polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious

Incubate Festival 2013
Tilburg | 16-22.09.13

Incubate 2013: Retrobate

Brabancki festiwal Incubate powoli wchodzi w wiek dojrzały: za rok stuknie mu okrągła dziesiątka. Event, który wystartował jako idea garstki zapaleńców w przeciągu kilku lat stał się – podobnie jak inne tilburskie festiwale: kultowy Roadburn, czy siarczysty Neurotic Deathfest – stałym punktem w kalendarium wielu fanów muzycznej alternatywy i „niezalu”. Jak co roku, wśród wielu akredytowanych znalazł się również reprezentant Popupa, który w odróżnieniu od lat poprzednich zdecydował, że w tym roku obędzie się bez ekscesów a la Hunter S. Thompson. Także jeśli ktoś ciekaw nieco luźniejszego spojrzenia, odsyłam do relacji z lat poprzednich, które również znajdziecie na „łamach” Popupa.

Pod pewnymi względami Incubate jest festiwalem pionierskim. A na pewno takim, który w jakiś sposób jest refleksem naszych czasów. Jego ewolucja zbiegła się w czasie z eksplodującym rozwojem mediów społecznościowych, a sam festiwal w swojej strukturze do pewnego stopnia oddaje idee networkingu i jawi się kompleksową mozaiką, w której – niczym w sieci – ujawnia się wieloaspektowość kultury globalnej wioski. Nie byłoby to możliwe bez licznego sztabu wolontariuszy, którzy na zasadzie couch surfingu „przechowują” zastępy artystycznych rookies zasilających pomniejsze sceny Tilburga, zapewniają wsparcie logistyczne, czy organizacyjne. Pod tym względem tegoroczne Incubate było jak poprzednie; tak samo jak stopniowe zagęszczanie atmosfery – od poniedziałku po weekendową kulminację. Tylko program był – jasna sprawa – AD 2013.

No prawie: do highlightów imprezy należą – powtórka z klasyki black metalu z Mayhemem w roli głównej oraz jubileuszowa impreza pod tytułem „Acid Flash Back”. Czyżby więc Simon Reynolds miał rację i czeka nas już tylko permanentny recycling utartych schematów i klisz? Bo tak naprawdę wszyscy tęsknimy za tymi starymi dobrymi czasami, jakiekolwiek by one nie były. I może coś jest na rzeczy, bo kiedy John Doran z Quietusa pyta Geralda Simpsona (aka A Guy Called Gerald) podczas konferencji prasowej czy ponowne zainteresowanie jungle ma charakter retro, tamten stwierdza, że raczej tak. Także tak: nostalgicznie. Ale poza tym – na afiszu, jak co roku – całe mnóstwo nazw, o których człowiek nie ma bladego pojęcia. - No tak - mówię do znajomego, kiedy oglądamy żenujący występ Gang Of Four - bo na Incubate grają albo zespoły, które odcinają kupony od minionej chwały albo takie, o których nikt nie słyszał. Kolega się zgadza, i sugeruje, żeby przenieść się na występ A Place To Bury Strangers, którzy grają w sąsiedniej sali. I tutaj nasze wnioski okazują się może zbyt daleko idącą generalizacją: pękająca w szwach sala, atmosfera gęsta. Come back My Bloody Valentine wypada przy tym jak geriatryczne popisy Gang Of Four: ot, dziadek i jego przedszkole – przecież ten emfatyczny wokalista mógłby być synem Andy'ego Gilla, basista zresztą też. Nie, to musiało być widocznie traumatyczne doświadczenie skoro wraca na zasadzie natręctwa.

A Place To Bury A Strangers to reminiscencja równie wyraźna tylko na opozycyjnym biegunie: i to wbrew nazwie zespołu nie jest zapuszczony, zapomniany no man's land. Owszem wiatr hula na tych rubieżach, ale jak! To jeden z tych żywiołów, który jednocześnie fascynuje, ale i wzbudza respekt. Potęga!

Atrakcji ciąg dalszy, tylko z kompletnie innej bajki: obok Geneva Jacuzzi – bliżej mi nie znana, z tego, co widzę w sieci jakiś hipsterski electropop, który pewnie powstaje gdzieś w jakimś brudnym pokoju w Nowym Jorku albo Berlinie. Generalnie nic ciekawego. Fani za to z tych „die hard” - zwłaszcza jeden, nie wiem czy to ten sam, który na YT zachwycał się wdziękami artystki, ale koleś się rozebrał (aż dwa razy!) i kazał sobie robić zdjęcia z wokalistką. Czy wylądowały zaraz potem na FB, tego nie wiem, ale nie zdziwiłbym się: ekshibicjonizm to w końcu dziś norma, dosłownie i w przenośni, jak widać na załączonym obrazku.

Nostalgia za starymi dobrymi czasami nostalgią, ale to zawsze tylko nostalgia; czas nie stoi w miejscu i nie można go cofnąć – to banalna prawda daje o sobie wyraźnie znać podczas wieczoru z klasykami black metalu, a następnego wieczora podczas jubileuszu narodzin acid house'u. Dla wielu nawet Mayhem nie był w stanie udźwignąć swojej legendy: jedni narzekali, że pozostawiało to wiele do życzenia pod względem muzycznym, inni w końcu – jako ludzie dorośli, a nie ubrane na czarno nastolatki – stwierdzili, że cały ten puder, krew, świńskie łby wypada cokolwiek groteskowo. Również atmosfera podczas nocy zatytułowanej „Acid Flash Back” do najgorętszych nie należała: na parkiecie poważne prześwity i choć ludzie podrygiwali, to jakby niemrawo. Simon Reynolds i Guy Called Gerald widocznie mają rację: pozostaje już recycling w stylu retro.

Renesans, czy drugą młodość przeżywa też – jak piszą tu i ówdzie – crust punk. W programie festiwalu również jest to widoczne: w tej materii jako headliner gra legendarny Doom. Otwiera ostatni dzień festiwalu; tak, niedziela to z pewnością dobry dzień na Zagładę a la crust. I faktycznie w czteroosobowym składzie Brytyjczycy – jak to się mówi – nie zasypują gruszek w popiele. Tylko jakoś ci wszyscy hipsterzy nie bardzo chcą się ruszyć – wiadomo, w młynie pieczołowicie wystylizowana grzywka może się zburzyć, a figlarnie założona „beanie cap” jeszcze spadnie i ktoś ją podepcze. Obawiam się, że faktycznie – coś jest na rzeczy – to se ne wrati. Stare dobre czasy, jasna sprawa. Thank you! You are amazing, see you next year – organizatorzy dziękują, i zapraszają na następną edycję. 

[zdjęcia: Michał Nierobisz]

Incubate Festival 2013 [fot. Michał Nierobisz]
Fenster [fot. Michał Nierobisz]
Tinner [fot. Michał Nierobisz]
Lemontrip [fot. Michał Nierobisz]
Masta Ace [fot. Michał Nierobisz]
Masta Ace [fot. Michał Nierobisz]
Vatican Shadow [fot. Michał Nierobisz]
Nate Young - Wolf Eyes [fot. Michał Nierobisz]
Doom [fot. Michał Nierobisz]
Incubate Festival 2013 [fot. Michał Nierobisz]