polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
The Necks  Open

The Necks
Open

Po Mindset, płycie dość głośnej i złożonej z dwóch około dwudziestominutowych utworów (co pozwoliło na wydanie pierwszego LP w historii zespołu), The Necks wracają do charakterystycznego formatu jednoutworowej płyty oraz do ciszy. Open to jedna z najdłuższych kompozycji (?) w dorobku grupy, niemal siedemdziesięciominutowa medytacja. Muzyka rozwija się, co zresztą dla nich typowe, bardzo cierpliwie, z tym że ta cierpliwość tym razem miewa wydźwięk nieco etniczny. Gdy Tony Buck wykorzystuje specjalne zbudowaną cytrę (którą w pierwszym momencie wziąłem za szarpanie strun fortepianiu przez Abrahamsa), zestawiając ją z dźwięcznymi perkusjonaliami, spokojne i głębokie wybrzmiewanie górnych składowych harmonicznych tworzy nastrój bliski hinduskim fascynacjom minimalistów. The Necks jednak nie są zespołem jednoznacznym, dlatego fortepian jako taki brzmi bardzo klarownie i Abrahams momentami gra wręcz klasycyzująco, zaś sekcja rytmiczna Buck / Swanton potrafi wejść w pasaże skrajnie zredukowanego dubu. Wybrzmiewanie dźwięków dyskretny akustyczny ambient, w który skapują dźwięki elektroniczne, choć może to tylko złudzenie.

Płyta oparta jest na dyskretnym łuku, z kulminacją w formie zagęszczenia planu fortepianowymi kaskadami Abrahamsa w duchu strumming Charlemagne Palestine, drgającym kontrabasem granym smyczkiem i feerią perkusji, po której następuje powtórzenie wcześniejszych konstrukcji. Ciśnie się więc na ustach porównanie, że Open to In a Silent Way Australijczyków. Po tak naszpikowanych bodźcami płytach jak Mindset czy Chemist parę lat wcześniej, na Open uwagę zwraca czystość brzmienia i wyrazistość dźwiękowego pejzażu. To olbrzymia zaleta, bowiem każdy gest, każdy ruch jest dzięki temu znaczący, a The Necks po dwudziestu pięciu latach grania zbędnych gestów nie wykonują. Genialny album i choć ciężko oceniać, które z pozycji w ich katalogu są najlepsze, to ta jest jedną z piękniejszych.

[Piotr Lewandowski]