polecamy
Podziel się: twitterwykopblipfacebookdelicious
Gentleman Konferencje prasowe 28-29.05.2004

Gentleman
Konferencje prasowe 28-29.05.2004

Czy koncerty w Polsce różnią się czymś od występów w innych częściach Europy?

Każdy koncert jest w pewnym sensie inny, ale w jakiś sposób, jeśli chodzi o muzykę, wszyscy są podobni. Kiedy cieszymy się muzyką, dzielimy się nią, wówczas wszyscy są podobni. Nie ważne czy jesteśmy we Francji, Hiszpanii czy Polsce wszyscy śpiewają "Dem gone" i to jest bardzo miłe.

Jak doszło do tego, że młody chłopak z Niemiec zauroczył się Jamajską kulturą? Co było w niej tak magnetycznego?

Cóż.. To jest bardzo trudno wytłumaczyć, jest w tym coś duchowego. Zakochałem się w muzyce na Jamajce, często tam podróżowałem i po pewnym czasie stałem się częścią tego wszystkiego. Wydarzyło się to bez planowania - nie było tak, że zapragnąłem zostać pewnego dnia wokalistą reggae, chciałem poznać kulturę oraz samą muzykę. Pojechałem na Jamajkę i wówczas zrozumiałem, że powinienem podążać za tym, co mocno odczuwam i z czym czuję się dobrze.

Jak wytłumaczyłbyś fakt, że reggae i dancehall stają się tak popularne? Co o tym myślisz?

Podoba mi się to. Uważam, że reggae jest muzyką, która czyni ludzi lepszymi. Sprawia, że myślą, że są bardziej świadomi życia, otoczenia, środowiska. Ostatnio niektórzy pytają mnie, czy nie uważam, że reggae zajmuje miejsce hihopu, czy nie jest to nowy trend, muzyka na lato 2004. Odpowiadam, że nie, ponieważ to nie jest chwilowy szum; reggae rosło w siłę przez lata, działo się to bardzo powoli, ale konsekwentnie i nie przeminie tak szybko. To nie jest coś, co przyszło do Europy niedawno. Myślę, że ludzie są gotowi na muzykę, są gotowi, by poczuć ten vibe. To jest moja pierwsza duża europejska trasa i bardzo dużo osób przychodzi na koncerty. Nawet na dzisiejszy bilety zostały wykupione niemal w 100%.
Znaczy to tyle, że ludzie naprawdę są gotowi, by poczuć tę muzykę, by się nią dzielić.

Jakie jest twoje zdanie na temat amerykańskich wpływów na jamajską kulturę, na dancehall.

Amerykańskich. Hmm. Nie uważam, żeby to były akurat amerykańskie wpływy. Myślę, że wszędzie na świecie istnieją dobrzy i źli ludzie, nawet jeśli chodzi o muzykę. Dużo ludzi używa muzyki, żeby przekazać światu swoją głupotę. Jest dużo głupoty w hiphopie, r'n'b czy nawet reggae, ale to jest tylko część całości. Nie oceniam tego. Staram się robić piosenki, których będą mogły słuchać moje dzieci, a to, co robię z moją kobietą za drzwiami sypialni, trzymam dla siebie. Nie zamierzam pisać o tym piosenek. Tak samo nie mogę mówić o innych rzeczach - nigdy nie trzymałem w ręku broni, nie wychowywałem się w żadnym getcie, więc nie będę o tym śpiewał.

Czy słyszałeś jakichś polskich wykonawców reggae? Jeśli tak, jakie są twoje wrażenia, porównując do innych artystów z całego świata?

Wczoraj dostaliśmy płytę od jakiegoś zespołu.. Co to było.. Nie pamiętam nazwy, ale jest w tym pewien potencjał. W Polsce jest dużo muzyków, dużo potencjału, jeśli chodzi o robienie muzyki. Dostałem trzy demówki. Dwie były dobre, jedna okropnie słaba. Ale myślę, że jest w nich duży potencjał. Chodzi o to, żeby zachęcać młodych do robienia muzyki, do rozwoju. To jest także zadanie wytwórni płytowych, mediów i słuchaczy. Każdy, kto czuje muzykę jest gotowy, by tworzyć. Jeśli masz do tego serce i wkładasz w to trochę miłości, możesz to robić dobrze.

Kiedy wychodzi twoja następna płyta?

Zapowiada się bardzo dobrze.

Ale kiedy?

Nagrałem już cały album. Byłem na Jamajce przez cztery miesiące w tym roku i jadę tam znowu, kiedy skończy się trasa. To będzie za kilka dni. Zamierzam go dokończyć. Nie różni się bardzo od "Journey to Jah'. Jest to czyste roots reggae. Bardzo energetyczne. Nie ma tam żadnej elektroniki - wszystko jest grane przez zespół. Pracowałem z Bobbym Digital, Firehorse Crew, Far East Band i Black Scorpio. Pierwszy singiel zamierzam wydać w lipcu. Będzie nosił tytuł "Superia'. Cała płyta powinna ukazać się we wrześniu.

Czy spotkałeś się z lekceważeniem na Jamajce z powodu, że jesteś biały? Że jesteś Europejczykiem?

Nie bardzo. Jak mówiłem, wszędzie na świecie są dobrzy i źli ludzie. Na Jamajce nigdy nie miałem żadnych problemów z kolorem mojej skóry. Nie sądzę, by było to istotne, jeśli to co robisz wypływa z serca. Ludzie to doceniają, zwłaszcza na Jamajce. Szczerze mówiąc na początku miałem więcej problemów w Niemczech niż na wyspie. Dużo ludzi pytało: "Dlaczego nie śpiewasz po niemiecku, dlaczego wybrałeś Patois? Zapomniałeś o swojej ojczyźnie?". Wychowałem się w Niemczech, ale nie uważam ich za swoją ojczyznę. Cała Ziemia jest moją ojczyzną. Dla mnie to pojęcie jest bardziej uniwersalne. Teraz cieszę się, że wybrałem angielski - gdybym śpiewał po niemiecku ludzie w Hiszpanii, Ameryce czy Na jamajce nie rozumieliby mnie. W tym sensie niemiecki jest bardzo ograniczony. Poza tym nie podoba mi się, jak współbrzmi z muzyką. Za dużo tu tych wszystkich h.. chrr. Są ludzie, którym to połączenie wychodzi bardzo dobrze. Grupy jak Seeed czy Ian Delay potrafią zmienić ten język tak, by dobrze brzmiał z muzyką. Dla mnie oznaczałoby to jednak start od początku. Pokochałem muzykę na Jamajce, zacząłem robić ją w Patois i już tego nie zmienię.

Na twojej stronie internetowej napisano, że Jamajka jest twoim drugim domem...

W tej chwili tutaj jest mój dom. Dom jest tam, gdzie twoje serce. Dużo podróżowałem w tym roku. Byliśmy w trasie na Jamajce, w Niemczech, Ameryce, Afryce.. Gdybym miał wskazać jedno miejsce, gdzie jest mój dom, byłoby to dla mnie bardzo trudne. Moja rodzina mieszka w Kolonii - i tam się wychowałem. Dobrze się tam czuję, ale zdałem sobie sprawę, że w każdym miejscu na świecie czuję się jak w domu. To bardzo przyjemne uczucie.

Powiedziałeś kiedyś, że ważne dla ciebie jest pisanie o rzeczach, które mają duże znaczenie. Co dla ciebie ma takie znaczenie?

Nie można prosto wyjaśnić, co znaczy 'mieć duże znaczenie'. Każdy widzi to inaczej. Każdy człowiek jest oczywiście całkowicie indywidualnym stworzeniem, jednak w pewnym emocjonalnym sensie jesteśmy podobni. Przez ostatnie lata dużo podróżowałem. Ludzie w Afryce są zupełni inni niż w Europie czy Ameryce, mają zupełnie inne warunki, ale każdy zna wartość wielkoduszności, wie, czym jest miłość, nienawiść, więc w pewnym sensie jesteśmy bardzo podobni. Nie ma wielkiej różnicy. Muzyka pozwala mi dotrzeć do niektórych miejsc, do niektórych ludzi, dzięki czemu mogę wymieniać myśli. Żyjemy tu i teraz, bo przeszłość już przeminęła, a jutro nie nadejdzie. Wszystko, co się dzieje, dzieje się tu i teraz. Podstawowa sprawa to być otwartym na duchowość. W tym wszystkim chodzi o duchowość. Ludzie pytają mnie, czy jestem Rastamanem, do jakiej religii przynależę. Jestem bardzo religijną osobą, ale nie utożsamiam się z żadną religią. Wierzę w Boga, ale On jest Duchem, miłością i każdy może to poczuć. Jeśli się na nią otworzysz, będziesz mógł za nią podążyć.

Jaka była pierwsza reakcja Jamajczyków na twoją twórczość i jak jest obecnie?

Powiedzieli: 'wracaj do domu' (śmiech).
To nie było tak, że pojechałem tam i powiedziałem: 'Cześć, jestem Gentleman, posłuchajcie mojej piosenki'. To się stało na przestrzeni lat. To jest coś, czego nie należy popędzać. Jeśli czujesz to, co robisz, kochasz to, nie spieszysz się z niczym - na pewno w końcu zostaniesz doceniony.

Wolisz tworzyć z artystami z Niemiec czy Jamajki? Jakie są różnice?

Lubię pracować z artystami, którzy tworzą z potrzeby serca. Nie ważne, czy pochodzą z Polski, Niemiec, Jamajki czy Afryki. Jak długo jest to autentyczne i w pewnym sensie duchowe.

Czy na nowym albumie znajdą się jacyś artyści z Niemiec?

Na tym albumie nie. Jest kilka niezłych zespołów w Niemczech, np. Seeed, których szanuję od dawna. Jesteśmy dobrymi przyjaciółmi i zawsze, kiedy się widzimy, mówimy: 'ok., wkrótce zrobimy razem kawałek'. To już trwa od lat, ale może pewnego dnia się wydarzy. Album, który teraz nagrywam jest produkowany na Jamajce i tylko tam, nie ma na nim żadnych Niemieckich artystów.

Jaki będzie tytuł nowej płyty?

Jeszcze nie wiem. Masz jakiś pomysł? Dopiero szukam tytułu. Kiedy skończę płytę, tytuł się znajdzie.





Konferencja prasowa w Warszawie
28.05.2004


Gdzie obecnie mieszkasz, w rodzinnych Niemczech, czy na Jamajce?

Aktualnie mieszkam w autobusie i w przeróżnych miejscach w całej Europie, ponieważ jesteśmy w trasie i gramy naprawdę dużo koncertów. Zasadniczo jest tak, że wyjeżdżam na Jamajkę, gdy tylko w Niemczech robi się zimno. Według mnie dom to miejsce, gdzie znajduje się twoje serce, więc jeśli ktoś byłby mocno przywiązany do jakiegoś konkretnego miejsca, czułby się źle podróżując tyle co ja. Oczywiście w Kolonii czuję się jak w domu, tam jest moja rodzina, ale będąc ostatnio na Jamajce też czułem się jak u siebie, graliśmy w Kingston i było naprawdę przyjemnie.

Kiedy byłeś ostatnio na Jamajce?

Przed miesiącem, zanim zaczęliśmy trasę. Pojechałem tam, ponieważ pracuję obecnie nad nowym albumem. Planuję wydać go we wrześniu, ale nic więcej nie mogę zdradzić, bo nawet nie wymyśliłem jeszcze tytułu. Najpierw muszę go skończyć i mam nadzieję, że zostanie on pozytywnie odebrany.

Czy zamierzasz naszpikować ten album znowu tak dużą liczbą znakomitych gości? Czy możesz nam powiedzieć, kto cię wspomoże wokalnie na tej nowej płycie?

Cóż, jak powiedziałem, album nie jest jeszcze skończony, do tej pory nagrywałem z Tonym Rebelem, Cockatee, Ras Igo, gdy pojadę na Jamajkę mam nagrywać z Sizlą.

W jaki sposób powstają twoje kompozycje? Czy tworzysz je samemu, czy są one raczej efektem pracy całego zespołu?

Och, samemu nie dałbym rady. Potrafię trochę grać na instrumentach, ale nie na tyle, żeby wymyślać całe utwory. Moja muzyka jest wynikiem starań całego zespołu. Poza tym współpracuję z różnymi muzykami, z wieloma producentami. Jasne, że moim zespołem jest The Far East Band, ale gdy przychodzi czas na produkcję, wspomaga mnie Firehouse Crew z Jamajki. Jestem zdania, że wokalista powinien współpracować z różnymi muzykami, to pozwala czerpać z wielu źródeł i podlegać różnym wpływom.

Czy w trakcie powstawania utworu masz pomysł, kogo byś chciał zaprosić do jego nagrania, czy przychodzi to dopiero później?

Tego się nie da zaplanować. Przykładowo, od dawna słuchałem Capletona i zawsze chciałem z nim zrobić coś wspólnego, więc zaproponowałem mu współpracę. Najważniejsze jest jednak poczucie wspólnej wibracji, łączącego uczucia, bez tego nie można nagrywać reagge. Sam zamiar i muzyczny koncept nie wystarczą. Każda kolaboracja, której efekty słyszycie na płytach Gentlemana, jest rezultatem przyjaźni, więzi pomiędzy mną i innymi muzykami. I w każdym przypadku, czy był to Bounty Killer, Morgan Heritage, Capleton czy Junior Kelly, czuliśmy autentycznie silną wibrację pomiędzy nami, dlatego te utwory są mocne i szczere. Zdarza się, że chcesz z kimś współpracować, bo go szanujesz i podziwiasz, po czym się spotykacie i okazuje się, że brakuje tej nienamacalnej więzi. Wtedy nie ma to sensu, nic z tego nie może wyjść.

Czy przytrafiła ci się taka nieudana próba współpracy?

Nie, ponieważ zawsze nagrywam z przyjaciółmi, z osobami mi bliskimi i ma to spontaniczny charakter. Jeżeli z kimś mi się nie układa osobiście, nie potrafię się z nim zbliżyć, to nie angażuję się także na polu muzycznym.

Wśród znanych w skali światowej artystów reagge'owych praktycznie w ogóle nie ma kobiet. Czy na samej Jamajce jest dużo artystek reggae, czy proporcje płci układają się inaczej wśród gwiazd tego nurtu?

Niestety nie, niewiele kobiet jest częścią tej sceny i ciągle dominują na niej mężczyźni. Jest to smutne, ponieważ kobiety mają olbrzymi potencjał do tworzenia tego typu muzyki. Czasem jest im ciężko nawet dostać się do studia nagraniowego... Osobiście mi ta swoista dyskryminacja przeszkadza. Ponieważ niedawno zająłem się także produkcją, mam małą wytwórnię i chcę wydać album, na którym będą jedynie dziewczyny. Nie wiem jeszcze kiedy, ale myślę o tym każdego dnia, więc powinno się to stać niedługo.

Jaki rodzaj reggae dominuje obecnie na Jamajce?

Chyba nie można tak jednoznacznie stwierdzić, to zależy od grupy odbiorców. Ta muzyka przyjmuje naprawdę różne oblicza: roots, dancehall, lovers rock, czy nawet r'n'b hip-hop reggae. Wydaje mi się, że młodzi ludzie preferują dancehall, a miarę upływu czasu coraz lepiej czują roots reggae, wracają do korzeni. Widzę to nawet po sobie, obecnie mam trzydzieści lat i nie mogę słuchać dancehallu zbyt długo, staje się on dla mnie zwykłym łomotem. Ale kiedy jechałem na Jamajkę po raz pierwszy, to właśnie ta muzyka zakręciła mnie najbardziej. Dziś potrzebuję właśnie roots, muzyki granej na żywo, instrumentalnie, przez muzyków.

Gdy jechałeś po raz pierwszy na Jamajkę, z pewnością miałeś pewne oczekiwania. Jak miały się one do rzeczywistego obrazu tej wyspy, czy różniły się znacznie od tego co zobaczyłeś na miejscu?

Za każdym razem, gdy gdzieś jadę, staram się jak najmniej oczekiwać, trzymać swoje wyobrażenia na wodzy. Wtedy jest się mniej zaskoczonym i można lepiej poznać dane miejsce, oddać się panującej atmosferze i dzieje się to spontanicznie. Jadąc na Jamajkę po raz pierwszy miałem siedemnaście lat i byłem trochę naiwny - wydawało mi się, że mogę pojechać gdziekolwiek i sobie poradzę, że świat stoi przede mną otworem. Teraz jest nieco inaczej, w wiele miejsc, w których kiedyś byłem, nie wybrałbym się za żadne skarby, są niebezpieczne. Wtedy byłem w wieku, gdy człowiek dojrzewa, staje się mężczyzną, chce zobaczyć jak najwięcej i zdobyć jak najwięcej doświadczeń.

Czym właściwie zajmowałeś się na Jamajce mając siedemnaście lat?

Po pierwsze, to nie muzyka mnie tam zaciągnęła. Oczywiście była ona istotna, ale większą rolę grało zafascynowanie tamtą kulturą. Dlatego będąc już na miejscu pojechałem na wieś, do Kingston nawet wtedy nie zajrzałem. Spędziłem sześć tygodni w górach mieszkając u rolników i właśnie ich prosty styl życia zrobił na mnie ogromne wrażenie. Oni potrafili docenić każde drobne zdarzenie. Przykładowo, chcąc napić się herbaty należało zejść z góry na dół po wodę, wnieść ją na górę - a to jest ciężka praca - potem rozpalić ogień i ją zagotować. Wymagało to wysiłku, ale gdy pije się taką herbatę, ona smakuje naprawdę inaczej. W Europie, podobnie zresztą jak i w całym rozwiniętym świecie, większość rzeczy czynimy bez uwagi, bez świadomości. Nie dbamy właśnie o tę wodę, o to, że ktoś nam ją musiał dostarczyć, że jest w niej ukryta czyjaś praca. Ważne jest dla mnie docenienie życia, jego prostota, to daje mi wiele siły.

Czy w takim wypadku nie masz ochoty porzucić miasta i przenieść się na wieś? Może nie dziś, ale kiedyś w przyszłości?

Szczerze mówiąc, nie potrafię przebywać zbyt długo w jednym miejscu, obojętne, czy jest to Jamajka, Niemcy, czy Afryka. Po pewnym czasie czuję się znużony, potrzebuję odmiany. Ale Jamajka jest właśnie takim miejscem, gdzie zawsze mogę powrócić. To jest jednak szalony i dziwny kraj. Do tego dochodzi zła sytuacja polityczna, ludzie naprawdę nie widzą nadziei na przyszłość.

Czy to sprawia, że część z twoich utworów można uznać za piosenki polityczne, za protest songi?

Czasami ludzie mówią mi, że jakiś konkretny kawałek jest utworem politycznym, ale wszystkie moje kompozycje powstają podobnie. Najpierw są próby, wspólne poszukiwanie wibracji, rytmu, melodii, a potem nagle się okazuje, że utwór jest rewolucyjny, że jest odbierany jako polityczny. To nie jest jednak nigdy zaplanowane, lecz staje się samo w czasie kreacji utworu, ponieważ muzyka jest dla mnie i mojego utworu sposobem na przekazywanie ludziom naszych uczuć, myśli, na dzielenie się z nim naszymi emocjami. Polityczność nigdy nie wynika więc z premedytacji, nie czuję się powołany do politycznego oddziaływania. Według mnie politycy są wynikiem niemożności porozumiewania się ludzi. Gdybyśmy potrafili ze sobą naprawdę rozmawiać, nie potrzebowalibyśmy polityków by robili to za nas.

W czym widzisz przyczyny rosnącej popularności reggae, ta muzyka znowu się jakby odradza?

W latach osiemdziesiątych odszedł Bob Marley i świat muzyczny zakrzyknął: muzyka reggae nie żyje. Nie zdawano sobie sprawy z tego, że ona ciągle się rozwijała, ciągle rosła w siłę, czy to na Jamajce, czy gdzie indziej, tylko, że działo się to bez medialnego szumu i popularności. To prawda, że wywodzi się ona z Jamajki, jej korzenie tam właśnie tkwią, ale zarówno wibracja, jak i przekaz mają bardzo uniwersalny, międzynarodowy charakter. Nawet całkowicie odmienne kultury mogą w niej odnaleźć coś im bliskiego i coraz więcej osób zdaje sobie z tego sprawę. Niemniej jednak, to co obserwujemy obecnie nie jest według mnie jeszcze jakimś wielkim boomem, zamieszaniem wokół reggae. Głosy twierdzące, że reggae nagle eksplodowało, uważam za głupie, ponieważ ono rosło przez ostatnie lata powoli, w ukryciu, ale ciągle rosło, przybierało na sile. Co dobrze wróży na przyszłość, bowiem coś, co rozwijało się tak stabilnie, nie może łatwo upaść. Podobną sytuację obserwujemy też w Europie. Grając w Niemczech, Hiszpanii, czy w Polsce, widzę, że ludzie czują tę muzykę, są na nią gotowi i rozumieją, co mamy im do przekazania.

Czy masz jakieś ulubione miejsca, gdzie odbiór twojej muzyki jest najlepszy?

Przede wszystkim cenię różnorodność, to, że koncerty się między sobą różnią. Inaczej gra się w klubach, a zupełnie inaczej na festiwalach - dostarczają one innych wrażeń. Bardzo dużo grałem w Niemczech, mimo tego nie jestem zmęczony tym krajem, lecz występując w Warszawie, czy tydzień temu w Madrycie doświadczam przyjemnej i świeżej odmiany. Ponadto, wspaniałe jest uczucie, że można trafić do ludzi na całym świecie tylko za pośrednictwem muzyki.

Czy występowanie na Jamajce różni się od koncertów granych w Europie? Czy tamtejsza publiczność nie traktuje cię z, powiedzmy, pobłażaniem: przyjechał nie wiadomo skąd i będzie nam pokazywał jak się gra reggae?

Generalnie, każda publiczność jest taka sama. Równocześnie każda jest inna, ma inne przyzwyczajenia, inaczej odbiera muzykę - ostatecznie wszyscy są przecież różniącymi się jednostkami. Ale z drugiej strony posiadają wspólny, łączący ich pierwiastek - znają uczucia miłości, zazdrości, nienawiści - do którego odwołuje się moja muzyka. Najtrudniej gra się w Nowym Jorku, podobnie jest w Londynie, co wynika zapewne z innej mentalności. Publiczność stoi tam sztywno, ale nie oznacza to, że im się nie podoba, po prostu tego nie uzewnętrzniają. A w Warszawie jest całkiem inaczej - ludzie wręcz szaleją. Jeżeli jednak chodzi o samą muzykę, to jak już wspomniałem, jest ona uniwersalna. Występowanie w Kingston podlega takim samym zasadom, jak gdzie indziej. Odbiór był dobry, było naprawdę fajnie.

Czy nie obawiasz się, że rosnąca popularność reggae pociągnie za sobą komercjalizację i wypranie tej muzyki z duchowości, ograniczenie jej do roli muzyki tanecznej?

Oczywiście, że koncerny fonograficzne i media będą starały się przede wszystkim na reggae zarobić, podpiszą kontrakt z każdym wyglądającym na rastamana, bez względu na autentyczność i wartość jego muzyki. Nie dbając o to, czy wkłada on w swoją twórczość serce. Ale to nie pozbawi reggae jej piękna. Podobnie ma się rzecz z hip-hopem. Na przykład w Niemczech po okresie komercjalizacji wraca on tam, skąd się wywodzi, gdzie jest jego naturalne miejsce.

Czy śpiewałeś kiedyś w innym języku niż jamajski dialekt Patois?

Czasami ktoś się mnie pyta, czemu nie śpiewam po niemiecku, skoro to mój rodzinny język. Ale on po prostu nie brzmi dobrze z muzyką. A ponieważ moja miłość do muzyki narodziła się na Jamajce, tam po raz pierwszy stanąłem z mikrofonem przed ludźmi, więc naturalnym wyborem było patois. Obecnie widzę, jakie płyną z tego korzyści. Gdybym śpiewał po niemiecku, moje słowa nie trafiałyby do Polaków, Francuzów, Jamajczyków i innych nacji. Jedynie w Niemczech i Szwajcarii byłbym zrozumiany. A śpiewając po angielsku, czy właściwie w patois, mogę dotrzeć prawie do każdego, mój przekaz staje się uniwersalny. Dlatego cieszę się, że dokonałem kiedyś takiego właśnie wyboru.

Czy ciężko było nauczyć się Patois?

Nie, ponieważ nigdy nie starałem się go uczyć. Będąc otoczony tym językiem, pragnąc go pojąć, byłem zarazem bardzo nim zainteresowany, podekscytowany i nie musiałem się go uczyć, ponieważ stałem się jego częścią, a on stał się częścią mnie. To przyszło samo, bez żadnego wysiłku. Gdy pojawiłem się na Jamajce po raz pierwszy, nie rozumiałem ani słowa z tego, co mówią otaczający mnie ludzie. Z czasem jednak stał się on dla mnie czymś powszednim i zacząłem go używać niemal bezwiednie. Istotna jest też muzyka, ona jest najlepszym nauczycielem języka. Poza tym, patois nie można się chyba nauczyć, nie istnieją podręczniki ani słowniki.

Swego czasu współpracowałeś ze składami hip-hopowymi, choćby z Freundeskreis. Czy śledzisz obecne wydarzenia na tej scenie w Niemczech?

Raczej nie. Hip-hop przebył w Niemczech pewną ewolucję, wyszedł z podziemia, nastała na niego wielka moda, a obecnie znowu powraca do swoich źródeł, underground ponownie się rozwija. Oprócz kontaktów z moimi przyjaciółmi tworzącymi tę muzykę, nie zgłębiam tego, co się dzieje. Natomiast bardzo chciałbym w przyszłości nagrać jeszcze jakiś utwór z Freundeskreis, z Joy Denalane, obecnie jednak każdy z nas jest tak mocno zaangażowany w solowe projekty, że nie jest to możliwe.

Na twoim debiucie było więcej elementów hip-hopowych niż na drugim albumie. Czy w przyszłości możemy się spodziewać powrotu takich klimatów, czy też będziesz ewoluował w stronę roots?

W okresie gdy nagrywałem debiut sporo koncertowałem właśnie z Freundeskreis. A zawsze jest tak, że brzmienie i zawartość płyty są w do pewnego stopnia zdeterminowane przez otoczenie. Będąc pod takimi wpływami, niejako w oczywisty sposób zawarłem na płycie dużo hip-hopowych motywów. Później większość czasu spędzałem na Jamajce, tam tworzyłem, a w międzyczasie słuchałem przede wszystkim reggae. To jest moja pierwsza i największa miłość muzyczna. Nowy album kontynuuje kierunek wyznaczony przez "Journey to Jah", czyli rozwijamy się w stronę czystego roots reggae. Całość muzyki zagrana jest na żywych instrumentach, nie ma żadnych programowanych, cyfrowych bitów i podkładów. Wydaje mi się, że będzie to pozytywna, pełna energii płyta. Jestem z niej bardzo zadowolony, pomimo że nie jest jeszcze ukończona. W lipcu pojawi się pierwszy singiel, niedługo będziemy kręcić na Jamajce teledysk, a następnie na wrzesień planujemy premierę całego albumu.

Z reggae nieodłącznie kojarzone jest używanie marihuany. Czy możesz przedstawić swój stosunek do tej używki?

Palę od czasu do czasu, ale pod żadnym pozorem nie chcę jej promować ani propagować wśród publiczności w czasie koncertów. Nie można uogólniać roli i znaczenia marihuany. Jeżeli ktoś zapala jointa czując pustkę wewnątrz swojego umysłu, to w niczym mu to nie pomoże, stanie się jeszcze bardziej pustym. Jeżeli czuje się dobrze i chce dzięki marihuanie osiągnąć coś pozytywnego, to będzie się czuł jeszcze lepiej. Nikt nie powinien jednak palić po to, żeby uciec przed otaczającym go światem, przed swoimi problemami. To nie jest tak, że marihuana daje oczyszczenie przez sam fakt zapalenia, to bzdura. Wiele osób bezmyślnie powiela zachowania rastafarian, ograniczając jednak swoje pojmowanie ich działalności i nastawienia jedynie do palenia marihuany. Natomiast rastafarianie mają kompletnie inne podejście do tej rośliny, wynika ono z religii, jest ściśle powiązane z kulturą. Przykładowo, chrzest polega na dmuchnięciu dziecku w twarz chmury dymu. Dla nas jest to szokujące, ale jest to integralna część ich kultury. My mamy jednak zupełnie inne warunki, więc sytuacja wygląda inaczej. Zbyt wiele osób w Europie, szczególnie młodych, pali jedynie po to, by oddalić się od swojego umysłu. Takie postępowanie jest niewłaściwe, nie widzę w tym sensu.

Czy jesteś religijnym człowiekiem?

Tak, nawet bardzo. Jestem religijny, ale nie przynależę do żadnej religii. Istnienie boga nie podlega wg mnie wątpliwości, jest on dla mnie duchem, energią, miłością, nie nadaję mu osobowego aspektu. Do kościoła nie chadzam, pomimo, że kocham Chrystusa. W kościołach nie mogę odnaleźć boga, nie mogłem już w dzieciństwie - było mi zimno, niewygodnie, nie wolno się było odezwać, poruszyć, roześmiać - i to ma być miejsce, gdzie mam poczuć jego obecność? Raczej nie. Mój bóg jest inny. Pochodzę z rodziny pastorów: mój ojciec, dziadek i pradziadek byli pastorami. Na szczęście nie ma konfliktu na polu religii pomiędzy mną a moim ojcem, każdy z nas szanuje religijność drugiego. Mimo że nie związałem się z Kościołem, to chyba jednak także nauczam - robię to ze sceny. Kiedy staram się przekazać słuchaczom moje uczucia, duchowość, to jest jakaś forma nauczania.

Czy grając praktycznie w całej Europie, napotkałeś jakieś zespoły, może jeszcze mało znane, ale warte polecenia i poświęcenia im uwagi?

W Niemczech duże wrażenie robi na mnie Seeed, ale ich na pewno znacie. Tak właściwie, to nie spotyka się zbyt wielu intrygujących zespołów. Jest ich mało - dominują producenci i soundsystemy. To dobre pytanie, bo wielu osobom umyka ten aspekt. Brakuje obecnie nowych, świeżych grup grających na żywo, a takie są właśnie korzenie reggae, w tym tkwi jego siła. Przede wszystkim spotyka się producentów, używających adapterów, komputera i występujących w towarzystwie wokalisty. To jest też łatwiejsze dla organizatorów, nie muszą dbać o cały zespół, wystarczy się zająć tylko dwoma lub trzema osobami. Znaleźć żywy zespół jest czasem ciężko. Sam stałem przed takim problemem. Po nagraniu "Journey to Jah" okazało się, że już dłużej nie możemy ze sobą grać - ja i Killin Riddim Section. Na szczęście związałem się z Far East Band, od dłuższego czasu koncertujemy i przygotowujemy razem mój nowy album. Na pewno jest w Europie sporo dobrych zespołów. Reggae wywodzi się z serca, jest uniwersalne, więc ktoś, kto czuje wibrację i robi to szczerze, wcale nie musi jechać na Jamajkę, żeby dobrze grać tę muzykę.

rozmawiali:
ania witczak (poznań)
piotr lewandowski (warszawa)

fotografie:
ania witczak

[Ania Witczak, Piotr Lewandowski]