polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
John Frusciante  Outsides

John Frusciante
Outsides

John Frusciante jest muzykiem niezwykle ciekawym, na przestrzeni blisko 25 lat kariery prezentował się w rozmaitych stylistykach. Etapy solowej działalności gitarzysty w dużej mierze wyznaczają okresy jego odejść i powrotów do Red Hot Chili Peppers – zespołu, który okazał się dla muzyka zarówno błogosławieństwem jak i zmorą, lokując go już prawdopodobnie na zawsze, a zarazem mimowolnie, na pozycji gwiazdora. W 2008 roku Frusciante podjął chyba najlepszą decyzję w karierze artystycznej, ostatecznie opuszczając zespół i poświęcając się w pełni twórczości solowej. Choć na efekty słuchacze musieli czekać kilka lat, gitarzysta w 2012 roku rozpoczął wydawniczą ofensywę, która trwa do tej pory, a wieńczy ją dwudziestominutowa EP-ka Outsides.

Frusciante od kilku lat eksploruje tereny muzyki elektronicznej, szukając w niej nowych środków wyrazu artystycznej ekspresji. Brzmienia zawarte na Outsides są konsekwentną kontynuacją drogi podjętej na poprzedzającym ją albumie PBX Funicular Intaglio Zone. W rezultacie słuchacz zostaje wystawiony na dość ciężką próbę. Pierwsza, a zarazem – wnioskując z długości – kluczowa kompozycja na Outsides jest ponad dziesięciominutową solówką zagraną na tle oldskulowych elektronicznych podkładów. W drobiazgowych, odautorskich tekstach promujących wydawnictwo Frusciante wspomina o próbie fuzji brzmienia free jazzowego z elektronicznym. Niestety w utworze „Same” nie słyszę potwierdzenia tych słów. Kompozycja początkowo próbująca wytworzyć dramaturgię, niestety całkowicie ją zatraca w nazbyt rozwlekłej i dość monotematycznej solówce gitarowej. W efekcie utwór brzmi jakby miał trwać bez końca, a zbyt wiele się w nim nie dzieje. Całe szczęście pozostałe kompozycje uzupełniające zestaw wypadają o wiele ciekawiej. „Breathiac” obdarzony został przez gitarzystę dość paranoicznym, niepokojącym klimatem. Poszatkowane, galopujące sample zmieszane z żywą perkusją i odrobiną gitary, tworzą dość interesującą strukturę, pozbawioną w odróżnieniu do „Same” nieznośnego pierwiastka przewidywalności. „Shelf” stanowi niejako kontynuację podobnego podejścia, choć jest nieco spokojniej i czytelniej pod względem liczby nałożonych na siebie faktur. Na tle spokojnej, jednostajnej melodii w warstwie rytmicznej dzieją się naprawdę ciekawe rzeczy, jednak najfajniej robi się w momencie kiedy Frusciante chwyta za gitarę, racząc słuchacza partią o wiele bardziej wysmakowaną i urozmaiconą niż w dłużącej się kompozycji otwierającej mini-album. Trzeba zaznaczyć, że wydawnictwo jest dziełem gitarzysty od początku do końca – sam zagrał wszystkie dźwięki, sam je wyprodukował, sam zaprojektował okładkę. Jednym słowem 100% Johna Frusciante w Johnie Frusciante AD 2013. 

Po odsłuchaniu Outsides moje uczucia względem nowego kierunku w solowej muzyce gitarzysty pozostają w dalszym ciągu mieszane. Z jednej strony – i to jest cenne – Frusciante daje kolejne świadectwo otwartej głowy na rozmaite muzyczne brzmienia, z drugiej strony wydaje mi się, że wciąż ma problemy z selekcją publikowanego materiału. Mimo wszystko warto posłuchać Outsides choćby tylko po to, żeby się przekonać na jakim etapie muzycznej ewolucji znajduje się w tym momencie John Frusciante i jak daleko zdołał odpłynąć od czasów znakomitego, narkotycznego solowego debiutu z lat 90-tych.

[Krzysztof Wójcik]