polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Burial Rival Dealer

Burial
Rival Dealer

11.12.13 światło dzienne ujrzało nowe wydawnictwo Buriala. Bez żadnych zapowiedzi, (co w roku, w którym widzieliśmy najbardziej spektakularne kampanie reklamujące albumy, staje się regułą nawet dla Beyoncé) Rival Dealer ukazuje się dokładnie w czasie pozwalającym rozbić pieczołowicie kompilowane doroczne rankingi wszelkiego sortu. Choć na pewno nie wszystkie. Minęło dopiero kilka dni od wydania, a EPka już stała się przedmiotem wielu kontrowersji, dzieląc szeregi nawet najbardziej fanatycznych wyznawców, których Burialowi nigdy nie brakowało. Zresztą wpływ ukrywającego się za tym pseudonimem Willowi Bevanowi na dzisiejszy elektroniczny krajobraz jest oczywisty. Przyjmowana przez wielu krytyków socjologiczna perspektywa „kolektywnej świadomości”, tak ładnie pasującej do tłumaczenia roznoszenia się pewnych estetyk w post-internetowym świecie, rozpracowała brzmienie Buriala wzdłuż i wszerz, w czasie gdy on milczał między wydanym w 2007 roku Untrue, a Street Halo z 2011. Wrócił odmieniony, ale nawet na tle ostatnich propozycji, Rival Dealer jest przełomem. I nie chodzi tu o agresywne bity w utworze tytułowym.

Kontynuując wątek rozmaitych podsumowań roku, nie sposób bowiem pominąć treści nowego tworu Bevana. 2013 był rokiem genderyzmu w muzyce, z najbardziej spektakularnym przykładem dosadnego manifestu The Knife i coming-outem Franka Oceana na czele (krajowy poziom obecnej publicznej „dyskusji” o gender pozostawię bez komentarza). Rival Dealer jest pod tym względem dla Buriala wydawnictwem przełomowym: płyta kończy się monologiem Lany Wachowski (wcześniej jednego z braci Wachowskich, twórców "Matrixa"), do tego dochodzą sample i wokalizy utworów mówiących o zagubieniu, poszukiwaniu, bezpieczeństwie i ochronie. Sam Bevan zdążył już skomentować płytę, nazywając ją „anielskim zaklęciem, ochraniającym przed złymi ludźmi mrocznymi czasami i zwątpieniem w samego siebie”. Nastroje stwarzane przez poprzednie produkcje Buriala, zyskały tu konkretny wydźwięk i choć same w sobie nie mają nic wspólnego z polityką, możemy mówić w tym wypadku o muzyce zaangażowanej.

Ten zwrot ku bezpośredniemu emocjonalnemu przekazowi zdążył już przestraszyć tysiące internetowych trolli, dla których bliskość jest tabu, a „emo” stanowi najgorsza obrazę. Nie zmienia to faktu, że zamykający Rival Dealera „Come Down to Us”, jest jedną z najpiękniejszych rzeczy, jakie słyszałem w tym roku. I pozostaje mi powtórzyć za Factem: oto mamy przedświąteczne przesłanie godne XXI wieku.

[Paweł Trzciński]