polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Glenn Branca wywiad

Glenn Branca
wywiad

Rozmowa z Glennem Brancą jest równie intrygująca jak jego muzyka. Spotkaliśmy się dzień po jego koncercie na festiwalu KODY w Lublinie i sam wywiad trwał dłużej, niż jakikolwiek koncert na festiwalu, w tym jego własny. Nie, żebym narzekał, bo mogłem chociaż częściowo wniknąć w umysł jednego z najznamienitszych kompozytorów XX wieku i zobaczyć jaki jest zagmatwany („it’s a traffic jam” – jak to on się wyraził). Niemniej jednak przy jego skłonności do dygresji, nadanie ciągłości temu wywiadowi okazało się dość wymagającym zadaniem. Było o wszystkim, od Elvisa i The Kinks przez Cage’a aż po… Witkacego, Aqua Teen Hunger Force i Johnny’ego Mnemonica… Zapraszamy do lektury.

Jak oceniasz infrastrukturę koncertu?

Była bardzo dobra – bardzo dobrzy technicy, sprzęt, system nagłośnienia. Kawał solidnej i bardzo profesjonalnej roboty, więc czułem wielką satysfakcję…

…tak jak my z samego występu – panowało jednogłośne uznanie, a każda osoba z którą rozmawiałem była wniebowzięta.

Sam koncert niezwykle mi się podobał, brzmienie na scenie było naprawdę porządne, realizator pokazał wielki profesjonalizm i udało mu się uchwycić dźwięk w taki sposób, że brzmiało to niemal identycznie na scenie jak i wśród publiczności – dokładnie tak jak chciałem. Tak naprawdę to dość niezwykła sztuka, szczególnie w przypadku koncertu na świeżym powietrzu, gdzie dźwięk strasznie się odbija i rozprasza, a w tym przypadku brzmiało to niczym normalny występ wewnątrz.

W zasadzie porównywalnym przeżyciem dla mnie były koncerty Twoich, powiedzmy, rówieśników – Swans. Szczerze mówiąc nie spodziewałem się, że ten dawny nowojorski duch nadal może istnieć i mieć się dobrze…

Nie ma go już za bardzo w Nowym Jorku ale jest niezwykle wyczuwalny we współczesnej muzyce. Czy Mike ściągał spodnie i pokazywał tyłek? To właśnie robił za starych czasów.

(śmiech)

Pewnie teraz już tak nie robi.

Nie, nie odstawił nic takiego. Teraz przypomina bardziej szamana. Zakładam, że to Twój pierwszy raz w Lublinie?

W Lublinie – tak. Nigdy wcześniej nie graliśmy w Polsce, choć wykonywano moją muzykę w południowej Polsce. Nie jestem pewien co do nazwy tego miasta, to chyba były Katowice. W każdym razie orkiestra wypadła świetnie. Tak jak już mówiłem, to był nasz pierwszy występ w Polsce i mam nadzieję, że jeszcze tutaj zagramy – bardzo chciałbym zagrać w Krakowie.

Czy miałeś już chwilę czasu by udać się gdzieś pozwiedzać Lublin?

Wczoraj mieliśmy jedynie czas żeby zobaczyć Stare Miasto, bo wiesz, gdy zawsze mam w perspektywie występ na żywo, to mój umysł jest w pełni skoncentrowany właśnie na tym. Tak więc dopiero dzisiaj mieliśmy z żoną okazję tak naprawdę wyjść, pozwiedzać i zabawić się. Kupiliśmy trochę pamiątek no i oczywiście delektowaliśmy się fantastycznym polskim piwem.

Niezbyt wiele osób w mainstreamowym świecie interesuje się muzyką współczesną. Można zaryzykować stwierdzenie, że nigdy nie zyska ona szerszej publiki. Ty jako ktoś, kto dla mnie stoi pomiędzy modernizmem a rockiem alternatywnym pokroju Sonic Youth symbolizujesz dla mnie idealne ogniwo łączące te dwa światy. Co według Ciebie można by zrobić aby poszerzyć świadomość istnienia takiej muzyki? Według mnie narzuca się pewne wzorce, np. Chopina, w młodym wieku i zmusza się do ich bezkrytycznego uwielbienia, a często to po prostu odpycha ludzi.

Nie mam cholernego pojęcia (śmiech). Wychowywałem się w stosunkowo prowincjonalnym otoczeniu i Chopin, Beethoven czy Mozart byli jedynymi kompozytorami z którymi miało się styczność. Nigdy nie słyszałem o Johnie Cage’u i nawet nie wiedziałem, że taka muzyka istnieje. Niemniej jednak w środku lat 60. robiłem dosyć dziwną muzykę, używałem magnetofonów szpulowych i tworzyłem na nich kolaże. Miałem z tego wielką satysfakcję ale nikomu tego nie puszczałem, bo jakby to usłyszeli pomyśleliby, że jestem rąbnięty. Ostatecznie zacząłem się dowiadywać z różnych źródeł o tym całym osobnym muzycznym świecie. Nowojorska scena była bardzo odrębna od reszty Ameryki. Może nawet reszty świata, chociaż może nie aż tak, bo nowojorska scena jazzowa była bardzo znana w Europie i było wiele europejskich festiwali jazzowych i to właśnie dzięki temu ci muzycy tam przetrwali, a co więcej nawet tam się przeprowadzili, bo w Ameryce ta muzyka była zbyt skomplikowana, dziwna i wyjęta spoza mainstreamu. Dokładnie to samo wydaje się teraz dziać się z rockiem alternatywnym. W Stanach Zjednoczonych nie ma już w ogóle dla niej miejsca.

No tak, jak patrzę na Billboard to promowane tam zespoły „alternatywne” może i są alternatywą dla radiowego popu ale i one są same w sobie tak samo ograniczone.

Właśnie. Wiesz, wytwórnie płytowe w czasach gdy jeszcze istniały w sensownym tego słowa znaczeniu, nie chciały mieć nic wspólnego z alternatywą lat 80.  Zespoły, które stały się naprawdę sławne i odniosły komercyjny sukces w latach 90.  zyskały ją na fali popularności Nirvany – która z kolei powstała dlatego, że Sonic Youth polecili ich Dave’owi Geffenowi. I to w zasadzie był jedyny powód dla którego mogło się tak stać. Cała ta wcześniejsza scena, setki zespołów z całego kraju grających świetną muzykę, była kompletnie zignorowana przez rynek komercyjny, który stał się większy niż kiedykolwiek wcześniej. Nie było tam miejsca na Captaina Beefhearta czy Franka Zappę. Nie dało się na nich po prostu zarobić, więc zespoły które nagrywały niezbyt komercyjne rzeczy nie miały żadnych szans się przebić. Dlatego też powstała cała ta niezależna sieć dystrybucji. Zespoły takie jak Sonic Youth czy Nirvana – i ostatecznie masa innych – wreszcie zaczęły się liczyć bo sprzedawały masę płyt na rynku alternatywnym, który począwszy od końcówki lat 70. powstał od zera.

Czy miałeś jakieś konkretne, szczególne płyty, które wpłynęły na postrzeganie tego czym może być muzyka?

(śmiech) Widzisz, musiałbym się cofnąć bardzo daleko, pytasz się kogoś kto słyszał Hound Dog [Elvisa Presleya – przyp. tłum], które wyskoczyło znienacka w radiu w 56’ ale nie interesowała mnie wtedy muzyka rockowa. Podobała mi się muzyka z broadwayowskich przedstawień, chciałem wtedy zostać aktorem – nie muzykiem. Trudno powiedzieć... (dłuższa przerwa) W latach sześćdziesiątych, gdy nadciągnęła cała ta brytyjska inwazja, wtedy usłyszałem The Kinks, ale to nie było „You Really Got Me” tylko „All Day and All of the Night” – nigdy wcześniej nie spotkałem się z czymś takim i właśnie to mnie urzekło i sprawiło, że uwierzyłem, że jest coś dla mnie interesującego w muzyce rockowej. Jeśli chodzi o muzykę poważną, niedługo potem w telewizji, gdzie było raptem parę kanałów na krzyż, zobaczyłem utwór Messiaena, sonatę na fortepian – pierwszy raz w życiu zetknąłem się z tego typu muzyką. Jak już wspomniałem, dorastałem w kulturowej próżni w Pensylwanii i właśnie te rzeczy uświadomiły mi, że jest coś więcej z muzyce  o czym nie miałem pojęcia. Nie planowałem zostać muzykiem, ale muzyka powoli coraz bardziej wkradała się do mojego życia i  nie wydawało się mieć to końca. Kiedy wyłoniła się muzyka psychodeliczna i od razu wszystko mi się podobało i kupiłem każdą płytę z taką muzyką. I to nie tak, że miałem wtedy mnóstwo kasy. Wydałem wszystkie swoje zaoszczędzone pieniądze na pierwszą płytę Hendrixa. Mogło mnie nie stać na kawałek pizzy, ale musiałem to mieć! A najlepsze jest to, że gdy usłyszałem ją po raz pierwszy to mi się nie podobała. „Co to ma do cholery być”? –  to było takie dziwne, ale zostawiłem ją w swoim posiadaniu, no i wiesz jak to czasem jest z kolekcją płyt, szczególnie gdy nie masz ich zbyt wiele. Jest jakaś płyta której nie lubisz, ale z drugiej strony masz dość słuchania w kółko tego samego. Bierzesz więc tę płytę, której powiedzmy nie słuchałeś od dwóch miesięcy – więc spróbowałem znowu Jimiego Hendrixa i rozpieprzył mi mózg! Nie mogłem w to uwierzyć, to tak nie brzmiało gdy słuchałem tego wcześniej, to zupełnie inna płyta. Zacząłem obdzwaniać wszystkich przyjaciół i mówiłem im „właśnie przesłuchałem najlepszego albumu w historii muzyki – musicie to usłyszeć”, puszczałem im to przez telefon, to było tego rodzaju olśnienie. Przez lata doszedłem do wniosku, że gdy za pierwszym razem słuchasz czegoś naprawdę dobrego, czegoś niebywale nowego i odmiennego – nie jest się na to gotowym, ponieważ ma się wiele przyjętych odgórnie wyobrażeń odnośnie tego, z czym możesz mieć do czynienia. Czasem potrzeba mi czterech czy pięciu podejść, po czym dana płyta staje się jedną z moich ulubionych i myślę, że z moją muzyką dzieje się coś podobnego. Ludzie ją słyszą, a potem sobie myślą „co to ma być?” ale jeśli spróbowaliby jej jeszcze raz, to mogliby w niej coś dostrzec. Trzeba traktować każdy rodzaj sztuki miarą tego czym aspiruje być a nie swoich własnych myślowych schematów.

W zasadzie kontynuując ten temat i Twoją osobę, zdarzyło mi się raz umieścić na forum internetowym Twoją solówkę gitarową i ktoś powiedział, że każdy by mógł coś takiego zagrać, po czym mu odpowiedziałem, że jednak nikt tego nie zrobił i w tym tkwiła tego inwencja, tak jak z tym obrazem „Czarny kwadrat na białym tle”.

Tak, można to do tego porównać...

„to tak proste, że każdy mógłby to zrobić”…

…ta, jest z tym jednak problem – nie każdy mógł tego dokonać. Byłem bardzo dobrym gitarzystą, dokładnie wiedziałem co diaska wyprawiam. Nie byłem jakimś knypkiem, który nie wiedział jak grać na gitarze i się wydurniał.  Wiedziałem dokładnie co chciałem osiągnąć: chciałem stworzyć coś uczuciowego, intensywnego, konfrontacyjnego, coś co poruszyłoby ludzi – i tak też się stało. Właśnie tego typu rzeczy robiłem z Theoretical Girls.

Swoją muzyką i działalnością zainfekowałeś niezliczoną liczbę artystów, których twórczość potem przeszła mutację i rozgałęziła się w nieskończenie wielu różnych kierunkach – Swans, Band of Susans, Sonic Youth, Hovercraft, US Maple czy nawet post-hardcore’owe Drive Like Jehu, które zmieszało punkowy gniew ze złożonymi, teksturalnymi partiami gitarowymi, które niekiedy brzmiały symfonicznie i w Twoim stylu…

W tym momencie wszystko już się zmieszało. No bo są kapele, które wyraźnie brzmią tak jak ja, a nawet nie wiedzą kim do diabła jestem. Wiesz, masz zespoły drugiego, trzeciego, czwartego pokolenia, które imitowały albo inspirowały sę zespołami, które inspirowały się innymi zespołami, itd., które inspirowały się mną! Więc nawet nie wiedzą, że stąd to pochodzi. Moja muzyka stała się po prostu elementem brzmienia. W chwili obecnej ciągle zmieniają nazwy tych ruchów, bo jest ich tak wiele, ale teraz na przykład nazywają to muzyką drone, co jest kompletnie nietrafione bo jeśli słyszeliby prawdziwą muzykę drone (śmiech), to nie nazywaliby jej tak. Tak się składa, że znam prawdziwą muzykę drone i jej twórców – LaMonte Young, Charlemagne Palestine, Phil Niblock, no i mógłbym tak wymieniać dalej. A prawdziwą muzyką drone jest po prostu długi, stały dźwięk.

i nic innego…

Tak, a teraz interpretują ją jako muzykę bez melodii, zazwyczaj nie ma wokalisty, czasem jest…Mamy obecnie więcej zespołów instrumentalnych, niż kiedykolwiek wcześniej.  Teraz widzę jak to co zrobiłem wpłynęło na resztę – i miałem taki zamiar, bo chciałem zmienić stan rzeczy. Czułem, że czegoś rock’n’rollowi brakowało. Byłem gigantycznym melomanem i kolekcjonerem płyt, tak więc miałem bardzo konkretne pojęcie tego, co chciałem osiągnąć wtedy, gdy zaczynałem.

I dzięki Ci za to!

(śmiech) no i wygląda na to, że cholernie dobrze mi to wyszło…

Nie zadziałało to od razu ale z pewnością ostatecznie  dopiąłeś celu.

No wiesz, trzy dekady to kur****o długi czas ale bardzo mnie to cieszy. Chciałem także przyciągnąć uwagę ludzi ku muzyce poważnej. W przypadku muzyki poważnej jest cała masa świetnych kompozycji, ale bardzo rzadko traktuje się je w amplifikowanym kontekście. Macie na przykład tutaj jednego z najlepszych żyjących kompozytorów na świecie – jednym z największych wszech czasów. Pisał i nadal pisze świetną muzykę i wiem, jaki wpływowy jest tu w Polsce bo wybrałem się na koncert do Krakowa i każdy kompozytor imitował Pendereckiego – co jest ok, jeśli efekt jest dobry, chociaż wolałbym posłuchać jego. Niezły z niego skurczybyk! Do czego zmierzam to: dlaczego ludzie mają tworzyć ten podział – pomiędzy muzyką graną przez orkiestrę albo skład kameralny a muzyką graną przez zespół rockowy. To było coś o czym myślałem na samym początku, gdy założyłem zespół pod koniec lat 70. – chciałem wpleść sztukę w muzykę rockową, w ten sam sposób w jaki chciałem przenieść muzykę z Nowego Jorku na resztę kraju i potem – świata. To właśnie było dla mnie strasznie ważne w tamtych czasach. Teraz w moim wieku niewiele jest rzeczy które są dla mnie ważne (śmiech) – nawet sama idea tego, że cokolwiek mogłoby być ważne.             

Co czujesz, gdy słuchasz innego artysty i rozpoznajesz jakiś charakterystyczny Tobie element, ale umieszczony w innym kontekście? Czy czułeś się kiedy zaskoczony?

Nie chciałbym by ludzie mnie imitowali. Chciałem natomiast otworzyć wrota do samodzielnego myślenia, odnalezienia swojej muzyki we własnym wnętrzu i nie przejmowania się tym, co robią wokół inni. Chciałem by moja muzyka stała się przykładem pewnego rodzaju podejścia do muzyki a nie po prostu jej określonym rodzajem. Wszyscy mamy różne sposoby bycia, a nasze jestestwo ma u każdego z nas inny kształt i barwę, które powinniśmy starać się wyrażać. Ludzie nie powinni próbować artykułować cudzych pomysłów. Nieszczególnie więc mnie kręci gdy ktoś mnie imituje. W przypadku Sonic Youth nie miałem im tego za złe, bo nie interesowało mnie obranie bardziej komercyjnego kierunku. Nie miałem w ogóle  zamiaru tego robić. Tak więc oni wykorzystali pewne moje pomysły odnośnie strojenia, fingeringu, strummingu i struktur muzycznych i zaprezentowali je znacznie szerszej publiczności, niż ta na którą ja mógłbym liczyć – i to było wartościowe.

Czy jest coś jeszcze dla Ciebie w muzyce poza spełnianiem własnych muzycznych ambicji? Czy jest jakieś przesłanie które chcesz wyrazić poprzez swoją muzykę?

Jestem humanistą i bardzo przyziemnym gościem. Nie wierzę w inne wymiary, nie jestem jak Sun Ra, nie wierzę, że przybyłem z innej planety. Tutaj chodzi o Ciebie, o mnie i to, co wiemy o naszym życiu i świecie. Dla mnie muzyka to próba otworzenia ludziom umysłów poprzez stworzenie pewnego rodzaju dwuznaczności, która uniemożliwia słuchaczowi by się z nią identyfikował w konwencjonalny sposób. Kiedy słuchamy muzyki, to co de facto słyszymy jest tym, co już wcześniej słyszeliśmy. A jeśli usłyszymy coś, co jest kompletnie dla nas nowe, to nie jesteśmy w stanie tego nawet przetworzyć w umyśle.

Mogę się z tym utożsamić, pewien historyk z którym współpracuję powiedział, że muzyka jest niczym język, wszystko polega na użyciu wcześniej ustalonych znaków, a gdy wprowadzilibyśmy coś kompletnie nowego nie byłoby zasobu tychże znaków do wyrażenia tego, co nowe.

Racja. Ale czasem można też użyć języka przeciwko samemu sobie aby wprowadzić zamęt słuchaczy. Używam wszystkich tych technik, jest ich tyle, że aż to niedorzeczne. Jeśli popatrzysz na całą moją muzykę, nie tylko na wczorajszy set, napisałem przeogromnie dużo kompozycji, z czego nie wszystkie nawet nagrano. Próbowałem wielu technik by osiągnąć to brzmienie. Mam również w swojej głowie pewne brzmienie, którego nie udało mi się jeszcze wydobyć, brzmi ono jak coś … czego kompletnie nie oczekiwałbyś, że mogłoby się dziać, jak magia, prawdziwa magia. Dźwięki, które byłyby niemożliwe do ogarnięcia ale jednocześnie miałyby perfekcyjny sens, brzmiałyby jak muzyka…Trudno to wyjaśnić. Nie powinienem nawet do tego dochodzić, powinienem odpowiedzieć na Twoje pytanie, które już teraz zapomniałem, bo często zdarza mi się zbaczać z tematu…

Chodziło o to czy jest coś dla Ciebie w muzyce poza swoimi własnymi ambicjami, czy jest jakiś konkretny przekaz, który chcesz dać poprzez swoją muzyką?

Nie! Nie ma przekazu. Chciałbym abyście wy nadali temu swoje własne znaczenie. To właśnie jest ironiczne, gdy pomyśli się o moim rzekomym sporze z Johnem Cage’em, którego nie było. To on miał ze mną zatarg, ale ja z nim nie. Jestem fanem Cage’a, inspirowałem się nim. Uważam, że jego muzyka była okropnie ważna, tak jak i jego eseje. Po prostu nie chciałem być Johnem Cage’em, chciałem być sobą ale jednocześnie chciałem otworzyć ludziom nowe horyzonty, nie tylko na muzykę, ale też wszystko, o czym myślą, co widzą, co czytają…

 

[Jakub Krawczyński]

artykuły o Glenn Branca w popupmusic