polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Stein Urheim Stein Urheim

Stein Urheim
Stein Urheim

Norweskiego gitarzystę Steina Urheima Wikipedia określa jako muzyka jazzowego, ale jeśli posłuchać jego drugiego albumu wydanego jeszcze w lutym dla Hubro Records, pojęcie takie wyda się mocno nieprecyzyjne. Trzydziestopięciolatek z Bergen nagrał, z pomocą Jorgena Traena, zestaw pięciu instrumentalnych kompozycji na akustyczną gitarę (wspartą między innymi klawiszami, banjo czy fletem), a także pokaźny arsenał przeróżnych akustycznych i elektronicznych ornamentów: harmonium, delikatnych faktur, dronów i lekko ambientowych pejzaży. I chociaż wydawać by się mogło, że tak skrojona muzyka pozostanie w chmurnych, skandynawskich klimatach, zawartość płyty pokazuje coś zupełnie innego, a z początku zbijająca z pantałyku okładka zdaje się w jakimś sensie to potwierdzać. To bardzo różnorodna, dryfująca w stronę niejednej tradycji muzyka – zahaczająca o jazz i blues, spoglądająca daleko na wschód i na południe, czerpiąca z folku, a nawet szeroko pojmowanej muzyki świata. Ten egzotyczny kalejdoskop nie drażni, bo ma w sobie ujmującą naturalność, a wykonawczą i narracyjną lekkość  z powodzeniem kontrapunktują miejscami lekki bałagan i pewna wywrotowość. Wykorzystanie efektów, na przestrzeni całości wszechobecnych, ewidentnie wzbogaciło przekaz, dodało przestrzeni jak i odrobiny ciężaru, stało się też dobrym spoiwem dla tego różnorodnego materiału. Całość zdaje się płynąć dość leniwie (czasem może za bardzo), ale i z nieustannym luzem, w każdej odsłonie przyciągając sporą uwagę. Otwierająca album kompozycja „Kosmoloda” łączy wątki bluesowe z folkowymi odcieniami, w drugim, bardziej dynamicznym i pogodnym utworze pojawiają się też niemal hawajskie pejzaże; „Watch The View” całkiem fajnie rozwija się w lekko orientalne klimaty, w końcówce czwartej odsłony znów dochodzą do głosu bluesowe nastroje i mamy najgłośniejszy fragment całego albumu. Świetne zamknięcie w postaci „Great Distances” to wciąż blues, ale zanurzony tutaj w niskim pogłosie i uzupełniony o wręcz rockowy pierwiastek, tym samym bardzo dobra, narysowana nieco ciemniejszymi kolorami, kropka nad i. Mamy w efekcie album zaskakujący różnorodnością, a przy tym zagrany z wielkim wyczuciem i wyobraźnią – warto poświęcić mu swoją cierpliwość i warto do niego wracać, a nazwisko jego bohatera zapamiętać.

[Marcin Marchwiński]