polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
The Black Keys Turn Blue

The Black Keys
Turn Blue

Nie będę ukrywać, że czekałem na tę płytę z ogromną niecierpliwością, zwłaszcza po świetnym El Camino, które wprowadziło do muzyki „Czarnych Kluczy” nową jakość. Rezygnacja z „szorstkiego” garażowego grania na rzecz małego flirtu z bardziej komercyjnym i przebojowym graniem okazała się strzałem w dziesiątkę – The Black Keys pokazali, że nie są zespołem, który daje się łatwo „zaszufladkować”, lecz ciągle poszukującym własnego języka. Dlatego zapowiedź ponownej współpracy z Danger Mousem, wypowiedzi samych muzyków oraz przede wszystkim singlowy „Fever” tylko zaostrzyły apetyt. Wszystko wskazywało na to, że Turn Blue utrzyma bądź przewyższy poziomem wcześniejsze albumy. Jednak słuchając ósmego albumu Amerykanów mamy wrażenie małego niedosytu. Z jednej strony, za dużo tutaj „wypolerowania”, perfekcji, która może wręcz drażnić. Z drugiej, Auerbach i Carney są niekwestionowanymi mistrzami w nawiązywaniu do przeszłości. Stylistyka retro, którą serwują na Turn Blue to prawdziwy popis wyobraźni, unikająca bezmyślnego i syntetycznego „mieszania”, stawiająca na grę kontrastów i zabawę formą. Obok transowego „Fever” mamy absolutny highlight w postaci „Weight of Love”, które z powodzeniem mogłoby się znaleźć na płytach Neila Younga czy taneczne „10 Lovers”. Na pochwałę zasługuje również kończące „Gotta Get Away” brzmiące jak jakiś odpad z sesji do El Camino oraz w luźny sposób nawiązujące do pierwszych albumów panów z Ohio.

Malkontentom, którzy stwierdzą, że duet (no właśnie, czy to jeszcze jest duet?) z Akron skończył się na przysłowiowym „Kill’em All” polecam ponowne przesłuchanie albumu. The Black Keys nagrali płytę niejednoznaczną, jednocześnie „komercyjną” i „autorską”, przez co Turn Blue generuje intrygujące napięcia oraz zyskuje z każdym odsłuchem, przez co wspomniane „wypolerowanie” może nie staje się zaletą, ale na pewno nie przeszkadza tak, jak miało to miejsce na samym początku.

[Mateusz Nowacki]