polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Jeff Zentner Jest piosenka, która chce się ze mnie wydostać

Jeff Zentner
Jest piosenka, która chce się ze mnie wydostać

Click here for the English version of this article

Jeff Zentner jest songwriterem, który przywiązuje ogromną wagę do każdej części swoich projektów – nie tylko więc komponuje i śpiewa, ale pisze teksty, same w sobie będące poezją. Gra na gitarze (też slidem), na dobro, pedal steel, lap steel, banjo i mandolinie, a w graniu tym da się wyczuć przemyślany szacunek dla korzeni amerykańskiej muzyki. Jego trzy albumy solowe mogą być określone jako alt-country czy folk noir, zaś dwie płyty Creech Holler (był tam frontmanem) są raczej w stylu southern gothic. Jeff znany jest też z cenionej współpracy m.in. z Rykardą Parasol, Markiem Laneganem i Nickiem Cavem. Teraz pracuje nad krążkiem z nowym zespołem, Fire of Bones. Mieliśmy możliwość porozmawiać z nim w jego mieście.

Miasto, które wybrałeś, Nashville – co to za magiczne miejsce?

Nashville w Tennessee to jest miejsce pełne piosenek. Idąc ulicami, możesz zobaczyć skrawki papieru z zapisanymi piosenkami, po prostu leżące na drodze. To miasto jest zbudowane na piosenkach. Mamy tu tylu muzyków, w powietrzu jest tyle kreatywnej energii. Z drugiej strony, to nie jest najłatwiejsze miejsce do życia dla muzyka. Mówią: jak jedziesz do Nashville i chcesz tu zrobić muzyczną karierą, stań na stacji benzynowej pod miastem. Jeśli umiesz śpiewać i grać na gitarze lepiej niż facet, który ci nalewa benzynę – jedź dalej, ale jeśli nie – zawróć do domu. Ciężko się czuć cennym i unikatowym płatkiem śniegu, gdy jesteś muzykiem w Nashville.

Mieszkasz daleko od Music Row, dzielnicy Nashville, gdzie skupia się wielki muzyczny przemysł, daleko od Grand Ole Opry i showów country, ale też daleko od East Nashville, gdzie żyje wielu mniej znanych muzyków. Czy to rodzaj artystycznego manifestu? Ogłaszanie: żadnej współpracy z muzycznym przemysłem, żadnego pop country, żadnych prób bycia trendy? 

Nie myślałem o tym, ale to są bonusy. Jeśli nie usiłujesz być trendy, grasz głównie dla przyjaciół, mówisz to, co naprawdę czujesz, nie to, co ludzie chcą usłyszeć. Myślę, że trzymanie się nieco w izolacji geograficznej od muzycznych centrów Nashville przypomina mi o mojej głównej zasadzie: że to ja jestem odpowiedzialny za powstanie mojej muzyki. Nie wielka wytwórnia, nie garść sesyjnych muzyków, nie bajeranckie studio nagrań, nie grupa docelowa. To jest moja odpowiedzialność. Lubię mieszkać w miejscach, które nie są cool.

Zawsze mówisz, że Twoja muzyka jest inspirowana kulturą Appalachów. Możesz wyjaśnić, co to właściwie znaczy?

Amerykańskie Appalachy to łańcuch górski, rozciągający się od Maine do Północnej Alabamy. W XVIII wieku szkoccy i irlandzcy imigranci zasiedlili region Appalachów, przywożąc swoją kulturę i muzykę. Kultura honoru i przemocy ukształtowała appalachijską muzykę, w szczególności mordercze ballady. A głos tożsamy z dźwiękiem Appalachów zawsze we mnie rezonował. Uwielbiam tonacje appalachijskiej muzyki, bardzo podobne do tonacji bluesowych. Uwielbiam nawiedzony, tajemniczy krajobraz, z błękitnymi górami, warstwa za warstwą znikającymi za horyzontem, z mgłą wiszącą nisko w dolinach. Jest coś pradawnego, pierwotnego w dronowych dźwiękach muzyki Appalachów. Coś, co ma brzmienie starsze niż człowiek. 

Twoje zupełne początki w muzyce to covery ulubionych bluesów Son House’a, Blind Williego Johnsona, Johna Lee Hookera i innych. Co zawdzięczasz bluesmanom?

Bluesmanom zawdzięczam sposób, w jaki gram na gitarze, i pewien rodzaj dziedzictwa szczerości, jak to mówią „noszenia serca na rękawie”. O, po polsku mówi się „mieć serce na dłoni”? – oddaje tę samą myśl. To stan bycia podatnym na zranienie, bo masz obowiązek nieustannie się odsłaniać.

Twoje trzy albumy solowe wydają się być w tradycji Townesa Van Zandta. Myślę o piosenkach, które są proste, a jednocześnie głębokie i przejmujące. Czy to on jest ojcem Twoich solowych działań?

Townes Van Zandt to moja główna inspiracja. Staram się pisać w jego klimacie. Oczywiście, chcę tworzyć we własnym stylu, ale pisać takie piosenki jak on. Mroczną poezję, poezję utraty. Wracając do bluesmanów, to właśnie Townes powiedział, że są tylko dwa rodzaje muzyki: blues i zip-a-dee-doo-dah. Jesteś po jednej albo po drugiej stronie.

Teksty zdają się być dla Ciebie równie ważne jak muzyka. Czy pisanie jest równie istotną częścią tworzenia co komponowanie? Co przychodzi najpierw: melodia czy słowa?

To zależy. Czasem wpada mi do głowy jedno zdanie, gdy prowadzę czy biegam, dobra fraza, jak „dying days of summer” (dogorywające dni lata) albo „we can still defeat the motion of the Earth” (wciąż możemy pokonać ruch Ziemi). Gdy mam taką frazę w głowie, wiem, że jest piosenka, która próbuje się ze mnie wydostać. I czasem najpierw piszę tekst, używając tej frazy jako kotwicy. Często mam dwa, trzy pomysły na melodie, więc staram się jak najszybciej dopasować jedną z nich do słów. Próbuję pobyć z piosenką około miesiąca, nim ją nagram, by się przekonać, czy się sprawdza. Nie jestem songwriterem, który pisze 40 czy 50 piosenek na płytę, a potem ścina do 10. Jestem songwriterem, który pisze 13, a potem ścina do 10.

Twoje pisanie jest dosyć mroczne, melancholijne, pełne pozytywnych emocji, ale też zawierające element tęsknoty, smutku, śmierci – czy to Twoja osobista skłonność, czy czujesz się częścią gotyckiej tradycji literackiej Południa?

Chciałbym myśleć o sobie jako o malutkiej części tej literackiej tradycji. Chociaż może nie wolno mi decydować samemu, czy jestem częścią tej tradycji, o tym powinni zadecydować inni. Literatura Południa to z pewnością moja ulubiona literatura i zawsze była dla mnie największą inspiracją, szczególnie autorzy tacy, jak Cormac McCarthy czy Joe Bolton, poeta z Kentucky. Michael Ondaatje, choć nie jest to pisarz Południa, ostatnio mnie inspirował najbardziej. Odkryłem też niedawno Andre Dubusa III (od dawna byłem fanem pisarstwa jego ojca), który ma powalającą umiejętność opowiadania historii.

Twój nowy zespół, Fire of Bones, to jakby ponowne poszukiwanie mocniejszego brzmienia. Możesz powiedzieć więcej o facetach, z którymi grasz? Jaka jest różnica między tym zespołem, a Twoim poprzednim, Creech Holler?

Fire of Bones to Mitch Hansen na basie i Clark Simmons na perkusji. Mitcha spotkałem, gdy obaj byliśmy woluntariuszami na Rockowym Obozie Nastolatków w Tennessee i uczyliśmy dzieciaki rock ’n’ rolla. Clarka poznałem przez wspólnych znajomych, zaraz po tym, jak przeprowadziłem się do Nashville. Obaj są wspaniałymi muzykami, ciężko pracują, mają świetne pomysły na piosenki, no i wszyscy się wzajemnie lubimy. Obaj są przesiąknięci mroczną, ciężką muzyką, co jest dobre, bo w tym kierunku chcę zmierzać przy następnym albumie. Nagrałem trzy płyty bardzo folkowej americany. Pomyślałem, że czas wrócić do czegoś cięższego. Podstawowa różnica między Fire of Bones i Creech Holler jest taka, że w tym zespole jest więcej mojego pisania solowego i mojej wrażliwości, chociaż ma on mrok Creech Holler. Creech Holler zajmował się wieloma tradycyjnymi tematami z Appalachów, ale pięknem nie za bardzo. Muzyka, nad którą teraz pracujemy, jest ciężka, mroczna, ale nadal jest w niej piękno.

To jaki będzie ten następny album?

Mroczny, ciężki, bujny i wielowarstwowy. Z wieloma instrumentami. Bogatszy i pełniejszy. Wyobrażam sobie mnóstwo głosów. Uwielbiam muzykę chóralną i chciałbym ją wprowadzić na tę płytę. Mam też nadzieję, że przekonam Elin Palmer, jedną z najbardziej utalentowanych osób grających muzykę, jakie kiedykolwiek poznałem, by dołożyła swoje partie skrzypiec, tak, jak na moim ostatnim albumie.

Pracowałeś z wieloma słynnymi muzykami, takimi, jak: Nick Cave, Warren Ellis, Debbie Harry, Kid Congo Powers, Tex Perkins, Lydia Lunch, Mark Lanegan i David Eugene Edwards przy realizowaniu Jeffrey Lee Pierce Sessions Project. Ale gdy sam wybierasz osoby, które mają się pojawić na Twoim albumie, są to w większości kobiety: Rykarda Parasol, Elin Palmer, Josie Little, Sumie Nagano, KatieJane Garside, Hannah Fury, Andria Degens, Shanti Curran. Co jest takiego niezwykłego w wokalistkach?

Przede wszystkim uwielbiam mieć kobiecą energię w mojej muzyce i na płytach. I uwielbiam kobiecy głos. Po prostu myślę, że jest piękny. Uwielbiam dwoistość męskiej i kobiecej obecności na moich albumach. Wydaje mi się, że nie opowiadałbym dobrze ludzkich historii, gdyby czegoś od siebie nie dołożyły kobiety.

Nagrałeś na swój ostatni album, A Season Lost, dwie piosenki z Rykardą Parasol, zrobiliście też razem teledysk do Fire in My Bones. Jak zaczęła się ta współpraca? Jak Ci się pracowało nad klipem?

Odkryłem muzykę Rykardy on-line. Napisałem, że uwielbiam jej nagrania, ona mi to samo – i tak zaczęła się nasza przyjaźń. Zaprosiłem ją, by śpiewała na mojej płycie. Ma wspaniały głos – jednocześnie młody i dojrzały, idealny do pewnych piosenek, które piszę. Kręcenie klipu było dla mnie rzeczywiście interesującym doświadczeniem – skończyłem, pływając w Oceanie Spokojnym pod koniec grudnia. Woda była lodowata. A cała ta scena trwa jakieś 2-3 sekundy... Mieliśmy maleńki budżet, ale Ashlee Elfman, reżyserując, zrobiła świetną robotę. Nikt by nie zgadł, że to jej pierwszy teledysk. Julie Pepin odpowiadała za zdjęcia i montaż, Sean Leslie zajął się postprodukcją i asystą przy zdjęciach. Sam Hart, cudowna artystka z LA, pomogła nam ze scenografią i wykonała niezwykłe listy, każdy napisany odręcznie i sztucznie postarzony. Wymyśliła specjalny alfabet i użyła go do zapisania mojego tekstu. Każdy list, który widać na klipie, ma więc autentyczne znaczenie. I wreszcie Seth Miller użyczył nam swojego domu. Nie musieliśmy wiele zmieniać, on naprawdę żyje wśród niesamowitych gratów. Kręciliśmy w Los Angeles, więc czułem się jak prawdziwa gwiazda kina.

Wiesz, że masz w Polsce dużo fanek i fanów?

Tak mi mówiono! To cudownie. Nigdy nie wyobrażałem sobie, że Polska będzie takim istotnym miejscem w moim życiu. I bardzo się z tego cieszę. Przeczytałem, że Polacy, statystycznie, mają najwyższe IQ w Europie. Miałem szansę poznać różne smaki świetnego polskiego jedzenia i słodyczy. Uwielbiam krówki.

Gdy mówisz: Polska, o czym myślisz?

O ciemnych, zamglonych lasach. O prastarym miejscu wypełnionym kośćmi, smutkiem, historią. To typ miejsca, które byłoby dla mnie bardzo inspirujące. Mam nadzieję je niedługo odwiedzić.

English Version

Jeff Zentner is a singer-songwriter who pays great attention to each part of his projects – not only does he compose and sing, but he also writes lyrics that can stand alone as poetry. He plays guitar, slide guitar, dobro, banjo, mandolin, pedal steel and lap steel, and one can feel a thoughtful respect for the roots of American music in his playing. His three solo albums can be described as alt-country or folk noir, while the two albums by Creech Holler, for which he was a frontman, are more in a Southern gothic style. Jeff is also known for acclaimed collaborations with Rykarda Parasol, Mark Lanegan, Nick Cave, and many others. Now he is working on an album with his new band, Fire of Bones. We had the opportunity to talk with him in his hometown.

What kind of magic place is Nashville, the city you chose to live in?

Nashville, Tennessee is a place filled with songs. You can walk down the streets and see little sheets of paper with songs written on them, just lying on the road. This is a city built on songs. And there are so many musicians here, so much creative energy in the air. On the other hand, that’s not the easiest place to live for a musician. They say, if you are heading to Nashville and want to make a music career here, stop at the gas station outside of town. If you can sing and play the guitar better than the guy that pumps your gas, keep driving, but if not –turn around and go home. It’s hard to feel like a precious and unique snowflake when you’re a musician in Nashville.

You live far from Music Row, the area of Nashville that is a home to a large music industry, far from Grand Ole Opry, where country shows are held, and also far from East Nashville, where many of the less famous musicians live. Is this a sort of art manifesto? Like announcing: no cooperation with music industry, no pop country, no trying to be trendy?

I didn’t think about it, but these are bonuses. If you’re not going to be trendy, you play mostly for friends, you say what you really feel, not what just people want to hear. In general, I think keeping myself a little bit isolated, geographically, from the music centers of Nashville reminds me of my central ethos: that it’s my responsibility to make my music happen.  It’s not a large record label’s, it’s not a bunch of session musicians’, it’s not a fancy recording studio’s, it’s not focus groups’. It’s my responsibility. I like living in uncool places. 

You always say your music is inspired by Appalachian culture. Can you explain what it actually means?

The American Appalachian region is a stretch of mountains, ranging from Maine to North Alabama. In the 18th century, Scottish and Irish immigrants settled Appalachia and brought their culture and music. The culture of honor and violence shaped Appalachian music, especially the murder ballads. And the voice identified with the sound of Appalachia has always resonated in me. I love the modalities of Appalachian music, which are very similar to blues modes. I love the haunted and mysterious landscape, with layer upon layer of blue mountains disappearing into the horizon, with mist hanging low in the valleys and hollers. There’s something ancient and primal in the droning sounds of Appalachian music.  Something that sounds older than man.

Your very beginning in music was covering favorite blues songs by Son House, Blind Willie Johnson, John Lee Hooker and others. What do you owe to the bluesmen? 

To the bluesmen I owe the way I play guitar and I also owe a sort of a legacy of honesty, of wearing your heart on your sleeve. Oh, you say „to have a heart on your hand” in Polish? –sounds like the same idea. It’s a state of being vulnerable, because you have an obligation to expose yourself, constantly. 

Your three solo albums seem to be in the tradition of Townes Van Zandt. I think of songs that are simple, but also profound and deeply moving. Is he a father of your solo works?

Townes Van Zandt is my main songwriting influence. I try to write in his vein of songwriting. Of course, I want to create in my own style, but I want to write songs like he did. I mean the dark poetry, the poetry of loss. Coming back to the bluesmen, it was Townes who used to say that there were only two kinds of music: the blues and zip-a-dee-doo-dah. You’re on this or that side.

The lyrics seem to be as important for you as the music. Is writing as important a part of creating as composing? What comes first: the melody or the words?

It depends. I sometimes receive one sentence in my head, while driving or running; a good phrase, like „dying days of summer” or „we can still defeat the motion of the Earth”. When I receive such a phrase in my mind, I just know there is a song trying to get out of me. And sometimes I write the lyrics first, using this phrase as an anchor. Often, I have two or three ideas of melodies, so I try to fix one of these to the lyrics as soon as I can. I generally try to live with a song for about a month or so before I record it, to find out if it’s going to work or not. I’m not a songwriter who writes 40 or 50 songs for an album and then narrows it down to 10. I’m a songwriter who writes 13 songs for an album and then narrows it down to 10.  

Your songwriting is always pretty dark, melancholic, it’s full of good emotions, but also has a taste of longing, sorrow, death – is it your own inclination or you feel you are the part of Southern gothic literary tradition?

I would like to think I’m a very small part of this literary tradition. Though, maybe I’m not allowed to decide that I’m part of this tradition on my own and other people should decide. Southern literature is definitely my favorite literature and has always been my greatest inspiration, especially authors like Cormac McCarthy or Joe Bolton, a poet from Kentucky. Also, Michael Ondaatje, though he is not a Southern writer, has been lately the biggest influence on my songwriting. And I’ve recently discovered Andre Dubus III (I’ve long been a fan of his father’s writing), who has a pretty mind-blowing ability to tell stories. 

Your new band, Fire of Bones, seems to be seeking for a harder sound again. Can you tell more about the guys you play with? What is the difference between this band and your previous one, Creech Holler?

Fire of Bones is Mitch Hansen on bass and Clark Simmons on drums. I met Mitch while we were both volunteering at the Tennessee Teen Rock Camp, teaching rock'n'roll to kids. Clark, I met just after I moved to Nashville, from mutual friends. They’re both incredible musicians, hard workers, have great ideas for songs, and we all like each other. They’re both steeped in dark, heavy music, which is good, because that’s the direction I wanted to go on this next album. I’ve done three albums of very folky Americana. I thought it was time to go back to something heavier. The main difference between Fire of Bones and Creech Holler is that there is much more of my solo writing and sensibility in this band, though it has Creech Holler’s darkness. Creech Holler dealt with a lot of traditional Appalachian subjects, but not so much with beauty. The music we’re working on now is heavy, dark, but there is still some beauty in it.

So, what will your next album be like?

Dark, heavy, lush and layered. With many instruments . It will be richer and fuller. I envision lots of voices. I love choral music, and would like to bring that to this album. And hopefully I can convince Elin Palmer, one of the most talented musicians I’ve ever known, to contribute string parts to this album like she did with my last album. 

You have collaborated with many famous musicians, like Nick Cave, Warren Ellis, Debbie Harry, Kid Congo Powers, Tex Perkins, Lydia Lunch, Mark Lanegan, and David Eugene Edwards on the Jeffrey Lee Pierce Sessions Project. But if you, yourself, choose people to appear on your albums, they are mostly women: Rykarda Parasol, Elin Palmer, Josie Little, Sumie Nagano, KatieJane Garside, Hannah Fury, Andre Degens, Shanti Curran. What’s so special about female vocalists?

First of all I love to have female energy on my music and on my albums. And I love the female voice. I just think it’s beautiful. I love the duality of the male-female presence on my albums. I feel like I wouldn’t be telling human stories very well if I didn’t have contributions from women.

You recorded two songs with Rykarda Parasol for your last album A Season Lost, you both also made the video for "Fire in My Bones". How this collaboration started? How was the work on the video for you?

I discovered Rykarda’s music online. I sent her a message, telling how I admired her work; she told me the same, and we struck up a friendship. I invited her to sing on my album. She has a wonderful voice – both young and ancient-sounding – perfect for certain songs I write. Making the video was really an interesting experience for me – I ended up swimming in the Pacific Ocean at the end of December. The water was freezing. And this whole scene lasts about 2-3 seconds in the video... We had a tiny budget, but Ashlee Elfman did an incredible job directing. It was her first music video ever, but you could never tell. Julie Pepin did the cinematography and editing, Sean Leslie did some post-production work on it as well as assisting with cinematography and filming. Sam Hart, a brilliant LA artist, helped us with set design, and she created the extraordinary letters you see in the video. Each was done by hand and artificially aged. She invented a special alphabet and used the alphabet to write my lyrics. Each letter you see in the video has actual meaning. And then Seth Miller let us use his home for the video. We didn’t have to change much. He actually lives among so much cool stuff. We filmed it in Los Angeles, so I really felt like a movie star.

Do you know you have quite many fans in Poland?

So I’m told! That’s wonderful. I never imagined Poland would be such an important country in my life. And I’m really happy about that. I’ve read that Polish people, statistically, have the highest IQs in Europe. And I’ve been introduced to all sorts of wonderful Polish foods and treats. I love „cows”.

When you say: Poland, what do you think about?

I think about dark, misty forests. I think about an ancient place filled with bones and sorrow and history. It’s the sort of place that I think would be very inspiring to me, and I hope to visit someday soon.

[Małgorzata Büthner-Zawadzka]