odnosi się angielski przymiotnik „trippy”, nagrali muzycy blisko 80-letni. Myślę, że czynnikiem, który mógł mieć na to wpływ było spuszczenie z tonu i swoboda, cechująca artystów uznanych, którzy w zasadzie nie muszą nic nikomu udowadniać. Zupełnie przy okazji panowie Irmler i Liebezeit nagrali solidny, przyzwoity materiał, czarujący lekkością i subtelnymi eksperymentami, który mógłby swoim klimatem obdarzyć wiele wydawnictw sezonowych gwiazd muzyki elektronicznej.

[Krzysztof Wójcik]