polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Co / Deuce Ba / My name was Deuce

Co / Deuce
Ba / My name was Deuce

Dwaj mikowi artyści otwierają swoje szuflady i wyjmują z nich muzyczne szpargały, które uzbierały się tam przez dobre kilka lat. Archiwum jest przepastne, ale każdy z muzyków postanowił zaprezentować je w odmiennej formie. Maciek Kujawski postawił na osobliwy mixtape, kolaż pomysłów, który pod względem formy przypomina mi trochę ubiegłoroczne wydawnictwo Bangeliza. Kilkanaście utworów jest tu podzielonych na stronę A i B, łącząc się w jedną długą magmę, strumień świadomości, ukazując różne stadia muzycznych pomysłów. Prym wiedzie mocny hiphopowy bit, wyznaczający trzon kompozycyjny. Oczywiście ulega on przeobrażeniom – raz bliżej mu to abstrakcyjnego brzmienia, kiedy indziej bardziej zwartego trip-hopu, a jeszcze w innych momentach zahacza o bardziej taneczne, imprezowe elektro. Co na swoim poprzednim albumie zamieścił kompozycje oddzielając utwory od siebie. Teraz połączył wszystko w całość, w formie podcastu, płynnie zmieniających się motywów i tematów. Z początku miałem wątpliwości co do takiej formy albumu, ale finalnie sprawdza się doskonale – pomysły są krótkie, ciekawe przygotowane, pełno w nich detail, sampli i najróżniejszych brzmień. Takie opakowanie jest dla nich najbardziej właściwe – zachowuje płynność, pulsujujący groove, różnorodnością obraca na wiele sposobów i nie nuży, zamykając się w 40 minutach na dwóch stronach.

Album Deuce to dzieło innego kalibru i przyznam, że sporo miesięcy minęło mi przesłuchanie go w całości. Cztery części, zamieszczone w sieci, a tylko 4 lata archiwaliów więcej od Co (tu od 1998 do 2009 roku, u Kujawskiego od 2002 do 2008) – na w najkrótszej odsłonie zawiera 18, a w najdłuższej 34 kompozycje; łącznie 99 kompozycji (sic!). Do tej formy również byłem sceptycznie nastawiony. Album jest zróżnicowany, ale często są to formy krótkie, stylistycznie zahaczające o postklasykę, pseudomuzykę współczesną, zwiewną ale czasem ciężkostrawną elektronikę, przygody z bitami i elektro albo nawet rockiem – słowem, jest tu wszystko. Trochę może razić brak selekcji, w końcu jest to bardzo dużo materiału, który ciężko ogarnąć za jednym podejściem, ale który ukazuje szerokie spektrum twórczości Piotra Poloza (a w końcu tworzy jeszcze jako Tsar Poloz czy gra w łódzkim Psychocukrze) i dzięki takiemu osobliwemu podejściu odkrywa ogromne złoża jego twórczości. W przypadku płyty My Name is Deuce można poddać w wątpliwość wydawanie zbioru muzyki, czasem powstałej przypadkiem i przy okazji, od niechcenia bez planów na jej konkretne przeznaczenie. Czy jest ku temu sens? W dobie pojedynczych utworów, podcastów i samodzielnie tworzonych kompilacji pewnie niewielu przebrnie przez cały zestaw utworów. Ale z drugiej strony widać w nim drugą twarz muzyka – bezkresne złoża pomysłów, inspiracji i odniesień. Ja mam trochę wątpliwości co do takiej formy, ale brawa dla Mik Musik za taką próbę redefinicji tego czym może być „album“ lub wydawanie muzyki.

[Jakub Knera]