polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious

Berlin Atonal 2014
Kraftwerk Berlin | Berlin | 20-24.08.14

Atonalowy (Atonalny?) pogłos

Festiwal Berlin Atonal miał pięć edycji w latach 1982-1990, zagrali na nim między innymi Einstürzende Neubauten, Etant Donnés, Laibach, Malaria!, Test Dept., 808 State, Clock DVA, Z’EV z Psychic TV oraz Frieder Butzman. W 2013 roku powrócił proponując koncerty choćby Glenna Branki, Juana Atkinsa, Jona Hassella czy Moritza von Oswalda.

Jego założyciel, Dimitri Hegemann (który potem powołał do życia klub i wytwórnię Tresor), nadal zabiera głos w sprawach programu, ale na dyrektorów festiwalu wybrał znacznie młodszych od siebie Harry’ego Glassa, Paulo Reachiego i Laurensa von Oswalda.

Gdyby wybrać jedno największe wydarzenie tej odsłony, to byłby nim powrót na scenę po 20-letniej przerwie Cabaret Voltaire. A w zasadzie jednego z założycieli tej grupy - Richarda H Kirka. Zastanawiające, że zdecydował się wystąpić pod tym szyldem, bo przecież ma też swoje solowe projekty. Anonsowano zupełnie nowy materiał, bez cienia nostalgii, ale niespodzianek nie było - Kirk nie grał trapu. Usłyszeliśmy muzykę, której rozwiązania nie były obce fanom Cabs, przypominały się zwłaszcza patenty z albumu Johnny Yesno Redux z 2011 roku. Z tym, że tutaj suwaki automatów perkusyjnych były nastawione na opcję “lata 80.”, czasem brzmiały nawet celowo źle. Jednak przy trzecim, brzmiącym tak samo jak poprzednie, utworze zacząłem się obawiać, że to co miało być najważniejszym koncertem stanie się wielkim rozczarowaniem. Nie tylko kolejne kompozycje były do siebie podobne (różniąc się tylko czasami tempem), ale też w obrębie każdej niewiele się działo: jeśli któraś zaczęła się w określony sposób, to niezmieniona docierała do końca, jedynie robiąc przerwę bitom na wyeksponowanie niewyraźnego motywu albo niezrozumiałego głosu. Od zanudzenia ratowały wizualizacje, w których działo się aż zbyt wiele. Ekran podzielony na trzy części, a często w którymś z obrazów pojawiały się kolejne - wszystkie ruchome. Czego tam nie było: stary Batman i Joker, rozruchy w Afryce, szyld Drive In Church, demonstracje tłumione przez policję, “Bring The War Home”, Operation Payback, WikiLeaks, anarchistyczne “A”, wybory miss, Einstein, Stockhausen, Monroe, Tatcher, młodzi Gorbaczow i Warhol. Przez ten natłok odniosłem wrażenie, że to muzyka uzupełnia wizualizacje, a nie one ją. Zresztą, może tak miało być skoro Kirk sugerował skierowanie się ku “art project”.

Równie mocno wyczekiwałem koncertów na specjalnym systemie nagłośnieniowym 4D Sound, choć i tu nie odbyło się bez pewnego zawodu. Na pierwszy ogień poszedł Murcof - nie wiedziałem, czego spodziewać się po nim. Sądząc po albumach utknął w ślepym zaułku, a wrażenia nie poprawił ostatnio na festiwalu Malta, kiedy odtworzył materiał znany z płyt. Jednak on również zapowiadał coś nowego, a nie inne aranżacje istniejących już utworów. Z racji tego, że grał na tym systemie jako pierwszy, miał ułatwione zadanie, gdyż odbiorcy najpierw byli pod wrażeniem samych możliwości sprzętu. Zestaw szesnastu kolumn z trzema głośnikami i dziewięciu źródeł niskich częstotliwości w podłodze zostawia daleko w tyle kwadrofonię czy nawet 5.1. Ma się wrażenie przebywania wewnątrz muzyki, w dodatku odczuwa się jej wielowymiarowość, to że rozgrywa się ona w przestrzeni. Dopiero po oswojeniu się z tym “jak”, zaczyna się zwracać uwagę na “co”. Murcof z tego skorzystał, zaczął od masywnej szaroburej wichury szumów, która przyprawiała o zawrót głowy. Czegoś takiego u niego jeszcze nie słyszałem - podobnie było z następną częścią. Miała ona wyraźny posmak pionierskiej twórczości ze studiów muzyki elektronicznej: transpozycje tonów, krótkie próbki głosu śpiewaczki, zacinanie i zapętlanie. Niestety, brakowało pomysłu na całość, elementy rozgrywały się obok siebie, nie składając w coś większego. Po jakimś czasie z góry nadleciał ciekawy motyw, jakby przetworzonego fortepianu, który brzmiał syntezatorowo-klawiszowo. Kolejną sekcję otworzyły bardzo silne pojedyncze uderzenia (które wydały mi się zbyt efekciarskie), stopniowo zwielokrotniane zaszły mgłą, na pierwszym planie pojawił się wokalny sample, wokół niego odgłosy obijania szklanych butelek albo metalowych kulek. Wszystko zaczęły przykrywać niskie przetworzone dźwięki fortepianu.

Następnego dnia wystąpił Biosphere, również tym razem nie miałem sprecyzowanych oczekiwań, bo tak zraził mnie krążkiem Autour de la Lune (2004), że przestałem śledzić jego poczynania. Zaczęło się źle, a potem było niewiele lepiej. Z ciszy wyłania się ćwierkanie ptaków, strumyk, piła tarczowa, samolot. W dodatku ten zestaw najbardziej zużytych przez twórców parających się nagraniami terenowymi dźwięków utopiony został w pogłosie. W pejzaż zaczynają się wtapiać pastelowe syntetyczne płaszczyzny, gdzieś w oddali daje o sobie znać jakby stłumiony róg alpejski. Potem z dwóch stron nadciągają bity, ale anemiczne, bez przekonania, najpierw znienacka urywa się jedna ich linia, potem druga i pozostaje pustka. Na koniec zabawa z rozmieszczaniem w przestrzeni odgłosu przesypywania kamyków lub ziarenek w tykwie. Najbardziej denerwowała mnie w tym koncercie chęć stworzenia dźwiękami iluzji przebywania w środowisku naturalnym, co zupełnie się nie powiodło. A też wydaje mi się zupełnie niepotrzebne i bezcelowe. Po co odtwarzać coś, co zawsze będzie podrzędne względem oryginału, kiedy można stworzyć coś odrębnego, autonomicznego.
Tę drogę obrał Senking, który w przeciwieństwie do Murcofa nie miał problemów dostosowaniem swoich utwrów do 4D i nawet zaczął od pierwszego z Capsize Recovery (2013) - na szczęście nie ograniczał się do tej płyty. Z jednej strony był to może najmniej ryzykowny występ z tej trójki, ale jednocześnie najbardziej udany. Wydający dla Raster-Noton artysta w bardzo interesujący sposób łączy estetykę charakterystyczną dla tej wytwórni z inspiracją dubstepową rytmiką. Jego bardzo spójną, wręcz jednorodną muzykę urozmaicały niespodziewane elementy. Dźwięk niczym nagranie płynącego prądu, prawie ckliwa melodyjka wrzucona na nagi stelaż bitu, sample instrumentów perkusyjnych, skrawki przemielonego wokalu, które skłaniały do snucia przypuszczeń o tym, jakby mógł brzmieć remiks Depeche Mode autorstwa Niemca.

Organizatorzy festiwalu starają się zarazem działać ze świadomością jego tradycji, jak i trzymać rękę na pulsie. W zeszłym roku zaprosili Z’EVa i Butzmana nawiązując do edycji z lat ‘80, ale też zaprezentowali szereg premierowych wydarzeń - podobnie było teraz. Daje się też dostrzec tendencję obecną i na innych festiwalach: długofalowej współpracy z wybranymi twórcami, co jest sensowną strategią (ale tylko przeprowadzane w ograniczonym zakresie). Wśród tych, którzy pojawili się na obu nowych odsłonach można wymienić Murcofa, Dashę Rush, Powella, Samuela Kerridge’a, AntiVJ, Aleca Empire oraz członków Voices from the Lake.
Donato Dozzy, połowa tego duetu, po raz pierwszy zagrał na żywo z Nuelem prezentując “Aquaplano Sessions”. Było to tym milszym zaskoczeniem, że nie miało wiele wspólnego z utworami wydawanymi pod tym szyldem. Podobnie było z premierą live actu Abdulli Rashima, występującego przed nimi. Jego muzyka znacznie odbiegała od tego, co pojawiło się na niedawnym albumie Unanimity, bliższa było temu, co robi w duecie Ulwhednar. Oba koncerty były jednymi z najlepszych na Atonalu, o bardzo abstrakcyjnej formie, z rzadka organizowanej przez rytmy, która wymyka się kategoryzacji. Dałoby się wyśledzić w nich wpływy ambientu, ale też muzyki elektro-akustycznej, ciekawie mogłyby sprawdzić się w sali koncertowej jakiejś odważnej akademii muzycznej.
Z kolei przed Rashimem miał miejsce pierwszy występ Dashy Rush i Stanislava Glazova (aka Licht.Pfad), którzy stworzyli “Antarctic Takt”. Rush dażę sympatią, bardzo podobało mi się to, co zagrała na tegorocznym festiwalu CTM, ale tym razem źle nastroiły mnie wizualizacje. Spodziewałem się “zimowych” obrazków (które faktycznie nastąpiły), ale preludium do tego stanowił szybki pokaz slajdów: ofiary walk, trupy, groby, mogiły, Hitler, Stalin. Nagłe oddalenie i wszystko przekształca się w błękitną kulę. Dźwięki przywodziły na myśl pękające kry lodowe, podmuchy mroźnego wiatru i zimne światło słoneczne odbijające się w śniegu. Przez większość czasu bez rytmów, dopiero pod koniec, kiedy wszystko zaczęło narastać, ale nawet wtedy nie miało porwać do tańca, tylko służyć kontemplacji. Pod względem muzycznym - więcej niż dobrze, ale szkoda, że nie obyło się bez początkowego ataku obrazami.
Natomiast po sesji Aquaplano swój live act objawił Headless Horseman. Anonimowy jeździec techno apokalipsy znakomicie wprowadził w klimat, który miał dominować na zaczynających się równocześnie aftershows.

Odbywały się one równocześnie w trzech przestrzeniach, na szczęście dotarcie z jednej do drugiej nie zajmowało więcej niż pięć minut. Tu zaczynały się trudne wybory: przykładowo w jednym czasie grali Scion, Lada (Rush z Larsem Hemmerlingiem) i Peder Mannerfelt. Zdecydowałem się na tego ostatniego i nie żałowałem - jego surowa, nieprzystępna i chropowata muzyka tworzona przy użyciu syntezatora i laptopa przypominała najlepsze dokonania Pan Sonic. Nie zdziwiło mnie też, że grał na imprezie, której gospodarzami byli Sendai (oni zresztą też dali świetny, nieszablonowy koncert).
Jeśli chodzi o aftery, to trzeba też wspomnieć o występie Vessela, gdzie prezentował materiał z nadchodzącego albumu Punish, Honey, którym podąża dalej w kierunku obranym na EP Misery is a Communicable Disease (2013). Zabawne, że gdy na początku krążyłem między salą, gdzie grał on, a drugą, w której błyszczał Powell ze swoją nieprzewidywalną selekcją kawałków, to wchodząc z powrotem do pierwszej, usłyszałem coś, co mogłoby wyjść spod ręki Powella właśnie. Utwory te są coraz bardziej klaustrofobiczne, brudne, ale z drugiej strony mają coraz większą parkietową siłę rażenia. Vessel wystąpił też jako część tria Killing Sound, którego członkami są również El Kid oraz Jabu i tu znów - trzeba odnotować sukces, jaki odniosła wykoncypowana przez nich mutacja industrialnego dubu. Jamajską tradycję sound-systemów przekształcają w coś własnego, choć osadzeni są w niej do tego stopnia, że zadbali również o toasting.
Jednak z nocnych (a w tym przypadku porannych) atrakcji najmocniej w pamięć zapadł mi koncert Ninos du Brasil. Był to najbardziej żywy i żywiołowy moment festiwalu, a o ilości i jakości energii, jaką wytworzyli niech świadczy fakt, że udało im się zasilić mnie nią do tańczenia, o piątej rano. Perkusyjno-elektroniczny duet inspiruje się stylem batacuda, obtacza jego rytmy w elektronicznym sosie i przyprawia wokalami. Na żywo jeden z członków skupia na sobie uwagę publiczności, skacze po scenie, odpala puszki z konfetti i serpentynami, uprawia crowd surfing, co nie znaczy, że nie zaniedbuje obowiązki dźwiękotwórcze. Ninos stanowiliby godnych partnerów dla innych zamaskowanych propagatorów klubowej muzyki zainspirowanej etniczną - RSS B0YS.

Drugim, obok Mannerfelta, odkryciem Atonalu była Gunver Ryberg aka SØS. Zagrała tak, że gdyby ktoś powiedział mi, że to są nowe utwory Cabaret Voltaire, to po pierwsze łatwo bym uwierzył, a po drugie ucieszyłaby mnie taka progresywność. Wydaje mi się, że nawet jeśli w wyrazie ich muzyka nie jest tak bardzo pokrewna (choć obie można by swobodnie zaszufladkować pod “mrok”), to jest wynikiem podobnego sposobu myślenia. W obu przypadkach wyczuwam chęć usidlenia słuchacza, osaczenia go. U SØS wyraźne było zamierzenie wywołania niepewności przez zakłócanie powtarzalnych, transowych struktur drobnymi, dezorientującymi zmianami.
Dunka wystąpiła podczas dnia zagospodarowanego przez Contort, inicjatywę Hayley Walker Kerridge i jej męża Samuela Keriddge’a, z którymi festiwal współpracował też w zeszłym roku. Tym razem zaprezentowali Helma, In Aeternam Vale, Ike Yard, UF (czyli projekt Kerridge’a i OAKE), Tima Heckera oraz Source Direct. Poza ostatnim żaden z tych występów szczególnie mnie nie poruszył. Byłem ciekaw Heckera, którego jeszcze nie słyszałem na żywo, ale z niewyjaśnionych przyczyn w jego koncercie zabrakło komponentu wizualnego, za który miał odpowiadać Marcel Weber aka MFO. O tym, że wizualizacje mogą nie tyle uatrakcyjnić muzykę, co nawet wspomagać jej odbiór, niejako ją otwierać przekonała współpraca Source Direct i Tarika Barri. Dźwięki były raczej przewidywalne - drum’n’bass nie należy do szczególnie poszukujących gatunków, choć trzeba przyznać, że ten brzmiał powalająco. Ale obrazy tchnęły w nie nowe życie, momentami wydawały się opowiadać jedną z historii, jakie ta muzyka może chcieć przekazać. Ale nigdy nie czyniły tego nachalną dosłownością, przeważała abstrakcja z lekkimi odniesieniami do świata zewnętrznego. Zachwycało też wyczulenie na barwę, operowanie kolorami (co Barri wykorzystywał też podczas występu In Aeternam Vale), np. nagłe wrzucenie jakiegoś mocnego w czarno-białe otoczenie.

Kolejnymi dowodami na rzecz potrzeby wizualizacji mogłyby być występy FISa i Dalhous. Na oba bardzo czekałem, może miałem zbyt wygórowane wymagania i dlatego zawiodły mnie. Miałem z nimi podobny problem: za dużo czasu przeznaczano w nich na budowanie klimatu. U Dalhous sporą pierwszą połowę stanowiły basowe ruchy posuwiste dźwięków o różnym natężeniu, końcówka też brzmiała podobnie. Natomiast FIS przez większość czasu coś cierpliwie budował, skupiał się na klimacie, zdażało mu się popaść przy tym w ambientowy patos, dopiero na koniec pojawiły się tak charakterystyczne dla niego zaskakujące, kapryśne konstrukcje rytmiczne. Na szczęście Dalhous mieli intrygujące filmy ze zglitchowanych VHS-ów, bardzo anty-HD, a FIS z kolei bardzo wysokiej jakości (nie tylko technicznej) wizuale Jovana Vucinica, przetwarzającego zdjęcia roślin i pejzaży.

Choć organizatorzy zarzekają się, że chcą być jak najbardziej otwarci w swoim podejściu, to jednak patrząc na program całościowo odnoszę wrażenie, że wcale nie jest to tak szeroko rozwarty wachlarz. Oczywiście niedaleko czai się groźba utraty tożsamości (zakładając, że festiwal powinien takie coś posiadać). Uogólniając, mam niestety poczucie zmęczenia tymi wszystkimi mrocznymi wizjami (które osiągnęły odpychające apogeum w End of All Existence Miltona Bradley’a), przytłoczenia jednostajnością - bo okazało się, że czerń nie ma jednak tak wiele odcieni, żeby kontemplować ją podczas tylu koncertów.
Czasem wystarczyłaby jedynie zmiana ich kolejności. Czemu występ Monotona (bardzo dobry) musiał następować po nie aż tak odmiennym Imaginary Softwoods (bardzo słabym), a nie mógł być rodzielony wykonaniem kompozycji Steve’a Reicha, które miało miejsce przed IS.
Swoją drogą szkoda, że nie zdecydowano się na wykonanie całego “Drumming”, bo fascynujące było śledzenie tego, jak perkusyjne uderzenia rozchodziły się w olbrzymiej hali Heizkraftwerk Berlin-Mitte, natomiast “Music for 18 Musicians” (oba wykonane przez Ensemble Modern) wydała mi się zbyt ładna, wręcz kiczowata, choć w drugiej połowie na szczęście powściąga te zapędy.
Niesamowita przestrzeń, w której odbywa się Atonal stanowi jego niewątpliwą zaletę, ale może być też kłopotem. Z tyłu pomieszczenia często niskie częstotliwości dominowały nad pozostałymi i zniekształcały muzykę. Poza tym jego naturalny pogłos narzucał pewien ujednolicający rys dźwiękom, choć już bez tego wszelkie delay’e, echa i reverby były wykorzystywane podczas występów tak często, że aż można by to uznać za nagminne.

[zdjęcia: Piotr Tkacz]

Berlin Atonal 2014 [fot. Berlin Atonal]