polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious

Jazz Jantar 2014
Klub Żak | Gdańsk | 07-08.11.14

Festiwal Jazz Jantar to jedna z największych imprez jazzowych w Polsce zarówno pod względem rozmachu (całość rozpięta jest na blisko pół miesiąca), jak i rangi zapraszanych do Gdańska artystów. Szeroką optykę programową, obejmującą w wyrównanych proporcjach gwiazdy mainstreamu, jak i propozycje sytuujące się nieraz na obrzeżach konserwatywnie pojmowanego jazzu, można postrzegać jako próbę ukazania gatunku w maksymalnie holistyczny i egalitarny sposób. Wspólnym mianownikiem tegorocznej edycji festiwalu został saksofon, instrument chyba najbardziej emblematyczny dla jazzu i jak żaden inny kojarzący się właśnie z muzyką improwizowaną. Podczas dwóch wieczorów, jakie spędziłem w Klubie Żak miałem okazję wysłuchać czterech występów, podczas których „aerofon piszczałkowy” był na pierwszym planie – dwa razy w wersji solo i dwa razy jako główny instrument w zespole.

Piątkowy wieczór Jazz Jantaru otworzył koncert Colina Stetsona - saksofonisty, który przebojem przedostał się do szerszej świadomości wraz z albumem New History Warfare Vol.2: Judges sprzed 3 lat. Był to już kolejny raz, kiedy mogłem w tym roku zobaczyć Stetsona na żywo i trochę obawiałem się, że otrzymam powtórkę z rozrywki. Szczęśliwie okazało się, że siła rażenia solowego występu saksofonisty nie wyczerpuje się na jednorazowym doświadczeniu. Artysta „zaatakował” publiczność Żaka przeszywającym brzmieniem altu i momentalnie skupił na sobie pełnię uwagi, zmuszając do śledzenia każdego najdrobniejszego niuansu. Muzyka Stetsona to przede wszystkim precyzyjnie nakreślone kompozycje, jednak to moc brzmienia i szerokie spektrum sonicznych szczegółów decydują o finalnym, spektakularnym rezultacie. Wirtuozeria i warunki fizyczne pozwalają muzykowi na tworzenie złożonych, pulsujących struktur, a charakterystyczne motywy melodyczne pozostają w głowie jeszcze na długo po koncercie. Nadmorski, jesienny kontekst doskonale komponował się z klimatem muzyki Kanadyjczyka, niosącej ze sobą duże pokłady mroźnej melancholii. Było to dojmujące w szczególności, gdy dochodził do głosu saksofon basowy o głębinowym, noise’owo industrialnym brzmieniu.

Stetson ostatnim autorskim materiałem zakończył projekt New History Warfare. Podczas występu na Jazz Jantar zaprezentował przekrojowy program z dwóch ostatnich wydawnictw, jednak w wywiadzie dołączonym do festiwalowego katalogu zapowiada nową muzykę „w najbliższym czasie”. Jestem niezmiernie ciekaw kolejnego etapu kariery saksofonisty i mam nadzieję, że będzie on stylistyczną, bądź formalną woltą, ponieważ wydaje mi się, że dotychczasową konwencję wyeksploatował już w pełni i w jak najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu. Połowa Sali Suwnicowej Żaka zgotowała artyście owacje na stojąco.

Po entuzjastycznym przyjęciu Stetsona nie zazdrościłem wejścia na scenę kolejnemu wykonawcy, czyli amerykańskiemu saksofoniście indyjskiego pochodzenia Rudreshowi Mahanthappie z zespołem. Przyznam się szczerze, że estetyka prezentowana przez artystę troszeczkę rozmija się z moimi upodobaniami, ale paradoksalnie byłem ciekaw tego występu nawet bardziej niż koncertu Stetsona, którego muzykę znam dobrze. Kwartet Mahanthappy przedstawił program oparty głównie na repertuarze z zeszłorocznej płyty Gamak, chociaż oprócz lidera na Jazz Jantarze nie zagrał żaden z muzyków biorących udział w sesji albumowej. Skład saksofon altowy, gitara elektryczna, basowa i perkusja balansował pomiędzy tradycyjnym jazzem, bluesem, orientalnymi wpływami a prog rockową energią. Koncert miał dość skonwencjonalizowaną dramaturgię z czytelnymi wejściami solistów. Dominowały dialogi na linii Mahanthappa – Rez Abassi. Najbardziej podobało mi się, gdy gitara schodziła na dalszy plan podkreślając brzmienie altu lidera, dając mu swobodę improwizacji na tle stabilnej, mocnej sekcji. Ciekawie wypadł fragment, w którym Abassi zagrał misterne gitarowe solo przywodzące trochę na myśl wręcz bachowe polifonie. Ogólnie rzecz biorąc koncert miał swoje mocne strony – tutaj mam na myśli głównie kolektywny groove z energetycznymi przesileniami saksofonu – jednak momentami rozmywał się w przydługich, nazbyt wystudiowanych popisach bliższych bluesowym jam session. Chociaż nie była to muzyka, której słuchałbym w domu, to mimo wszystko w sytuacji koncertowej broniła się bardzo dobrym wykonaniem, a muzykom nie można było odmówić zaangażowania. Ostatecznie mogę określić występ jako satysfakcjonujący, ale raczej nie utkwi na dłużej w mojej pamięci. Mahanthappa był rodzajem programowego i stylistycznego kontrapunktu dla Stetsona i być może odwrotna kolejność koncertów wpłynęłaby korzystnie na ich finalną recepcję.

Trzeci dzień festiwalowy rozpoczął się do pewnego stopnia analogicznie do poprzedniego. Matanę Roberts z Colinem Stetsonem łączy upodobanie do spinania muzycznej treści w narracyjne formy o precyzyjnie zarysowanej koncepcyjnej strukturze. W odróżnieniu od Kanadyjczyka, Roberts po wydaniu dwóch albumów z tuzina, na jaki zakrojony został projekt Coin Coin, znajduje się dopiero na początku cyklu, choć oprócz tego może się pochwalić zdecydowanie bogatszym dorobkiem. Oprócz tego artyści wydali ostatnie albumy dla montrealskiego Constellation Records, czyli oficyny prezentującej muzykę bardziej eksperymentalną niż stricte jazzową. Niemniej solowy występ Matany Roberts był doświadczeniem zupełnie innym niż spotkanie z muzyką Stetsona. Artystka od samego początku podeszła do sytuacji festiwalowej z bardzo dużą dozą luzu i otwartości na publiczność, dzięki czemu skutecznie przełamała barierę komunikacyjną wynikającą z konwencji występu festiwalowego. Ciężko postrzegać koncert saksofonistki w oderwaniu od licznych anegdot, historii mniej lub bardziej osobistych, którymi przeplatała momenty swobodnej i również dość dygresyjnej, nieprzewidywalnej improwizacji. Połączenie muzyki i opowieści, narracji, czyli synteza, która w twórczości saksofonistki pełni od kilku lat rolę szczególną, objawiła się na dużym festiwalu jazzowym w formie kameralnej, a przy tym ultra-naturalnej, kontrastującej z dopracowanymi koncept-albumami, pełnymi aranżacyjnego rozmachu. Na koncercie odniosłem wrażenie, że Matana jest w równej mierze gawędziarką, co saksofonistką, a momentami nawet bardziej chciałem posłuchać jej kolejnej opowieści niż muzyki. Innym razem dźwięki altu były na tyle sugestywne, że nadawały całości niepowtarzalnego klimatu, jakby kontynuowały anegdoty językiem muzyki. Z całą pewnością na długo zapamiętam „zaprogramowanie” publiczności przez Matanę do wydawania jednego dźwięku, pomruku, który artystka wywoływała dając sali znaki saksofonem, by następnie improwizować na tle tak skonstruowanego „żywego podkładu”.

Świetnie się stało, że polska publiczność otrzymała możliwość obcowania z tak silną i charakterystyczną osobowością artystyczną właśnie w bezpośredniej sytuacji koncertu solowego (swoją drogą jedynego w Europie), a może nawet bardziej „koncertu gadanego”. Ostatecznie nie żałuję, że nie usłyszałem muzyki znanej z albumów, bo w zamian byłem świadkiem sytuacji niepowtarzalnej i autentycznej. Absolutnie wyjątkowe doświadczenie.

Występujący pomiędzy Mataną Roberts a Robem Mazurkiem młody zespół Pokusa został postawiony w dość kłopotliwej, a zarazem nobilitującej sytuacji – niewiele debiutujących składów ma szansę grać w tak znakomitym towarzystwie. Rodzajem scenicznej hierarchizacji okazało się ulokowanie Pokusy nie na głównej scenie Żaka, tylko w klubowej kawiarni, co w naturalny sposób rzutowało na charakter koncertu, powiedziałbym w dwójnasób. Podejrzewam, że Pokusę obejrzała maksymalnie 1/3 festiwalowej publiczności, co można poczytywać za odrobinę krzywdzące, natomiast z drugiej strony kontekst klubowy bardzo dobrze pasował do charakteru zespołu. Trio na saksofon, gitarę basową i perkusję zaprezentowało muzykę dojrzałą jak na tak młody zespół, w dodatku niemający na koncie jeszcze żadnego wydawnictwa. Choć oczywiste wydają się analogie z The Thing, to jednak mam wrażenie, że pomysł na granie Pokusa ma odmienny, co wynika przede wszystkim ze stylu i umiejętności poszczególnych muzyków oraz tego, że prezentują materiał autorski, a nie postmodernistyczną, brutalną zabawę coverami. Natan Kryszk najlepiej wypadał w momentach przeciągłych dźwięków, wynurzających się z ciszy, które raz zaczynały tworzyć melodię, kiedy indziej ograniczały się do sonorystycznych pomruków. Abstrakcyjna, trochę prymitywistyczna perkusja Teodora Oltera nie miała zbyt wiele wspólnego z jazzem (co akurat nie jest wadą), bardziej koloryzowała brzmienie całości, spychając ciężar utrzymywania rytmu na Tymona Bryndala. Basista był dobrym łącznikiem dla saksofonów Kryszka i perkusji Oltera, nadawał muzyce przyjemny groove i gęstą, choć czytelną formę. Co prawda trochę raziły nazbyt długie przerwy pomiędzy utworami, wypełniane dość wycofaną konferansjerką, jednak mimo to występ Pokusy okazał się dla mnie bardzo miłą niespodzianką, pokazującą zespół o sporym potencjale. Szkoda, że koncert został potraktowany trochę po macoszemu i nawet nikt tria nie zapowiedział, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że muzycy startowali z najbardziej anonimowej pozycji.

Występ Pulsar Quartet Roba Mazurka był mocnym zwieńczeniem dwóch dni w Żaku oraz trzecim koncertem (po Stetsonie i Roberts) z cyklu Avant Days. Zarazem był to pierwszy skład na festiwalu, w którym zabrakło saksofonu. Zespół Mazurka zapowiedziała sama Matana Roberts i przy okazji oddała hołd korneciście, którego muzyka utwierdziła artystkę w słuszności obranej drogi twórczej. Po takim wstępie artysta od razu przeszedł do sedna, nie tracąc czasu na przywitanie się z publicznością w słowach, tylko brutalnie aplikując zebranym przeszywające, intensywne brzmienie trąbki. Mazurek jest niezwykle charyzmatyczną, sceniczną osobowością, ściągającą na siebie pełnię uwagi i tak też było podczas koncertu w Żaku. Obok innych projektów kornecisty Pulsar Quartet zaliczyłbym do składów dysponujących najbardziej klasycznym, jazzowym brzmieniem z lat 60. Jednak kwartet siłą ekspresji scenicznej momentalnie tchnął życie w, zdawać by się mogło, anachroniczny format. Muzycy odgrywali kompozycje z albumu Stellar Pulsations z werwą i polotem, a sceniczne porozumienie było niesłychanie organiczne i naturalne, co pozwalało na przyjemne zatopienie się w dźwiękach płynących ze sceny. Nie było w tym nic dziwnego, ponieważ z wyjątkiem Angeliki Sanchez, pozostali muzycy współpracują stale od jakichś dwóch dekad, od czasu znakomitego (i jakże futurystycznego w porównaniu z Pulsarem) zespołu Isotope 217. Dużą zaletą koncertu był fakt, że muzycy płynnie przechodzili do kolejnych utworów i nie robili między nimi przerw na oklaski, tudzież konferansjerkę – zdecydowanie zwiększyło to siłę rażenia kwartetu. Mocny, bezkompromisowy występ.

Chociaż Pulsar Quartet nie jest moim ulubionym składem z Robem Mazurkiem w roli głównej, to ilekroć mam możliwość posłuchania kornecisty na żywo, to mam wrażenie, a nawet pewność, że obcuję z jednym z najważniejszych i najciekawszych współczesnych artystów jazzowych. W tym kontekście kwartet z Sanchez, Luxem i Herndonem postrzegam jako zaledwie jedno z ogniw pasjonującego dorobku chicagowskiego muzyka i cieszę się, że miałem szansę zobaczyć je na żywo.

Krótko mówiąc – w czasie dwóch dni festiwalowych można było na Jazz Jantar posłuchać różnorodnej muzyki na bardzo wysokim poziomie. Otwarta formuła imprezy mieszająca różne oblicza współczesnego jazzu ściąga do Gdańska rozmaitą publiczność, a podział programu na sekcje tematyczne sprawia, że mówiąc sloganem „każdy znajdzie coś dla siebie”. Duży plus za dobrą organizację i przygotowanie bogatej festiwalowej książeczki, w której ciekawe mini-wywiady z artystami mieszają się z erudycyjnymi esejami o tematyce saksofonowej. Mam nadzieję, że w przyszłym roku uda mi się doświadczyć Jazz Jantar w jeszcze pełniejszym wymiarze.

[zdjęcia: Krzysztof Wójcik]

Colin Stetson [fot. Krzysztof Wójcik]
Colin Stetson [fot. Krzysztof Wójcik]
Colin Stetson [fot. Krzysztof Wójcik]
Rudresh Mahanthappa Gamak [fot. Krzysztof Wójcik]
Rudresh Mahanthappa Gamak [fot. Krzysztof Wójcik]
Rudresh Mahanthappa Gamak [fot. Krzysztof Wójcik]
Matana Roberts [fot. Krzysztof Wójcik]
Matana Roberts [fot. Krzysztof Wójcik]
Pokusa [fot. Krzysztof Wójcik]
Pokusa [fot. Krzysztof Wójcik]
Rob Mazurek Pulsar Quartet [fot. Krzysztof Wójcik]
Rob Mazurek Pulsar Quartet [fot. Krzysztof Wójcik]
Rob Mazurek Pulsar Quartet [fot. Krzysztof Wójcik]
Rob Mazurek Pulsar Quartet [fot. Krzysztof Wójcik]