polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Red Fang  Whales and Leeches

Red Fang
Whales and Leeches

O Red Fang zrobiło się głośno dwa lata temu, kiedy zespół pełnił rolę głównego supportu na całej europejskiej, klubowej trasie Mastodon. Promowali wówczas swój drugi, bardzo solidny album Murder The Mountains, na którym można było usłyszeć takie rodzynki jak „Wires”, „Malverde” czy „Hank is Dead”. Intensywność, świeżość i zgranie jakie zaprezentowali wtedy muzycy z Portland gwarantowały rozgrzanie nawet najwybredniejszej metalowej publiczności, co oznaczało zdany z wyróżnieniem egzamin dojrzałości.

Najnowszy dzieło grupy jest poniekąd najbardziej autentycznym z dotychczasowych, gdyż w największym stopniu odzwierciedla jej dokonania podczas występów na żywo. Perkusyjne natężenie, dynamizm, wpadające w ucho riffy oraz nienagannie dobrana, sludżowa linia basu stanowią przywitanie w oparciu o ideę kontynuacji tego, co zawierał ostatni krążek Amerykanów. Jego odsłuchy najlepiej więc zaplanować na piątkowe rozpoczęcie weekendu w towarzystwie paru osób i kilku piw, aniżeli na pełen skupienia samotny wieczór któregoś z dni tygodnia.

Pierwszą część wydawnictwa, w której najciekawiej prezentuje się szalony, rosnący z sekundy na sekundę, rockowy „No Hope”, wypełniają pozycje chwytliwe, energetyczne, można by rzec niezbyt skomplikowane. Takie wrażenie ma się jednak tylko przy premierowych kontaktach z płytą. Przy bliższym bowiem zapoznaniu zaskakują one przestrzennością, pomysłowością, grą detali, klimatem, na którego zaistnienie złożyły się przede wszystkim bardzo dobrze skrojone partie wokali. Te, raz zanikają niczym w powiewie wiatru, są spokojne i zgrabnie dopełniają łamiące się wokół riffy. Innym razem dominują, ciągnąc utwór naprzód (ciekawy „Voices of The Dead”).

Bardziej wielopłaszczyznowe rzeczy odnajdziemy w drugiej części albumu. Przebudzenie w rockowych, około garażowych, maksymalnie czterominutowych kompozycjach powoduje siódmy z kolei, melvinsowy „Down Rising”. Obłędne szepty, błądzący, zawieszony w półmrocznej rzeczywistości krzyk prowadzą do gitarowego wodospadu, na dnie którego czeka balladowy, nieco psychodeliczny i w końcówce natężony, basowy „Failure”. Zwracają uwagę: najbardziej różnorodny, wielowarstwowy, najcięższy w całym zestawie „1516”, zadziorny „This Animal” oraz odważny, swobodny „Every Little Twist” będący popisem zdolności Red Fang do pisania utworów twistowych, mam nadzieję w niedługiej perspektywie zastępujących lukę, po nie mających już kąśliwego podłoża produkcjach Queens of The Stone Age.

Najnowszy album Amerykanów nie rzuci na kolana nikogo, kto wymaga od stonerowych wydawnictw dużej ilości zakrętów i zaułków, bo nie o to tutaj chodziło. Whales And Leeches to raczej niestandardowa rozrywka dla tych, którzy lubią w gitarowych dźwiękach nieskrępowanie, luz oraz prostolinijną ekscytację. Ktoś powie że to mało? O tym, że nie jest łatwo tworzyć tego rodzaju kompozycje przekonać się można było całkiem niedawno odsłuchując dzieła przereklamowanych, pogubionych i finalnie błądzących z ideą Baroness. A Red Fang dali radę.

[Dariusz Rybus]