polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious

Warsaw Summer Jazz Days 2013
Warszawa | 15-19.07.13

Dwa lata temu rozmawiałem w Berlinie z Vijayem Iyerem oraz Siegfriedem Lochem, założycielem i szefem niemieckiej wytwórni ACT i obaj panowie nie mogli wręcz uwierzyć, że na koncertach Johna Zorna Sala Kongresowa jest regularnie wyprzedana. Popularność nowojorskiego muzyka w Polsce jest tak duża, że bilety na jego benefis z okazji 60 urodzin były w Warszawie droższe niż w Londynie. I znów było pełno. Zorn at 60 okazał się pięciogodzinnym maratonem, na którym sam jubilat po raz pierwszy zagrał na saksofonie na pół godziny przed końcem. Wcześniej był dyrygentem bądź schowanym ze sceną kompozytorem, z mieszanymi rezultatami. Wieczór rozpoczął Song Project, czyli skład Dreamers z Johnem Medeskim zamiast Jamie’go Safta, którym towarzyszyła trójka wokalistów: Mike Patton, operujący tutaj w rejonach znanych z koktajlowych ballad Mr. Bungle, czy teatralnych reinterpretacji Gainsbourga, sporadycznie przeplecionych spazmem w duchu Naked City; Sofia Rei, obdarzona mocnym głosem o odcieniach raz żydowskich, raz latynoskich, oraz Jesse Harris, którzy szczerze mówiąc brzmiał jak Sting i rozmiękczał całość nieznośnie. Generalnie lekkostrawność całego programu była nieco rozczarowująca. Zespół stworzony z bądź co bądź wirtuozów niuansami nasączał formę banalną, tak jakby pokazując, że tworząc miejsce dla wokalistów odgrywa tzw. dżoba, od czasu do czasu dla poprawy samopoczucia kontrując go ciekawym solem, rytmem lub fakturą. W drugiej połowy koncertu całość nabrała nieco rumieńców, lecz nie na tyle, by Song Project potraktować jako poważną odpowiedź na pytanie, co z piosenką zrobić mogą improwizatorzy. Wręcz była to odpowiedź deprymująca.

Po przerwie Zorn ukazał się w roli kompozytora (podobnie jak w części trzeciej), odpowiednio dla tria jazzowego, kwintetu wokalnego i kwartetu smyczkowego. Trio Illuminations zagrało krótko, ale do rzeczy. Zestawiając skomponowaną, klasycyzującą i gęstą wypowiedź fortepianu Stephena Gosslinga z eksplozywną, improwizowaną grą sekcji Trevor Dunn / Kenny Wollesen, panowie zaprezentowali najbardziej w sumie jazzowy moment wieczoru, intrygujący dźwiękowymi akcentami, ale przede wszystkim trzymający w skupieniu ewolucją całości. Po chwili odbył się najbardziej oryginalny koncert tego szczególnego przeglądu, a dał go żeński kwintet The Holy Visions. Współgranie głosów w pulsach, melodycznych warstwach i narracji było doskonałe, ich brzmienie krystaliczne i umiejętnie rozłożone, uzupełniające się nawzajem. Z jednej strony była w tej muzyce tradycja, czy to chorału, czy to tradycyjnych amerykańskich utworów wokalnych, z drugiej nowoczesna koncepcja formalna. Jedynym cieniem na tym błyskotliwym koncercie było moim zdaniem nadmierne przeciążenie quasi-liturgiczną koncepcją. Zabrakło mi trochę płynności i lekkości kwartetu Mycale sprzed kilku lat, w którym śpiewała m.in. występująca w pierwszej części wieczoru Sofia Rei. Ale reinterpretacje piosenek żydowskich to jednak co innego niż quasi-libretto oparte o żywot Hildegardy von Bingen. Zamknięcie tej części było dużo mniej komunikatywne – kwartet smyczkowy The Alchemist operował podobnymi walorami co wiele projektów Zorna – liryzm vs hałas, faktura vs rytmiczne cięcia, formalizm vs alchemia, co jednak w suchej wypowiedzi takiego instrumentarium pozbawione było i uniesienia, i z drugiej strony humoru.

Wątek historyczno-liturgiczny kontynuował projekt Moonchild, a właściwie Templars, bo taką nazwę nosi kwartet Patton / Dunn / Baron / Medeski na ostatniej części cyklu rozpoczętego w 2006 roku przez trio Patton / Dunn / Baron. Ci trzej muzycy zagrali na wszystkich jej odcinkach, ten z Medeskim nie jest moim zdaniem najlepszym, ale dobrze eksponuje sedno projektu i adekwatność jego aktorów do ról. Patton, mocno tutaj diaboliczny, ma idealną zdolność łączenia spazmów z dostojnym śpiewem, co w zderzającej głośne zwarcia i basowe riffy z wyciszeniami i zalążkami melodii muzyce jest niezwykle potrzebne. Paru minut, czy nawet utworów potrzeba było aby zespół nabrał rozpędu, ale gdy już to zrobił, to zaprezentował najciekawszy obok Holy Visions występ. Nie mogłem się przy tym oprzeć wrażeniu, że gdyby Joey Baron swoją jazzową porządność w momentach jazz-core’owych (pamięta ktoś taki termin jeszcze?) galopad zastąpił odrobiną dezynwoltury, byłoby jeszcze lepiej.

Ostatnia część wieczoru to powrót Zorna na scenę i powrót do WSJD 2009, kiedy sedno wieczoru stanowiły koncerty Dreamers i Electric Masada. Teraz dostaliśmy powtórkę w miniaturce. Dochodzę do wniosku, że Dreamers chyba robią na odbiorcy wrażenie raz. Podobnie jak w przypadku Song Project, to wirtuozeria wcielona w muzykę lekkostrawną, jakby bawiąca się graniem pod włos jej drugoplanowego charakteru. Tylko że z tej wirtuozerii niestety po chwili mało wynikało, a całość niebezpiecznie zbliżała się do klisz fusion. Zorn, skaczący wręcz kuglarsko w roli dyrygenta, kierującego muzykami, którzy przecież doskonale z tym samym materiałem poradziliby sobie bez niego, sprawiał wręcz komiczne wrażenie. Ciekawszy i bardziej poważny był minikoncert Electric Masada, z udziałem Ikue Mori i Zornem wreszcie na saksofonie. Tutaj ciężar gatunkowy wzrósł, ale jedynie na kilkanaście minut. Po pierwsze, dwa-trzy utwory to za krótko, aby rzecz nabrała prawdziwego wyrazu, ścierającego wrażenie analogicznej, tylko inaczej brzmiącej żonglerki jak w Dreamers. Po drugie, zapewne nie tylko ja miałem w pamięci koncert sprzed czterech lat, kiedy ten skład naprawdę grał, a nie tylko dogrywał końcówkę i tak bardzo długiego wieczoru. Niedosyt pozostał.

Nie mieszkałem jeszcze w Warszawie, gdy Zorn na WSJD grał koncerty legendarne, ale swoje udało mi się zobaczyć, choćby w postaci koncertu Naked City dziesięć lat temu, albo późniejszego Painkillera. Wówczas były kontrowersje, oczywiście, ale przede wszystkim dlatego, że była muzyka o potencjale wzbudzania sporów. Teraz, z kilkoma wyjątkami, dostaliśmy objazdowy benefis o znamionach teatrzyku. Gęba Zorna dopadła (wliczając w to karykaturalny już bezwzględny sprzeciw przeciwko fotografowaniu muzyków), może jeszcze nie do stopnia upupienia, ale już chyba do stopnia „zmethenyzowacenia” – jeden tupie nóżką, drugi przegania fotografów i figlarnie dyryguje.

[tekst: Piotr Lewandowski. Dziękujemy Tomaszowi Jakobielskiemu za udostępnienie zdjęć - więcej zdjęć tutaj]

Drugi dzień, którego gwiazdą był Paco de Lucia, był raczej nie dla nas. Trzeci dzień WSJD, z najliczniejszą w tym roku krajową reprezentacją, otworzył koncert Tie Break, czołowej offjazzowej grupy z lat 80., która od jakiegoś czasu dość regularnie o swoim istnieniu przypomina. Zagrała w sekstecie, z żelazną czwórką: Iwański, Gralak, Pospieszalscy oraz duetem Parker – Brysiak za bębnami i instrumentami perkusyjnymi. Dla tych, którzy chcieli wybrać się w podróż sentymentalną, koncert okazał się pewnie ciekawym przeżyciem, z kolei tych słuchających starych kompozycji bez historycznego kontekstu z pewnością nie poruszył. Jak dla mnie, mimo precyzji wykonania i dobrej formy zespołu, zabrakło emocji, a lawirowanie między jazzrockowymi tematami, etno czy bardziej piosenkowym formom, do końca nie przekonało. Czy jest sens w tego typu powrotach, to już temat na inne opowiadanie.
 
Drugi koncert, Power of the Horns pod wodzą Piotra Damasiewicza, zapowiedziany został jako punkt rywalizacji z główną gwiazdą wieczoru. Stwierdzenie trochę na wyrost, ale pewne cechy wspólne na pewno można dostrzec. Usłyszeliśmy cały materiał z mającego tego dnia premierę albumu Alaman - trzy długie kompozycje w wykonaniu jedenastoosobowej orkiestry zabrzmiały potężnie i świeżo. Mocy i rozmachu dodawały iście huraganowe partie sekcji dętej, a także podwójna sekcja rytmiczna wzbogacona perkusjonaliami. Rozbudowane kompozycje pozwoliły na stworzenie przestrzeni dla właściwie każdego z członków zespołu. Bardzo dobry koncert, trzymający w napięciu, dobrze balansujący między chwytliwymi, zadziornymi tematami a abstrakcją, zagrany z precyzją, ale też luzem i pewnością siebie. Szedłem na niego zupełnie w ciemno, nie wiedząc o zespole prawie nic – zaskoczenie więc tym większe, a płynące z wielu stron pochwały wydają się całkiem uzasadnione.
 
W podobnie licznym składzie zagrała gwiazda wieczoru, Sun Ra Arkestra. Tu zaskoczenia nie było, styl bandu dowodzonego przez Marshalla Allena znany jest powszechnie. I choć przyjdzie liderowi w przyszłym roku obchodzić już dziewięćdziesiąte urodziny, a w saksofon nie dmie on z taką mocą jak kiedyś, obraz orkiestry wciąż tworzy na swój sposób wyjątkowy. Jest może w tym wszystkim swoisty cyrk, z długimi szatami, cekinami, tańcami i fikołkami na scenie, ale czysto muzycznych wrażeń na szczęście nie zaciera, a samej kosmicznej legendy Sun Ra nie rozmienia na drobne. Przynajmniej w odczuciu tych, którzy obcują z nią na żywo pierwszy raz. Barwna, lekka, głęboko nasycona taneczną wibracją muzyka – stylistycznie nie do końca jednorodna, bo oprócz bliższych jazzowo-orkiestrowemu idiomowi utworów były i piosenki, i bardziej nieoczywiste struktury, ale złożyła się w spójną całość, spiętą zwłaszcza wyraźnym perkusyjnym pulsem. Sam koncert był niezły, choć nie porywający i pewnie mógłby trwać krócej. Opadające nieco napięcie muzycy na szczęście podtrzymali na sam koniec, wchodząc z instrumentami pomiędzy publiczność.
 
I na tym pierwotnie festiwalowa środa miała się zakończyć, jednak – niejako na dokładkę i już przy przerzedzonej widowni – zagrał jeszcze Pink Freud. Szczerze przyznam, że jest mi tego zespołu trochę szkoda. Droga obrana na ostatnim albumie, choć efektowna, to zaprezentowana po raz kolejny może niebezpiecznie łatwo nużyć. Czuję wkradającą się sztampowość, a im bliżej zespołowi do mniej erudycyjnej, jazzrockowej stylistyki, tym niestety gorzej. Były na szczęście i chwile dobre, do zapamiętania zwłaszcza partie w trio, raz z saksofonem, raz z trąbką w roli głównej. Wybrzmiały bardziej surowo, oszczędnie i nieprzewidywalnie, w bliższym jazzowi języku i chyba z takimi momentami wolę kojarzyć ten zespół najchętniej.

Na czwartkowe koncerty z udziałem m.in. kwartetu Wayne'a Shortera niestety nikomu z naszej redakcji nie udało się dotrzeć. Ostatni dzień festiwalu przyniósł już tylko jeden polski akcent, ale z całego wieczoru to właśnie ten okazał się najbardziej intrygującym i oryginalnym koncertem, może nawet w skali całego minionego tygodnia. Zanim do niego doszło, zameldowało się na scenie trio włoskiego perkusisty Andrei Marcellego. Skład uzupełniony o gitarę i organy dał koncert ewidentnie bardziej pasujący do salonowo-statkowego anturażu – bez emocji, charakteru i do zapomnienia chwilę po zakończeniu. Duch Pata M. czy Johna Scofielda gdzieś w powietrzu był w tej gładkiej muzyce wyczuwalny. Dobrze tylko, że obyło się bez mdłych ballad, bo tego już byłoby zbyt wiele.

Dla fanów lekkiego i niezobowiązującego grania drugi koncert okazał się pewnie szokiem. Pierwotnie anonsowane trio Jerzego Mazzolla wystąpiło w kwartecie na klarnet skrzypce, gitarę i perkusję i w takiej konfiguracji grało przez dobre dwadzieścia minut, po czym skład uzupełnił tubista Zdzisław Piernik. Było w tej amorficznej, operującej dronami i budowanej z kapitalną dramaturgią muzyce wiele intrygującej, niedopowiedzianej aury, gdzie masywne partie tuby i basklarnetu, szorstką sonorystykę perkusji kontrowały gładsze brzmienia gitary i skrzypiec. Bardzo dobry koncert, gdzieś na styku swobodnej improwizacji i muzyki współczesnej, który pozostawił nieco niedosytu, bo w swej zasadniczej części zakończył się raptem po czterdziestu minutach. Na bis usłyszeliśmy ciekawy duet Mazzolla z Piernikiem, którym zaczynali partnerować kolejno pozostali muzycy.
 
Na zakończenie zagrał kwartet perkusisty Antonio Sancheza (stałego współpracownika m.in. wspomnianego Pata), którego skład uzupełniły kontrabas, saksofon oraz fortepian i organy. Koncert, wypełniony głównie autorskimi kompozycjami lidera, okazał się bez wątpienia lepszy, bardziej wyrazisty i zwyczajnie ciekawszy od włoskiego tria, ale mocno osadzony w mainstreamowej stylistyce, objawieniem się nie okazał.  Napędzany przez efektowną, ale nieco przejrzystą i aż do bólu precyzyjną perkusję Sancheza kwartet, choć dobrze skomunikowany i ze sporym wyczuciem operujący nastrojami, trzymał się jednak mocno w kompozycyjnych ryzach, nie podejmując ryzyka i nie wychodząc zbytnio poza swoje ramy.
 
Odczucia po ostatnim dniu festiwalu bez wątpienia pozostałyby kiepskie, dobrze jednak, że w sumie mało festiwalowy i odstający muzyczną wizją od reszty zespołów koncert z tak dobrym skutkiem je przesłonił.

[tekst: Marcin Marchwiński]

[zdjęcia: Marcin Marchwiński, Tomasz Jakobielski]

Moonchild [fot. Tomasz Jakobielski]
 [fot. Tomasz Jakobielski]
Electric Masada [fot. Tomasz Jakobielski]
Electric Masada [fot. Tomasz Jakobielski]
Tie Break [fot. Marcin Marchwiński]
Tie Break [fot. Marcin Marchwiński]
Tie Break [fot. Marcin Marchwiński]
Tie Break [fot. Marcin Marchwiński]
Tie Break [fot. Marcin Marchwiński]
Power of the Horns [fot. Marcin Marchwiński]
Power of the Horns [fot. Marcin Marchwiński]
Power of the Horns [fot. Marcin Marchwiński]
Power of the Horns [fot. Marcin Marchwiński]
Sun Ra Arkestra [fot. Marcin Marchwiński]
Sun Ra Arkestra [fot. Marcin Marchwiński]
Sun Ra Arkestra [fot. Marcin Marchwiński]
Sun Ra Arkestra [fot. Marcin Marchwiński]
Sun Ra Arkestra [fot. Marcin Marchwiński]
Sun Ra Arkestra [fot. Marcin Marchwiński]
Pink Freud [fot. Marcin Marchwiński]
Pink Freud [fot. Marcin Marchwiński]
Pink Freud [fot. Marcin Marchwiński]
Pink Freud [fot. Marcin Marchwiński]
Marcelli Trio [fot. Marcin Marchwiński]
Marcelli Trio [fot. Marcin Marchwiński]
Marcelli Trio [fot. Marcin Marchwiński]
Jerzy Mazzoll Kwartet [fot. Marcin Marchwiński]
Jerzy Mazzoll Kwartet [fot. Marcin Marchwiński]
Jerzy Mazzoll Kwartet [fot. Marcin Marchwiński]
Jerzy Mazzoll Kwartet [fot. Marcin Marchwiński]
Jerzy Mazzoll Kwartet + Zdzisław Piernik [fot. Marcin Marchwiński]
Jerzy Mazzoll Kwartet + Zdzisław Piernik [fot. Marcin Marchwiński]
Antonio Sanchez Quartet [fot. Marcin Marchwiński]
Antonio Sanchez Quartet [fot. Marcin Marchwiński]
Antonio Sanchez Quartet [fot. Marcin Marchwiński]
Antonio Sanchez Quartet [fot. Marcin Marchwiński]