polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
conan blood eagle

conan
blood eagle

Najnowsze dzieło doom metalowców z Liverpoolu wywołuje dwa typy jakże skrajnych odczuć. Pozytywne, związane są z odsłuchem pierwszej jego połowy. Negatywne pojawiają się przy drugiej części albumu.

Zawsze zastanawiałem się jak by to było usłyszeć Melvinsów w doomowym wydaniu. Wiadomo. Jeszcze powolniejsze tempo, bardziej spłaszczone brzmienie, mocniejsze gitary, powiedzmy ośmio–dziesięciominutowe utwory, a wszystko przy zachowaniu tego specyficznego luzu i niepowtarzalnego klimatu. Buzz Osborne jest tylko jeden i może kiedyś taki eksperyment ujrzy światło dzienne. Póki co, dłuższymi chwilami taką muzyczną fantazję zaspokaja właśnie Conan.

Otwierający całość, prawie dziesięciominutowy „Crown of Talons” pozostaje w 99% kompatybilny z charakterystyką przedstawioną powyżej. Cudownie flegmatyczny, z każdą sekundą coraz mocniej rozgrzewa receptory słuchu, prowadząc bez większego pośpiechu do silnej eksplozji. Świetne, melvinsowe wokale stanowią o potędze przekazu idealnie skonstruowanego, bezkompromisowego w formie, utworu. Trudno o bardziej miażdżące wejście w płytę, zwłaszcza, że siłę wstępu wzmacnia drugi, jeszcze cięższy „Total Conquest”. Porozrzucane dookoła, niczym farba na ścianie, riffy zapełniają przestrzeń wdrażając nową jakość w rozrywającą basowo–bębnową rzeczywistość, po to by w trzeciej minucie z chaosu i paniki przerodzić się w poukładany i dramatycznie zbudowany poemat. Huśtawka bębnów, przejścia, krzyki są tutaj jak gromy spadające z nieba. Nagle, z drastycznej, powolnej, sludżowej otchłani wyłania się galopujący, najlepszy z całości „Foehammer”. Ciągłe cięcia i zmiany tempa tworzą intensywną porcję hałasu, kreując tym samym jeden z najcięższych, metalowych fragmentów jakie słyszałem w ostatnim czasie. Na wyjątkowość kompozycji składa się niesamowita precyzja, pomysłowość, a także pochodzący z zaświatów, „delikatny” w tych okolicznościach, wokal Jona Davisa. Niszczycielska partia dość niespodziewanie w połowie trwania przeobraża się w gigantyczny dron serwując przez trzy minuty powtórzenia, z których najbardziej w pamięci utrwala się pozostający gdzieś w tyle, kłujący, bardzo schizofreniczny riff. Ten niewyobrażalnie ciężki kawałek, kończy to, co ekscytujące w tym wydawnictwie.

Czwarty „Gravity Chasm” to już bowiem zwykły, zbyt prostolinijny, zwłaszcza w tak wymagającym, skomplikowanym otoczeniu utwór, w którym dominuje nieco trashowa, wywołująca poczucie dezorientacji maniera. Podążająca donikąd kompozycja ostatecznie gubi się przechodząc w przekombinowany i niezbyt wysublimowany „Horns For Teeth”. Stosowana w pierwszych trzech utworach płyty reguła kilkukrotnych, rosnących, mocniejszych i twardszych powtórzeń, tym razem nie sprawdza się, czego głównym powodem są przede wszystkim zanadto agresywne wokale oraz przewidywalne i nieprzygotowane modyfikacje tempa. Ta część krążka jest wtórna i zdecydowanie zbyt chwytliwa, co potwierdza również niestety uporczywy, zamykający całość „Altar of Grief”.

Reasumując Blood Eagle ma się wrażenie, że wraz ze zmianą wydawcy na Napalm Records, muzycy mieli do wykorzystania ograniczony limit zaskoczeń i zawirowań, który niestety wyczerpali w pierwszej połowie dzieła. Na drugą jego część albo zabrakło pomysłu, albo zwyczajnie nastąpiło przeszacowanie koncepcji.

[Dariusz Rybus]