polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Carla Bozulich Boy

Carla Bozulich
Boy

Nowy solowy album Carli Bozulich pt. Boy, choć techniczne czwarty wydany pod własnym imieniem, jest w pewnym sensie pierwszym solowym od początku do końca – skład Evangelisty poszedł praktycznie w odstawkę, Carla zagrała tutaj na większości instrumentów sama, a jedyną osobą, która jej w tych poczynaniach towarzyszyła był John Eichenseer aka JHNO. Te wcześniejsze albo były kolekcjami coverów (Red Headed Stranger), bądź ich mieszanką z własnymi improwizowanymi na żywo utworami (I’m Gonna Stop Killing), tudzież konceptem, dzięki któremu narodził się osobny projekt poboczny (Evangelista).

Boy jest samozwańczym „albumem popowym”, choć biorąc pod uwagę dorobek panny Bozulich nie należy brać tego hasła całkiem dosłownie, gdyż mimo wszystko na próżno tutaj szukać powrotu do czasów The Geraldine Fibbers. Nadal są to dość intensywne stany umysłu, jak u Evangelisty lecz tym razem, przemycone w przystępniejszej formie – żaden utwór nie przekracza progu pięciu minut. Choć po drodze ulegają pewnym mutacjom, to jednak nigdy w pełni nie opuszczają wcześniej nakreślonych ram.

Motywem przewodnim życia Carli jest wędrówka oraz droga a Boy jest – bardziej niż jakikolwiek inny album w jej dorobku – tego kwintesencją. Jest to dzieło dosyć eklektyczne i pozornie może wydawać się nieco niespójne, aczkolwiek po wielokrotnych przesłuchaniach muszę powiedzieć, że to pierwsze wrażenie jest dosyć mylne bo ogólny flow każdego utworu – niezależnie od stylistyki – przypomina przypływy i odpływy, co przy spędzeniu sporego czasu nad Morzem Śródziemnym przy tworzeniu tej płyty wydaje się nieprzypadkowe.

Początek zaczyna się bagnistym nokturnem, który wydaje się emanować wpływem Nowego Orleanu (właśnie teraz tam przebywa Carla) i przypomina Diamandę Galas z bardziej piosenkowego wcielenia albo mroczną wersję Dr Johna z domieszką Nicka Cave’a. Jest tu zaskakująco dużo wpływów afroamerykańskich, których raczej wcześniej w jej twórczości nie było – jak np. uporczywa repetycja pewnych fraz (One Hard Man) czy choćby nawet ogólna stylizacja językowa. Niektóre utwory wydają się dryfować w przestrzeni, pozbawione rytmu a w innych dominuje właśnie bas i perkusja oraz silne synkopy . Gdzie indziej Carla snuje swoją dekadencką opowieść jakby przez mgłę, na tle zimnego, opustoszałego krajobrazu gitarowego (Deeper Than The Well). Istotnym punktem odniesienia wydaje się tutaj być jej pobyt w Stambule, który przekłada się na śródziemnomorskie akcenty w wielu bardziej kontemplacyjnych, kameralnych kompozycjach. W jednym utworze artystka flirtuje także na swój sposób z downtempo. Pojawia się również ukłon w stronę alt-country w postaci kołysanki What Is It Baby, która potem stopniowo odlatuje w kosmiczno-anielskiej błogości.

Tak, jak wcześniej wspomniałem, po przesłuchaniu całości można odczuć pewien niedosyt, który potęguje stosunkowo krótki czas trwania, lecz Boy zyskuje na wartości przy kolejnych przesłuchaniach, gdy możemy dostrzec coraz więcej dźwiękowych niuansów. Jest to bardzo udane kompendium tego, czym może być Carla Bozulich w bardziej skondensowanej formie, ale moim zdaniem nie oddaje w pełni jej potencjału. Płytę tę porównałbym do zdjęcia, które zrobił ktoś, komu niewątpliwie zależało na poszukiwaniu i miał bardzo dobre zamierzenia ale tak się złożyło, że nie zdołał uchywić jeszcze “decydującego momentu”. Aczkolwiek znając Carlę, nigdy szukać (ani wędrować) nie przestanie, więc pewnie prędzej czy później doczekamy się kontynuacji, gdzie wreszcie dopnie swego. Chociaż czy nie zabiłoby to całego sensu wiecznej wędrówki? Cytując klasyka The Geraldine Fibbers: „Jesus only knows”.

[Jakub Krawczyński]

artykuły o Carla Bozulich w popupmusic