polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
KONGH Sole Creation

KONGH
Sole Creation

 

Trzeci studyjny album Kongh to bardzo dobra pozycja dla fanów surowego, pozbawionego eksperymentów oraz elementów ekstremy, doom metalu. Szwedzi w umiejętny sposób cofnęli się do czasów powstania stylu, w efekcie czego na najnowszym wydawnictwie nie ma miejsca na rozbudowane przejścia, skomplikowane galopady czy wyszukaną budowę nastroju - dominuje prostota i klarowność. Cztery utwory składają się na 45 minutową, ciekawie ułożoną i przemyślaną całość.

Dzieło inauguruje tytułowy, nieco sludge’owy „Sole Creation”. Walcowate bębny, leviathanowe gitary oraz mastodonowe wokale uzupełnione łamiącymi się riffami tworzą niezwykłą atmosferę, która w różnym natężeniu utrzymuje się przez cały czas trwania albumu. Drugi w kolejności rozbrzmiewa „Tamed Brute”. Jest więcej brudu, więcej przestrzeni, więcej dynamiki. Bezkompromisowość, ciekawość wątków, budowanie napięcia poprzez świetnie wpasowujące się gitary i perkusję stanowią o sile tej kompozycji. Natychmiast pojawiają skojarzenia z manierą wokalną Scotta Weinricha Wino, Ozzy’ego Osbourne’a, w mocniejszych partiach przychodzi na myśl Dez Fafara. Duży ukłon w stronę frontmana Davida Johanssona, który od pierwszej do ostatniej chwili prezentuje się wyśmienicie. Dawno nie słyszałem tak bogatego głosu w krainie ciężkich, skandynawskich brzmień.

Trzeci „The Portals” oraz czwarty „Skymning” tworzą poniekąd całość. Pierwszy z nich, najlepszy na całej płycie, rozpoczyna doskonałe trzyminutowe wejście. Tutaj dla odmiany wyróżnia się linia basu. Utwór spowalniany, pełen dramaturgii, ekspresji oraz brutalności. Narastająca w nim monumentalność jest potęgowana głównie za sprawą psychodelicznego wokalu oraz mocnego riffu. Ten przywołując na myśl wstawki rodem z Pantery pod koniec konkretnie eksploduje, po to by delikatnie otworzyć balladowy, ostatni, wspomniany wyżej „Skymming”. Niesamowita energia. Zamykająca pozycja to już duża porcja melancholii utrzymanej w nieco zbyt rockowym stylu, ale jak na tę dość sporą dawkę siarczystego i jakże oczyszczającego doomu, to zakończenie dość wskazane. 

Wydawnictwo godne uwagi.

 

[Dariusz Rybus]