polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious

Primavera Sound 2014
Parc Forum | Barcelona | 29-31.05.14

 

14. edycja odbywającego się w Barcelonie festiwalu Primavera Sound Festival zgromadziła prawie 200 wykonawców z całego świata, którzy w dość zgrabny i pomysłowy sposób zostali usadowieni w programie zarówno w ramach 3-dniowego regularnego festiwalu (11 scen w Parc del Forum), jak i w trwającej 4 dni tegorocznej serii z cyklu Primavera als Clubs (5 klubów). Koncerty klubowe rozpoczęły się już w poniedziałek poprzedzający festiwalowy weekend. Zagrali między innymi były frontman grupy Hefner i bywalec Primavery Darren Hayman oraz prezentujące stylowy pop The Free Fall Band z Katalonii. Z kolei w niedzielny wieczór, po zakończeniu koncertów w Parc del Forum, można było usłyszeć doskonałą, loopującą swój głos i instrumenty Juanę Molinę oraz znaną ze współpracy z Bonnie „Prince” Billym Angel Olsen, której pierwsze trzy kompozycje nie zachęcały do pozostania w klubie, ale cały koncert wypadł nieźle.

Skład pierwszego dnia Primavery, w swojej różnorodności oraz magii zgromadzonych nazw, mógłby stanowić pełny lajnup średniej wielkości festiwalu. Niestety, ofiarą tego nadmuchanego do granic balonu padł występujący za wcześnie, bo o godzinie 17.45 Föllakzoid. Doskonałe spacerockowe pasaże powstałe w wyniku kapitalnie narastających po sobie warstw utworów, zaserwowane z psychodelicznym zacięciem, wprowadziły słuchaczy w intensywny trans, stając się pierwszą ogromną niespodzianką całego festiwalu. Szkoda, że Chilijczycy nie mogli zagrać na przykład w sobotę przed lub po Godspeed You! Black Emperor, ponieważ ponad 25-stopniowy upał i palące w oczy słońce nie pomagały w budowie odpowiedniego klimatu dla tego typu muzyki. Optymalne warunki do zaprezentowania swojej twórczości mieli występujący w sali Auditori Rockdelux, Colin Stetson, który zagrał na swoim dobrym poziomie, oraz A Winged Victory For The Sullen. Ich ambientowa moc oparta na grze czterech smyczków, pianina i gitary wbijała w fotel. Minimalizm muzyki idealnie kreował dramaturgię rodem z operowej sali, fundując najbardziej emocjonalną i melancholijną z podróży podczas tego festiwalu. Największe wrażenie robiły zwłaszcza partie z mocną, wyrazistą wiolonczelą - był to występ kwalifikujący się do Top 5 festiwalu. Bajeczną atmosferę inauguracji udało podtrzymać się, ale tylko przez dłuższą chwilę Warpaint. Obiecujący początek za sprawą „Keep it Healthy”, „Love Is To Die” czy „Disco/Very” rozbudził apetyt na więcej z ich ostatniej płyty. Niestety, Amerykanki nie podniosły rękawicy. O tym, że eksperymenty nie są ich atutem, przekonały ostatecznie anemiczna, pozbawiona mocy przeróbka „Ashes to Ashes” Davida Bowiego, nieudany „No Way Out” oraz rozdmuchany „Elephants”, stanowiąc najbardziej nieudane 25 minut z tych, które dotychczas widziałem w ich wykonaniu. Na negatywny odbiór drugiej części ich koncertu ogromny wpływ miało pogarszające się nagłośnienie sceny Heineken, które najsłabiej wypadło podczas koncertu Queens Of The Stone Age. To, czego nie udało się Warpaint, osiągnęła St. Vincent. Nie do wszystkich trafia sceniczny image Annie Clark. Przeciwników mogą mieć zautomatyzowane ruchy taneczne, jednak od momentu pojawienia się artystki na scenie Sony publiczność wpadła w euforię, a Annie czarowała przede wszystkim śpiewem, ale także oryginalną techniką gry na gitarze. Usłyszeliśmy głównie piosenki z rewelacyjnie przyjętej, tegorocznej płyty St. Vincent, ale też starsze nagrania.

Z trójki „kobiecych” występów przewidzianych na ten dzień zaskakująco równy i przypadający do gustu zagrał Chvrches. Potężny synthpopowy boom wypełniający scenę Pitchforka przy „Gun”, „Night Sky”, kończącym „The Mother We Share” przyniósł to, czego zabrakło w zeszłym roku podczas The Knife. Utalentowana i urokliwie skromna wokalistka Lauren Mayberry świetnie zestawiła elementy nostalgii, niepozorności i delikatności z niesamowitą energią i dystansem. O Szkotach z Chvrches można powiedzieć, iż zanotowali tzw. występ idealny, podobnie zresztą jak grający w tym roku dzień po dniu Shellac. Ich środowy koncert w ramach Primavera als Clubs w klubie Barts zakończył się małym organizacyjnym skandalem. Wpuszczono za dużo chętnych podczas wcześniejszego The Ex i potem trzeba było odmawiać wstępu nowym osobom, a co gorsza namawiano do opuszczenia przetłoczonej sali tym, którzy już w niej byli! Kto wyszedł na papierosa, ekskluzywnego koncertu Shellac nie zobaczył. Po tym zamieszaniu muzycy weszli w koncert dopiero po paru minutach, po odegraniu niszczycielskiego „Cooper”. Na tym koncercie można było pomyśleć, że Shellac ma jednak lidera – był nim zdecydowanie Steve Albini. Piekielna moc jego gitary, rozdrapująca prostolinijność oraz surowość wyróżniała się na tle całego zespołu w dość słabo nagłośnionym, 3-kondygnacyjnym klubie. Ich czwartkowy koncert na scenie ATP był bardziej zadziorny, energiczniejszy, bardziej zgrany i po prostu mocniejszy niż dzień wcześniej. Ten występ Shellac to zdecydowanie jeden z 5 najlepszych momentów całego festiwalu. Tego dnia dobrze wypadło też, za sprawą piekielnej mocy galopujących kompozycji, Bo Ningen.

Rozczarowaniem był występ Future Islands. Zespół zapewne lepiej się sprawdza w warunkach klubowych. Na tak dużym festiwalu, obserwując Samuela Herringa i spółkę miało się poczucie oglądania taniej dyskoteki. Zabrakło emocji. Na duże sceny doskonale pasuje natomiast Charles Bradley. Co za energia, przekaz, no i głos. Wszystko urzekająco zgrane, czyste, momentami eksplodujące i pełne radości, momentami nostalgiczne i wzruszające. Bradley obok Antibalas, grającymi na cztery instrumenty dęte (świetny koncert w ramach Primavera als Clubs w Apolo), dał najbardziej energetyczny koncert podczas tej Primavery wywołując tańce, wzruszenie oraz chóralny śpiew publiczności. Nie zawiódł również Moderat. Dla zmęczonych promocją ostatniej płyty, berlińczycy przygotowali bardziej energetyczne show, mające kilka ciekawych rozwinięć i eksperymentów. Świetną formę wokalną zaprezentował pozostający w centrum wydarzeń Sasha Ring.

Drugiego dnia imprezy miało miejsce największe rozczarowanie festiwalu. Swój koncert z powodu choroby odwołała Linda Perhacs. Wielka szkoda. O tej absencji pozwolił zapomnieć jednak fenomenalny koncert Yamantaka // Sonic Titan. Kanadyjska grupa skupiła się na kreowaniu klimatu znanego z ich pierwszej płyty. Dominowała psychodelia (trzy kobiece piszczące wokale, gongi, dzwoneczki) opatulona w stonerowe zacięcie. Szamańska hipnoza, koncentracja muzyków, ich ubiór oraz brak jakiejkolwiek gestykulacji świetnie budował niesamowity nastrój występu, którego muzyka najlepiej pasowałaby do filmów typu „Ring”. Ciekawie zapowiadał się koncert Micka Harveya, który zdecydowanie zbyt rzadko wykorzystywał jednak siłę swojego 15-osobowego ensemble, przez co całość wyszła dość sztampowo, balladowo i odtwórczo. Zabrakło napięcia, drapieżności, czegoś, co przeniosłoby ten koncert na wyższy poziom zaangażowania. Również opóźniony o prawie 15 minut koncert Body/ Head nie wpasował się w atmosferę sali Rockdelux. Bardzo duszny, hermetyczny klimat powstały w wyniku gry głośnych gitar w zamkniętej przestrzeni nie pozwalał nieść się dźwiękowi, tłumiąc go. Co gorsze, ten odbijając się od ścian wracał, tworząc dodatkowe echo. To jakby odpalić ogromną petardę w zamkniętym pomieszczeniu. Ten koncert zdecydowanie lepiej wypadłby na scenie ATP, która w tym roku miała nową, o wiele lepszą lokalizację niż w zeszłym, zastępując miejsce dawnej sceny Primavera.

Odnośnie nowych lokalizacji scen, w tym roku na festiwalu pojawił się Bowers & Wilkins + Boiler Room, czyli swoiste igloo mogące pomieścić około tysiąca osób. Jego gigantyczną moc i piekielną siłę można było odczuć przy niszczącym koncercie Prurienta, którego harsh noise’owy przekaz wkręcał w ziemię. Na najbardziej opętany występ tego festiwalu składały się agresywne wokale, towarzyszące im piski piły, uderzenia metalowych prętów uzupełnione o schizofreniczne, dronowe plamy. Niesamowite doświadczenie. Po około 10 minutach zgromadzeni, zatykając uszy, zaczęli tłumnie opuszczać Boiler Room, zostawiając sporo miejsca tym, którzy mogli zobaczyć 30-minutowe mistrzostwo z odległości paru metrów. Świetnie skonstruowany set bazował na elementach spokoju, grozy i skrajnej agresji. Prurient to kandydat do listy Top 5 całego festu. Kto miał mało psychodelicznych zajawek wrócił do Boiler Roomu na The Haxan Cloak. Równie obłąkany, ale utrzymany już w delikatniejszej stylistyce dark ambientu set wywołał ogromne poruszenie. Od industrialnych wkrętek po nastrojowe przejścia. Było bardzo mrocznie i ponuro. Bardzo rozluźniający w tych okolicznościach, oczyszczający umysł przed paraliżującym koncertem Demdike Stare set zanotował jeszcze występujący pod własnym nazwiskiem Dominick Fernow. Występujące po nim duo z Manchesteru zaprezentowało bardziej wyważone, spokojniejsze, bardziej minimalistyczne od The Haxan Cloak brzmienie, oparte na wijącym się w oddali głosie, tworząc efekt pola magnetycznego, które chyba z większą mocą uderzyłby na otwartej przestrzeni np. na scenie Ray-Ban przy wizualnej otoczce nieba i gwiazd. Generalnie siłą tegorocznej Primavery była elektronika, której zwłaszcza w piątek mogła pozazdrościć publika drugiego barcelońskiego festiwalu Sónar. Przekonała o tym dalsza część programu, gdzie obok wyżej wymienionych wystąpili, z bardzo różnym skutkiem, m.in. Pional, Vatican Shadow (Fernow po raz trzeci) oraz John Talabot.

Najjaśniejszym gitarowym punktem piątkowego programu był oczywiście Slint. Dla osoby postronnej, szukającej definicji najlepszego alternatywnego rocka dostępnego na naszej planecie, najbardziej trafną odpowiedzią byłby właśnie popis Amerykanów. Wszystko znakomicie wyważone, poskładane i pasujące do siebie – precyzja, pazur, delikatność, przestrzeń. Koncert rozpoczęli od potężnego, instrumentalnego „For Dinner…”, po którym zgromadzona pod ATP publika nie wydała jednego dźwięku, co zostało skwitowane ze sceny szeptem wypowiedzianymi słowami „so quiet”.

Z polskich kapel dobrze tego dnia zaprezentował się Hokei. Luz, koncertowe obycie, dobre brzmienie spowodowało, iż przynajmniej połowa publiki zgromadzonej pod sceną Adidas zaangażowała się w ich muzykę. Na mnie jednak największe wrażenie z polskich wykonawców, zrobiła we wtorkowy wieczór w klubie Apolo, katowicka Furia. Jeśli ktoś chciał na tym festiwalu usłyszeć dobry black metal, to z całą pewnością zamiast na koncert Deafheaven powinien pójść na Furię. Siła rażenia tej kapeli, pomysł na siebie, technika bardzo mnie zaskoczyły.

Trzeci dzień regularnego festiwalu otworzyły koncerty Kronos Quartet oraz Teho Teardo & Bixa Bargeld. Pierwszych charakteryzowały cudownie gubiące się wątki, powracające natręctwa, głębia smyczków, wyborne operowanie głośnością, dostojność oraz wszechobecna majestatyczność. Dzięki ich muzyce skryte emocje objawiały się, tworząc w umyśle ścianę barw pełną kolorów, wyciszenia oraz spokoju. Drudzy podtrzymali niesamowitą muzyczną atmosferę, ale było o wiele luźniej w komunikacji z publiką. Blixa Bargeld sączył lampkę wina, a na scenie towarzyszyła mu 3- czy 4-letnia dziewczynka, do której co jakiś czas zagadywał. Pierwszy, szczytowy punkt ich występu nastąpił w okolicy 30 minuty, gdy na scenie pojawił się smyczkowy oktet. Drugi nastąpił chwilę później w wirtuozersko zagranym „A Quiet Life”. Zdumiewające doświadczenie. Wyluzowani artyści zdecydowali się, ku euforii siedzących na sali, na małą dogrywkę. Partia harmonijki ustnej Bargelda wtrącona pomiędzy potężnie brzmiące smyczki oraz rwącą się gitarę zabrzmiała drastycznie i niesamowicie. Kolejny kandydat do listy Top 5. Oba koncerty doskonale zaś przygotowały do występu Godspeed You! Black Emperor. Najlepsza pora dnia, czyli godzina 21.50, sprzyjała doznaniom, jakie niesie za sobą mistyczna podróż w rytm dźwięków tworzonych przez Kanadyjczyków. Powolne, rozdrapujące motywy, mozolne i cierpliwie budowane wymagały od słuchacza naprawdę sporej dozy energii i skupienia. Szkoda, że po godzinie ze sceny Pitchforka wybuchł koncert The Dismemberment Plan, który momentami zakłócał cichsze momenty GY!BE. Z koncertami GY!BE i D-Plan pokrywał się częściowo występ Connana Mockasina, co niestety z powodu przedostającego się pod scenę Vice hałasu z pozostałych scen wpływało na jego odbiór. Mockasin, który na scenę wyszedł z zasłoniętą twarzą, najlepiej wypadł w „Forever Dolphin Love”.

W sobotni wieczór można było usłyszeć legendę, współtwórcę ruchu tropicalismo – Caetano Veloso, który aktualnie promuje swój ostatni album Abraçaço i utwory z tej płyty zdominowały koncert. Od pierwszych sekund na scenie i pod nią rozpoczęła się brazylijska fiesta. Nowy, nieco ostrzejszy materiał na żywo sprawdza się świetnie, a starszy pan Veloso (w sierpniu skończy 72 lata!) ma w sobie więcej wigoru od niejednego dwudziestolatka. Doskonały, pozytywnie hipnotyzujący koncert zakończył się jednym z niewielu festiwalowych bisów, i choć przeważały nagrania z tej dekady, nie zabrakło utworów klasycznych, z „Triste Bahia” na czele. Przystawką przed koncertem legendy byli Boogarins. Psychodeliczne i surfujące gitary, połączone z jasnymi, lekkimi melodiami i delikatnym wokalem Fernando Almeidy doskonale wpasowały się w słoneczną aurę. Panowie mają na koncie jeden album, jednak już zapowiadali nagranie nowej płyty, z której materiał dominował zarówno na sobotnim koncercie, jak i niedzielnym w Parc De La Ciutadella.

Pięć, dziesięć lat temu myśląc o Nine Inch Nails można byłoby mówić o industrialu z rockowym zacięciem. Teraz bardziej adekwatnym określeniem ich twórczości jest elektroindustrial. Gitary poszły w odstawkę. Trzy refleksje po koncercie NIN. Pierwsza – Trent Reznor jest 100% profesjonalistą, wymagającym od siebie i innych maksymalnego zaangażowania. Dla wielu był to najlepszy, a przynajmniej najbardziej spektakularny występ na Primaverze, zwłaszcza patrząc przez pryzmat imponującego brzmienia osiągniętego na scenie Sony, na której były z tym wcześniej problemy. Druga – utwory z ostatniej płyty zagrane pod innym szyldem niż NIN byłyby do zaakceptowania, ponieważ na żywo brzmią lepiej. Trzecia – Nine Inch Nails na żywo dzisiaj to zespół mający dwa oblicza. Jedno jest dla tych w czarnych koszulkach z wszechobecnie znanym logiem kapeli i jego moc w wersji live wciąż jest niszczycielska (fenomenalne „The Day The World Went Away”, „The Hand That Feeds”, „Head Like A Hole”). Drugie oblicze jest bardziej współczesne, dla fanów elektroniki, czasem tej bardziej dance'owej. Oczywiście trudno porównywać ten koncert z tymi sprzed lat, ale wypada wspomnieć, że Nine Inch Nails pozostaje solidną firmą, a jakość nowych nagrań podczas koncertu tylko to potwierdza.

Na koniec festiwalu zrobiło się bardzo elektronicznie. Brytyjski didżej Daniel Avery przez pierwsze trzy kwadranse w bardzo interesujący sposób rozwijał motywy potężnego „Need Electric” oraz twistowego „Drone Logic”. Z biegiem czasu postawił jednak na zawiłość i surowość. Było bardzo intensywnie, minimalistycznie i transowo. Katalończycy z Za! dali najbardziej szalone show festiwalu, korzystając z samplerów, loopując własne wokale i instrumenty zamieniając tym samym okolice sceny Vice, w bardzo katalońską w duchu, dyskotekę. Nie można było sobie wyobrazić lepszego zakończenia tak różnorodnego festiwalu.

Jak co roku ważną częścią Primavery są koncerty wykonawców hiszpańskich i iberoamerykańskich, z reguły występujących dość wcześnie. W tym roku już w środę, w Parc del Forum na scenie ATP zagrała legenda argentyńskiego indie rocka Él Mató a un Policía Motorizado. W pierwszy regularny dzień festiwalowy można było się przekonać o sile Katalończyków z El Petit de Cal Eril. Ich koncert, delikatny i przyjemny w odbiorze, z cudownymi partiami dęciaków, nastrajał pozytywnie na cały festiwal. Na tej samej scenie zagrał chwilę później Rodrigo Amarante, jednak jego dość intymna muzyka wydawała się być pozbawiona energii, w przeciwieństwie do kompozycji, które wykonuje wspólnie z Devendrą Banhartem. Z energią nie miał natomiast kłopotu projekt El Último Vecino. Najnowsza sensacja barcelońskiej sceny electro to projekt osadzony głęboko w stylistyce lat 80. Wokalista, stylizujący się na Morrisseya, zadbał przede wszystkim o świetny kontakt z publicznością. Warto było zerwać się wcześniej na koncert hiszpańskiej grupy León Benavente, składającej się z członków zespołów Nacho Vegas, Tachenko, Schwarz, z Abrahamem Bobą w roli wokalisty. Indie-rockowe piosenki zagrane z typowo hiszpańskim sznytem brzmiały niezwykle świeżo, ale i profesjonalnie, przywodząc na myśl klimaty Sr. Chinarro. Chilijczycy z Astro również zagrali dobry, energetyczny i pozytywny koncert, podczas którego przestało padać i do końca festiwalu można było zapomnieć o parasolkach (pod którymi jeszcze przed chwilą tańczyła większość widowni). To była pierwsza tak deszczowa Primavera, na szczęście poza kilkoma miejscami teren szybko się nagrzewał i wysychał – a widok pięknej podwójnej tęczy nad portem Forum mógł wynagrodzić różne niewygody.

Podsumowując tegoroczną edycję można stwierdzić, że Primavera na pewno mierzy się z nowymi trendami muzycznymi. W tym roku sporo miejsca poświęcono eksperymentom ambientowym, był black metal, sporo elektroniki oraz nawiązań do muzyki klasycznej. Martwi jednak obecność średniej jakości indie rocka, post rocka oraz miałkiego popu. Z całą pewnością odczuło się również niewielką ilość kapel metalowych. To z perspektywy festiwalowicza. Z perspektywy organizatorów line-up z Arcade Fire, Queens of the Stone Age, The National czy Pixies pokazał, że duże nazwy rodem z Glastonbury nie zagwarantują pełnej sprzedaży karnetów, jak miało to miejsce w ubiegłych kilu latach. To przynajmniej zagwarantowało mniejsze tłumy, ale na pewno dało organizatorom do myślenia, w którą stronę pójść dalej w przyszłorocznej, okrągłej edycji festiwalu. Formuła Primavery, będącej najlepszym dużym, miejskim festiwalem na świecie zapewne przetrwa, ale organizatorzy muszą w końcu zmniejszyć liczbę scen oraz zagwarantować więcej miejsca na odpoczynek pomiędzy koncertami. Publika jest i będzie przecież coraz bardziej wygodnicka. A jeśli chodzi o muzykę, niech wciąż będzie różnorodnie – no, może z większą dozą eksperymentów.



[Tekst: Dariusz Rybus, współpraca: Błażej Nowicki, Aleksandra Szkudłapska]

 

[zdjęcia: Błażej Nowicki, Dariusz Rybus]

St. Vincent [fot. Błażej Nowicki]
St. Vincent [fot. Błażej Nowicki]
St. Vincent [fot. Błażej Nowicki]
Caetano Veloso [fot. Błażej Nowicki]
Caetano Veloso [fot. Błażej Nowicki]
Caetano Veloso [fot. Błażej Nowicki]
Teho Teardo & Bixa Bargeld [fot. Błażej Nowicki]
Teho Teardo & Bixa Bargeld [fot. Błażej Nowicki]
Teho Teardo & Bixa Bargeld [fot. Błażej Nowicki]
Teho Teardo & Bixa Bargeld [fot. Błażej Nowicki]
Slint [fot. Błażej Nowicki]
Slint [fot. Błażej Nowicki]
Slint [fot. Błażej Nowicki]
Slint [fot. Błażej Nowicki]
Shellac [fot. Błażej Nowicki]
Shellac
Shellac [fot. Błażej Nowicki]
The Ex [fot. Błażej Nowicki]
The Ex [fot. Błażej Nowicki]
Body/ Head [fot. Błażej Nowicki]
Body/ Head [fot. Błażej Nowicki]
Colin Stetson [fot. Błażej Nowicki]
Föllakzoid [fot. Błażej Nowicki]
Föllakzoid [fot. Błażej Nowicki]
Föllakzoid [fot. Błażej Nowicki]
Factory Floor [fot. Błażej Nowicki]
Bo Ningen [fot. Błażej Nowicki]
Bo Ningen [fot. Błażej Nowicki]
Bo Ningen [fot. Błażej Nowicki]
Za! [fot. Błażej Nowicki]
Za! [fot. Błażej Nowicki]
Antibalas [fot. Błażej Nowicki]
Antibalas [fot. Błażej Nowicki]
Queens Of The Stone Age [fot. Błażej Nowicki]
Nine Inch Nails [fot. Błażej Nowicki]
Nine Inch Nails [fot. Błażej Nowicki]
Cold Cave [fot. Błażej Nowicki]
Warpaint [fot. Błażej Nowicki]
Warpaint [fot. Błażej Nowicki]
Warpaint [fot. Błażej Nowicki]
Warpaint [fot. Błażej Nowicki]
Connan Mockasin [fot. Błażej Nowicki]
Connan Mockasin [fot. Błażej Nowicki]
Pond [fot. Błażej Nowicki]
The Growlers [fot. Błażej Nowicki]
The War on Drugs [fot. Błażej Nowicki]
Darren Hayman [fot. Błażej Nowicki]
Darren Hayman [fot. Błażej Nowicki]
The Free Fall Band [fot. Błażej Nowicki]
Hokei [fot. Błażej Nowicki]
Hokei [fot. Błażej Nowicki]
Furia [fot. Błażej Nowicki]
Furia [fot. Błażej Nowicki]
Furia [fot. Błażej Nowicki]
Anthony Chorale [fot. Błażej Nowicki]
Bongeziwe Mabandla [fot. Błażej Nowicki]
Rodrigo Amarante [fot. Błażej Nowicki]
Rodrigo Amarante [fot. Błażej Nowicki]
Boogarins [fot. Błażej Nowicki]
Boogarins [fot. Błażej Nowicki]
Boogarins [fot. Błażej Nowicki]
Él Mató a un Policía Motorizado [fot. Błażej Nowicki]
El Petit de Cal Eril [fot. Błażej Nowicki]
El Petit de Cal Eril [fot. Błażej Nowicki]
Astro [fot. Błażej Nowicki]
León Benavente [fot. Błażej Nowicki]
León Benavente [fot. Błażej Nowicki]
León Benavente [fot. Błażej Nowicki]
Refree [fot. Błażej Nowicki]
Temples [fot. Błażej Nowicki]
Temples [fot. Błażej Nowicki]
Templeton [fot. Błażej Nowicki]