polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Marc Ribot's Ceramic Dog Your Turn

Marc Ribot's Ceramic Dog
Your Turn

Wonderboy, what is the secret of your power? – właśnie te słowa epickiego utworu Tenacious D cisnęły mi się na usta w trakcie pierwszego odsłuchu drugiego albumu power trio Marca Ribota. Cóż za krwista, brudna i pełna werwy płyta! Aż ciężko uwierzyć, że lider projektu wejdzie już niedługo w szóste dziesięciolecie...

Dla odbiorców sięgających w stronę współczesnego jazzu Ribot nie jest postacią anonimową. Małe repetytorium dla niezorientowanych: połamane, porwane solo w „Clap hands” Toma Waitsa – wczesny, lecz już ukształtowany, wyrazisty Marc Ribot. Klasyczna płyta Voice of Chunk zespołu Lounge Lizards, dowodzonego przez nieodżałowanego Johna Lurie. Gościnne występy u Elvisa Costello, The Black Keys, Tricky’ego, Roberta Planta etc. etc. Konsekwentna kariera solowa, wreszcie intensywna i wielowątkowa współpraca z Johnem Zornem. Cała dyskografia nowojorskiego gitarzysty wystawia mu laurkę: artysta eklektyczny. To co jednak najważniejsze w przypadku Marca R. to charakterystyczny, niepodrabialny i natychmiast rozpoznawalny styl.

Czemu rozpisuję się o przeszłości? Marc Ribot jest w mojej świadomości jednym z najciekawszych gitarzystów w ogóle, który pomimo wielokrotnego nurkowania w nurty odrębne stylistycznie, z wyjątkiem mediów stricte jazzowych nie doczekał się w polskim dyskursie muzyki niezależnej należytego uznania. Okazja jest niepowtarzalna, mistrz drugiego planu i dla wielu wymarzony sideman powraca w tym roku z kolejną płytą autorskiego projektu, chyba najbardziej różnorodnego pod względem stylistycznym – Ceramic Dog. Płyta Your Turn stanowi swoiste tour de force muzycznych wcieleń Marca Ribota. Materiał został uporządkowany bardzo czytelnie, wręcz schematycznie. Na przestrzeni 13 tracków, 6 to piosenki, a 7 utwory instrumentalne i choć już po chwili słuchacz zaczyna orientować się w następujących po sobie - niemalże naprzemiennie - formach, nie ma mowy o przewidywalności w odniesieniu do muzycznej esencji poszczególnych kompozycji.

Konkrety: mocny początek - powoli narastające „Lies My Body Told Me”, brzmi tak, jak mogliby brzmieć w latach 70. The Stooges, gdyby flirtowali z nowojorską awangardą. Tytułowe „Your Turn” to klasyczny, rozpędzony Ribot. Kawałek obdarzony niesamowitym groovem (bas!), który w połączeniu z rozszalałą, ekstatycznie galopującą gitarą solową, jest jak wariacja na temat: cóż by się mogło stać gdyby Hendrix zaczął grać kompozycje Alberta Aylera na przykład na początku lat 80... Żonglerka stylistyczna odważnie stosowana już przy pierwszej płycie tria Party Intellectuals, na tegorocznym wydawnictwie jawi się o wiele bardziej spójnie, choć mimo to słuchacz momentami może mieć wrażenie, że bierze udział w spontanicznym jam session, wykorzystującym zaledwie kilka opracowanych wcześniej elementów. Być może jest to zasługa surowej, naturalistycznej produkcji? Zespół bez wątpienia brzmi jakby grał na setkę, wyciągając co chwila nowe króliki z kapelusza. Obok waitsowsko zaaranżowanej bluesowej ballady „Ain’t Gonna Let Them Turn Us Round” melodią przywołującą echa „Dead Flowers” Stonesów, znaleźć można intensywne „Bread and Roses”, które brzmi z kolei jak zaginiony w latach 90 wymiatacz Sonic Youth spod pióra Lee Ranaldo. Sarkastyczne, skandowane „Masters of the Internet”, okraszone orientalną melodią i nerwowymi dęciakami, przechodzi w naspeedowane, hałaśliwe, meandryczne „Ritual Slaughter”, aby po chwili zaskoczyć wszystkich robotniczym szlagierem „Avanti Populo”. W podobnym zestawieniu polityczna wymowa utworów nabiera groteskowego charakteru, niewątpliwie przewrotnie zamierzonego.

Druga część płyty nie zwalnia tempa. Sinusoidalna kompozycja „Prayer” wychodząca od powoli budowanych gitarowych „dzwonów” rodem z The Ascension Glenna Branki, ewoluuje w kierunku brutalnych, wręcz metalowych riffów. Jeśli mówimy w tym wypadku o rozmodleniu, to z pewnością o zapędach sadomasochistycznych. Przeczyszczone modlitwą kanały słuchowe zostają następnie poddane chyba najbardziej relaksacyjnej, chilloutującej kompozycji w zestawieniu „Mr. Pants Goes to Hollywood”, zakończonej psychodeliczną, elektroniczną codą, przechodzącą płynnie w swingujące, podane z przymrużeniem oka – „The Kid is Back!”. Swoistą gratką dla miłośników jazzowego oblicza Marca R. będzie nieśmiertelny standard „Take Five”. Klasyczny dla gatunku ohrwurm (niem. melodia nieznośnie wpadająca w ucho) został przez muzyków zgwałcony z prawdziwie no wave’owym zacięciem. Być może tak wyglądałaby kompozycja Paula Desmonda, gdyby ten urodził się na wschodnim wybrzeżu pokolenie później i załapał na noise... Najbardziej zaskakującą stricte piosenkową formą jest przedostatni na płycie utwór „We are the Professionals”, w którym jazz, rock i punk spotykają się tym razem z hip hopem spod znaku Beastie Boys (i znów New York, New York...). Całość zestawu zamyka istna petarda rzucona wprost w uszy słuchacza – „Special Snowflake” – nie mająca nic wspólnego z delikatnością płatków śniegu (chyba, że byłby to sztuczny śnieg na wyciągu narciarskim w Dubaju). Album zakończony nagle i niespodziewanie wręcz zmusza do kliknięcia w repeat.

Płyta Your Turn w najbardziej konwencjonalnej kategoryzacji gatunkowej wcale jazzowa nie jest, a nawet jeśli o jazz momentami się ociera, robi to w brutalistyczny, jazgotliwy i przewrotny sposób. Marc Ribot wraz z basistą Shahzadem Ismaily i perkusistą Chesem Smithem nagrał album surowy, krwiście rockowy o spontanicznie eksperymentalnym zacięciu i wyraźnej punkowej, a czasem wręcz noise’owej nucie. Muzycy wskrzesili tym samym piękne tradycje sceny downtown, godząc je równocześnie z quasi-piosenkową formułą à la Sonic Youth.

Prawdopodobnie, żeby rzeczywiście poznać sygnalizowany na początku secret of Marc Ribot’s power, trzeba byłoby spędzić ponad trzydzieści lat na nagrywaniu bardzo pojechanych płyt z najróżniejszymi artystami, mieć sześćdziesiątkę za pasem, umiejętności wirtuoza i muzyczną fantazję niepokornego nastolatka. Prawdziwą przyjemnością jest jednak to, że tej płyty wcale nie trzeba rozumieć, nie trzeba umieszczać jej w kontekstach, bo materiał niezależnie od tego broni się sam. Jak pisze Ribot - Ceramic Dog to przede wszystkim dobra zabawa. Muzycy niewątpliwie ją mieli, a jej rezultat nagrali i wydali. Teraz ruch należy do słuchacza. Your Turn!

[Krzysztof Wójcik]