polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Dominik Strycharski wywiad

Dominik Strycharski
wywiad

Dominik Strycharski – pochodzący z Bytomia, mieszkający w Warszawie flecista i wokalista eksperymentujący z przetwornikami dźwięku, noisem, teksturą muzyki i materią elektroniczną. Autor future-digital-freejazzu z Pulsarusem, muzyki teatralnej, soundartów i piewca holistycznej improwizacji. Wywiad został przeprowadzony dzień po koncercie artysty w Bytomiu w Centrum Sztuki Współczesnej Kronika w sierpniu 2013.

Robisz wiele rzeczy: piszesz muzykę teatralną, tworzysz soundart, grasz w różnych składach muzycznych, ale ostatnio najgłośniejszy był chyba projekt niemenowski. Kto to wymyślił?

Muzykę teatralną piszę dla instytucji z całej Polski, a nawet  i Europy. W warszawskim Pardon, To Tu grałem z 14 razy. Projekt niemenowski – trochę ja wymyśliłem. Trochę też jest to wynik długiej, fajnej rozmowy z szefem Pardon, Danielem Radtke. Marzyłem o tym, żeby zagrać Jednego serca, ale padła sugestia: to może wziąć całą płytę Niemena? Najbardziej oczywisty był Enigmatic.

Bedziecie dalej eksplorować Niemena? W Polsce najbardziej znany jest z genialnego "Dziwny jest ten świat", ale jest też płyta solowa na  syntezatorach i melotronach – Katharsis – i przede wszystkim to, co nagrał z SBB, Helmutem Nadolskim i Andrzejem Przybielskim: Niemen vol. 01 / Niemen vol. 02 (Marionetki).

Jeśli chciałbym jeszcze robić coś Niemena, to piosenki. Interesuje mnie jego głos, to jak śpiewał. Jako wokalista, zaśpiewawszy jego rzeczy stwierdziłem, że byl to wokalista-wirtuoz. Totalny wirtuoz przebijający swoimi wokalnymi umiejętnościami 90% najwybitniejszych zachodnich artystów. Uważam, że potrafił więcej, niż Robert Plant. To jest szokująca prawda, ale trudniej mi się śpiewa Niemena, niż Led Zeppelin.
Obejrzałem koncert z Helsinek z SBB (występ z roku 1973 r. – link – przyp. ŁF). Jest tam "I've been loving you too long" Otisa Readinga – wersja wirtuozerska – i niesamowicie mistrzowska wokalnie, zmieniona wersja "Dziwny jest ten świat po angielsku". Mam mniejszy entuzjazm do tego co robił instrumentalnie, bo w tamtych latach byli Crimsoni, Mahavishnu Orchestra. U nich działo się znacznie więcej. Chociaż SBB to najwyższy instrumentalny poziom.

Projekt niemenowski pokazał Cię jako wokalistę. Chociaż bardziej znany jesteś jako flecista i muzyk eksperymentujący.

O to chodziło, a właściwie najbardziej chodziło o Niemena. Jak pewnie czytałeś, to było uniesienie prawie że narodowe z tym koncertem. Nagle Polacy i nie tylko Polacy na widowni poczuli: "Wow! Przeżywamy coś, co jest naprawdę nasze!". Słuchasz Dylana – dla mnie Dylan jest mój, kocham go, jego kulturę, ale ostatecznie nie jest Polakiem. A tu nagle jest Niemen i nagle przeżywasz to samo muzyczne uniesienie, ale a propos kogoś, kto jest naprawdę stąd. I to było dla ludzi bardzo ważne, była to wartość dodana - dla niektórych przebiła nawet muzykę.  
Wracając do wokalu, poniekąd był to mój wokalny coming-out. Na przyszły rok przygotowuję pierwszą w życiu płytę piosenkową. To będzie duży krok.

Jest już jakiś skład? Możesz coś zdradzić?

To będzie skład studyjny. Na pewno będą to muzycy, z którymi grałem koncerty w Warszawie: Raphael Rogiński, Hubert Zemler, Paweł Szpura, Wojtek Traczyk, Szymon Tarkowski, chórek, niemenowski: Joanna Halszka-Sokołowska, Marta Moszczyńska i Ewa Prus - super wokalistki. Ale będzie się tam dziać więcej – może trąbka, smyczki. Chcę dużej płyty piosenkowej. Taki statement. Coś, co hodowałem w sobie od wielu lat. Muzyka nowoczesna, eksperymentalna jest mi zdecydowanie bliższa jako sposób na życie, natomiast piosenki? - wow! Kocham to.  


Ostatnio, gdy rozmawiałem ze 100nką Przemek Borowiecki wspomniał o kwintecie ZOO, w którym graliście razem z Piotrem Rachoniem. Czy to były Twoje muzyczne początki?

To był rok 2000. Kwintet założył Rachoń, ja grałem na fletach, Damian Pielka na gitarze, Adam Stodolski na kontrabasie i Przemek Borowiecki na perkusji. Byłem wtedy muzykiem eksprymentalnym, z Rachoniem chcieliśmy grać jazz, choć wykonawczo byłem daleko. Nie potrafiłem się odnaleźć, a właściwie zwyczajnie nie potrafiłem grać. Musiałem się tego długo uczyć, ale to nie są moje początki, miałem wtedy 25 lat, a zacząłem grać osiem lat wcześniej. Mój pierwszy zespół to była Akademia Wdzięku, założyłem go jeszcze w liceum. Sporo graliśmy w Bytomiu, byliśmy obecni w lokalnym radiu. Na perkusji grał Adam Podzimski - do dziś gra rocka progresywnego, na basie Marcin Ziemniewicz, który teraz  tworzy muzykę sakralną,  a ja na flecie i wokalu. Graliśmy konceptualnego rocka, piosenki, w dużej części moje, czasami fajne covery, np. All along the watchtower Dylana. Drugim bardzo ważnym zespołem, w którym działałem przez 6-7 lat był Nimptsz – śląska hybryda, ultra-eksperymentalny skład. Nazwa to po prostu śląskie nazwisko z tabliczki na drzwiach, które nas zaintrygowało. Szliśmy ścieżką totalnego eksperymentu, bawiliśmy się muzyką, niezależnie czy ludzie to akceptowali, czy nie. Basistą był Rafał Buniakowski, z którym miałem chyba najlepszy flow, na perkusji przez długi czas Adam Kiełbusiewicz, a potem jego brat Marek. Nimptsz był o tyle istotny, że zajmowaliśmy się konceptualną muzyką improwizowaną, której wtedy nie znałem. Nie wiedziałem, że istnieje scena nowojorska, kim jest John Zorn. Poza tym łączyliśmy elektronikę z improwizacją, czego w Polsce prawie nikt nie grał. W jakiś sposób było to pionierskie, zwłaszcza, że mówimy o roku 1996. I zagraliśmy support przed Łoskotem, co było wtedy ogromnym wydarzeniem oraz przed Trytonami, które bardzo ceniłem.

Karpaty Magiczne grały chyba trochę później?

Mniej więcej w tym samym czasie.  Robili coś podobnego, ale zajmowali się bardziej muzyką etniczną. Nie mówię, że byliśmy jedyni, byli ludzie tacy jak Konikiewicz, była ekipa Young Power. Tylko że myśmy to posuwali do granic bardzo radykalnych. Mam nagrania Nimptsz, które chcę wydać jako historical recordings. Jest tam sporo bardzo dziwnych rozwiązań, np. granie z elektronicznym beatem. W 1996 roku zrobiliśmy coś, co jest dziś popularną praktyką, czyli połączyliśmy DJa z liveactem. Tylko że to nie było DJowanie taneczne a eksperymentalna muzyka, gdzie DJ był kolejnym instrumentem. Bardzo kreatywne granie. Zarejestrowałem to na kasecie. Dziś kasety wracają do łask, więc może to kiedyś wydam.

W 2000 roku zaczął się mój flow kooperacyjny z Piotrem Rachoniem. On mnie uczył jazzu, ja pokazywałem mu muzykę eksperymentalną. Mieliśmy wspomniany już zespół ZOO, a potem DO – trio ze Stodolskim, które było bardziej konkretne i rozwojowe muzycznie. Graliśmy już bez perkusji.

W trio większa odpowiedzialność ciąży na poszczególnych członkach zespołu.    

Większa odpowiedzialność, ale też można się bardziej skupić na pomysłach mniejszej grupy ludzi. W 2003 roku powstał Pulsarus: Rachoń, Rutkowski, ja. Rok później ogrywaliśmy i montowaliśmy materiał, m.in. na JAZ festiwalu muzyki improwizowanej w Zabrzu

Dwie pierwsze płyty Pulsarusa Digital frejazz i Squared Rotoscope były chyba dość szokujące dla tutejszej publiczności? Nie było u nas tak eksperymentalnych rzeczy.

Polska scena jazzowa skupia się, moim zdaniem, albo na tradycyjnym jazzie, a to nas nie interesuje – przynajmniej na razie – albo na muzyce znacznie bardziej improwizowanej. Pulsarus zawsze był zespołem konkretnym ideowo. Nie wynikiem spotkań a wizją. I tak też będzie z czwartą płytą. W 2005 roku byliśmy na pewno zjawiskiem. Przy nagrywaniu drugiej płyty wymyśliłem taką rzecz: nie robimy basu, nie robimy gitar, ja z elektroniką robię wszystko, co jest materią muzyczną poza perkusją, a saksofon będzie tylko od melodii – bez elektroniki. Ciężko było to zrobić, ale się sprawdziło. Szukanie efektów, rozwiązań, żeby dać bas, dać tkankę muzyczną z jednego fletu - to było bardzo trudne.

Na swojej stronie piszesz, że zajmujesz się kompozycją i holistyczną improwizacją. Jak to się odnosi do Pulsarusa?

Holistyczna improwizacja odnosi się do działań solowych. Tak jak wczoraj grałem bardziej beatowo, czy space'owo, mam też takie działania solowe, które są totalnie, ale świadomie nieskoordynowane muzycznie, bardzo eksperymentalne. Dwa razy grałem też stricte taneczną imprezę, żadnych sampli, tylko mikrofon i efekty. Holistyczna improwizacja to dla mnie nie tylko improwizacja tkanką i melodią, ale też improwizacja stylem. Mogę zagrać techno, drum'n'bass, dubstep, ale też to, co robi Maja Ratkje, czy nawet Peter Brötzmann tylko, że w wydaniu elektronicznym.
W Pulsarusie ma to takie odbicie, że zawsze chciałem, żeby ten zespól był – wiem, że to pretensjonalne, ale – kolejnym krokiem w jazzie. Słuchając płyt np. Erica Dolphy'ego, czy Ornette Colemanna z lat 60t-ych stwierdzam, że wiele zespołów do dzisiaj tak naprawdę...

...idzie tylko tym torem?

W ogóle tego toru nie rozwija. Słuchając Out to lunch mam wrażenie, że słucham muzyki, która jest robiona dzisiaj. Czyli w muzyce akustycznej nie wydarzyło się aż tak wiele. Nie chcę, żeby Pulsarus był kolejną kapelą, która jest nierozpoznawalna, nie wiadomo, co to jest. Nie wiadomo, czy tworzymy dzisiaj, czy kiedyś. Chcę zrobić kolejny krok. Czy go zrobię? We will see.

Potem była płyta FAQ nagrana z Wojciechem Waglewskim, Adamem Pierończykiem, Janem Peszkiem, Mikołajem Trzaską. W międzyczasie przeprowadziłeś się do Warszawy. Trzecia płyta była nagrywana jeszcze na Śląsku?

Nie mieszkam w Bytomiu już od 8 lat, ale FAQ była nagrywana, gdy jeszcze często tutaj przyjeżdżałem. Ta płyta jest najważniejsza.
 
Pewnie za nią też kryje się jakiś koncept?

Za każdą płytą jest koncept.Trzecia płyta jest rozwinięciem muzycznym drugiej. Dodatkowo chciałem zaprosić ludzi, Polaków, którzy byli dla mnie istotni w rozwoju muzycznym. Wojciech Waglewski i pierwsze płyty VooVoo, jeśli chodzi o polską muzykę to jest dla mnie sprawa absolutna. VooVoo, Snopowiązałka, Zespół Gitar Elektrycznych – to płyty, które dla mnie były i są ważne. Adam Pierończyk stanowił dla mnie fajną zagadkę muzyczną. A Mikołaj Trzaska – wiadomo, o co chodzi. Człowiek, który robi mnóstwo świetnych rzeczy.

I też jest radykalny w pewnym sensie. W filmie o Miłości stwierdza, że nie chce być wiązany z Tymonem Tymańskim i Leszkiem Możdżerem, bo nie podoba mu się to, co zrobili ze swoim życiem i ze swoją muzyką. Te Wasze radykalizmy mogły się spotkać i spleść.

Tak, chociaż...bardziej nasza prawdziwość. Dzisiaj nie postrzegam Mikołaja Trzaski jako radykalnego muzyka. Wprost przeciwnie. Uważam, że totalnie się odradykalizował. Świadomie.
Chciałem się z nimi wszystkimi spotkać. Z Mikołajem bardzo ze względu na historie mózgowo-miłościowo-yassowe. Zawsze największy klimat czułem z Trzaską...

Na FAQ - w pewnym sensie składałeś hołd yassowcom i VooVoo.

Może hołd to przesada, ale chciałem z nimi współpracować. Tak się skomunikowaliśmy z Wojtkiem Waglewskim, że graliśmy razem koncerty. On rzadko gra nie swoje rzeczy. To było rewelacyjne – grać na scenie z Wojtkiem Waglewskim jako gitarzystą...

...nie jego utwory!

Właśnie też jego utwory! Wojtek grał z nami dwa numery Pulsarusa. Dla mnie to było cudowne i totalne doświadczenie. Słuchałem Snopowiązałki, gdy miałem 18 lat – i już wtedy VooVoo było zespołem, który jest wielki. Potem z tym człowiekiem zagrałem jego muzykę: "Zwaliło mnie z nóg" z płyty Zespół gitar elektrycznych – najbardziej frywolny, pokręcony, zwariowany numer VooVoo. Andrzej Ryszka gra tam prawie free-jazz. Numer jest o tym, że bohater jest pijany, ale ostatecznie ratuje się z opresji. Dobry tekst, sekcja gra dziwną piosenkę, a perkusja totalną dekonstrukcję. I to jest cecha Pulsarusa! Jest konstrukcja i dekonstrukcja. Bawimy się tym.    

Śledząc Twoją twórczość z ostatnich lat widać, że jesteś mocno zanurzony w Warszawie. Tu, na Śląsku,  energia przestała krążyć? Było z kim grać, ale nie było gdzie?

Musiało tak być. Tu, na Śląsku, sprawdzam się okazjonalnie. W Warszawie jest gigantyczne środowisko muzyczne, jak na polskie warunki. Nie było opcji, żeby się w to nie wkręcić. Nie wejść w to głębiej.

Na youtube widziałem Twój występ z teatru z  zestawem takim,  jak wczoraj – mikrofon, efekty.

W ten sam sposób tworzę muzykę do spektaklu "Tytus Andronikus" w reżyserii Wojtka Klemma w Teatrze Starym w Krakowie. Tą techniką robię tam muzykę na żywo, jestem wręcz żywą częścią scenografii.

W teatrze to pewnie jest skomponowane, bo musi się zgadzać z akcją, a wczoraj było improwizowane?

Zdecydowanie. Wczoraj była absolutnie improwizowana muzyka, ale ponieważ pracuję z materią wokalno-elektroniczą od 13 lat, mam już dużo technik, rzeczy na tyle wypracowanych, że mam tę swobodę – wchodzę na zimno i gram. W teatrze muzyka jest stworzona od A do Z pod spektakl -   muszę ją wykonywać jeden do jednego.
Jestem chory na muzykę, rozumiesz? Dla mnie nie ma różnicy pomiędzy graniem na flecie muzyki jazzowej a soundartem, gdzie masz zabawę tylko teksturą, nie ma melodii – dla mnie to jeden świat. Muzyka teatralna jest o tyle ważna, że to tam mam czasem szansę zrobić rzeczy, których nie zrobiłem nigdy i nigdzie wcześniej. Połączyć elementy operowe z muzyką stricte noise'ową, psychotyczne loopy łącza się z kantylenami i tandetą z Bollywoodu. Na koncercie takiego czegoś nie zrobisz. Nie istnieje taki świat muzyczny.

Marzy mi się też zespół holistyczny, który przez dwie godziny koncertu robi totalny przelot przez muzykę. Dzisiaj robią to najlepsi Dje, np. Amon Tobin, na żywo grając z decków mają umiejętność przejścia przez całą historię muzyki. Oczywiście wszystko jest w kontekście tańca, więc tu jest problem. Paradoksalnie, ograniczenie się w jednej materii daje otwarcie w drugiej. Marzy mi się zespół, który będzie pomiędzy piosenką i noisem.


Z rzeczy eksperymentalnych przygotowujesz nową płytę Pulsarusa. Skład rozbudowany do septetu, a wśród muzyków m. in. Ray Dickaty.  

Stwierdziłem, że w ramach trio nie wypowiem się już inaczej. Zaproszeni goście pokazali mi, że rozbudowanie ideowe instrumentalnie jest ciekawe. Płyta będzie jesienią, ale chciałbym o niej więcej powiedzieć, jak już będzie bliżej jej wydania.
W nowym Pulsarusie jest trębacz Tomek Dąbrowski – Polak mieszkający w Danii, Stefan Orins – wybitny pianista z Francji, z którym pracowałem w Max Klezmer Band, Ray Dickaty i Olek Papierz na saksofonach, Jacek Mazurkiewicz - kontrabas i być może bas elektryczny, Kuba Rutkowski na perkusji i ja na fletach prostych z elektroniką. Siedem osób. Pulsarus to zespół, który ma być duży brzmieniowo.  Zawsze chciałem, żeby to był zespół, który brzmi jak kapela rockowa w sensie mocy, nie barwy brzmienia. Żeby to był kop! Te siedem osób momentami brzmi jak mały big band, a nie zespół. Na tym mi najbardziej zależało: big band sound.

Poza Pulsarusem, działaniami solowymi, teatralnymi i soundartami, szykujesz jeszcze jakieś wydawnictwa i projekty?

Płyty w przygotowaniu to DKS trio i duet z Rafałem Mazurem, które wydajemy jesienią, Organic Panic Quartet – jeszcze nie wiem kiedy, płyta double-kompozytorska z Janem Duszyńskim. I kolejne w przyszłym roku, m.in. wspomniana na początku płyta z piosenkami.

Będę grał też koncerty. Założyłem w tym roku nowe trio berlińskie: Kenneth Knudsen na  kontrabasie – jeden z najbardziej aktywnych, młodych basistów w naszej części Europy, wirtuoz Valentin Schuster na perkusji i ja na fletach bez elektroniki. Być może dojdzie jeszcze Tomek Dąbrowski. Dużo bałkańskch i arabskich wpływów. Oczywiście improwizacja, ale i dużo kompozycji.

Dziękuję za rozmowę i czekamy na płyty oraz koncerty.

[Łukasz Folda]