polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Andrzej Bieżan  Polygamy

Andrzej Bieżan
Polygamy

Wydawnictwo otwiera „Miecz Archanioła”, subtelny, ambientiowy utwór, poprzecinany ostrymi i skrzącymi się tonami. Ładna miniatura dźwiękowa, tworząca baśniowy krajobraz, jak z filmu „Legenda” Ridleya Scotta, kiedy promienie słońca przedzierają się do krainy ciemności z taką mocą, że prawie można usłyszeć jak odbijają się od złotych mis. To do tego utworu powstało zdjęcie użyte na okładce albumu oraz na dołączonej książeczce. W prawym dolnym rogu fotografii widnieje twarz Andrzeja Bieżana. Twarz na okładce i na książeczce różni jednak drobny szczegół, na który warto zwrócić uwagę, kiedy weźmie się album do ręki.

„Atmosfery” to już bardziej rozbudowany utwór, wypełniony swobodną improwizacją. Jacek Malicki grający na preparowanej gitarze elektrycznej przypomina to, co tworzył w podobnym okresie Derek Bailey wraz z Music Improvisation Company. Tak jak u Baileya, w „Atmosferach”, które płynnie przechodzą w kolejne nagranie „Ptaki”, mamy precyzję gry i dużo pustych przestrzeni, w które pięknie wkomponowują się dźwięki fletu (yokobue), na którym grał Bieżan.

Ze stanu błogości słuchacz wyrwany jest niespodziewanie przez zwierzęco brzmiącą tubę. Tak zaczyna się „Improwizacja”, najmocniejszy i najbardziej intensywny z zaprezentowanych w wydawnictwie utworów. Wrażenie jest takie, jakby znowu po raz pierwszy pójść na koncert The Thing. Mamy tu terapię szokową, którą przechodzi zarówno słuchacz wtedy na koncercie, jak i każdy współczesny sięgający po utwór. Z pewnością nie chodzi o głośność, ale może to intensywność i dobór brzmień. Jest wspomniana ekstremalna tuba, na której gra Zdzisław Piernik, ekspresyjnie eksploatowana gitara Jacka Malickiego i Andrzej Bieżan raz to grzmiący na fortepianie, raz wznoszący dzikie okrzyki. Zdaje się, że w tym utworze kryje się sedno muzyki Bieżana, którą sam określił jako intuicyjną. Z załączonej do albumu książeczki dowiadujemy się, że Bieżan unikał transowości w muzyce, co nie znaczy, że daleki był od medytacji, która nieraz współcześnie kojarzona jest z transem. Medytację, Bieżan, rozumiał jako aktywne wykorzystywanie wyobraźni w procesie tworzenia, z uwzględnianiem miejsca, przestrzeni, czasu, przedmiotów wokół, wszystkiego tego co dane jest „tu i teraz”. Ta koncepcja jest doskonale zaprezentowana w „Improwizacji”. Dodatkowo w procesie biorą udział nie tylko sami muzycy, ale równie mocno przeżywają go słuchacze, co nieraz słychać w ciągu tych zarejestrowanych 20 minut.

 

W kolejnych dwóch utworach odnajdujemy jeszcze innego Bieżana, który bliższy jest temu, co prezentowane jest na Warszawskiej Jesieni. W „Poligamii”, przygotowanej wspólnie z Krzysztofem Knittlem na koncert muzyki elektronicznej, mamy elektronicznie przekształcony i skomponowany materiał z zarejestrowanego spotkania, na którym artyści grali na rozwieszonych w mieszkaniu metalowych puszkach. „Byłem i byłem” to pełna treści improwizacja wiolonczeli i tuby.

Dwupłytowy album kończy elektroniczny „Isn’t it?”, który jest jednocześnie ostatnim utworem w dorobku Andrzeja Bieżana. Jest on, obok „Improwizacji”, najciekawszym z zaprezentowanych w wydawnictwie. Kompozycja sprawia wrażenie słuchowiska, które być może opowiada m.in. o czasach stanu wojennego, podczas którego powstało. Akcja utworu rozwija się, słychać wystrzały z pistoletu, kroki, dochodzi do kulminacji i wyciszenia, ale tym razem przypomina to już nie pradawną baśń, jak w „Mieczu Archanioła”, ale czekającą nas nieznaną przyszłość.

Andrzej Bieżan zmarł po wypadku samochodowym w wieku zaledwie 38 lat. Wielka szkoda, bo album „Polygamy” prezentuje, jak różnorodnym był muzykiem, a słuchając go nie odczuwa się, że utwory te były nagrywane 30- 40 lat temu. We wszystkich zaprezentowanych kompozycjach gra Andrzej Bieżan, ale poza tą muzyką zostawił on także partytury. Pozostaje teraz czekać na kolejny krążek, tym razem z jego kompozycjami zagranymi współcześnie.

[Bartosz Sokołowski]